Organizatorzy koncertu „Bacteryazz gra Tarantino unplugged”, który odbył się 30.11 zapraszali hasłem: „Dla fanów twórczości Quentina Tarantino obecność obowiązkowa!”. Kupiłem więc bilet już w październiku, pierwszego dnia internetowej sprzedaży. Okazało się, że były dwa powody, dla których postąpiłem słusznie. Po pierwsze bilety zostały wyprzedane na długo przed koncertem. I po drugie – znacznie ważniejsze: to była prawdziwa uczta dla fanów Mistrza!

Tarantino słynie z doboru doskonałej muzyki do swoich filmów, ale także z tego, że jego nieograniczona wyobraźnia pozwala mu na zaskakującą żonglerkę motywami muzycznymi (na przykład użycie hip-hopu w środku filmu „Django”, opowiadającym o ponurych czasach XIX-wiecznego niewolnictwa w Ameryce). Bacteryazz (Mariusz Puszczewicz – wokal, Adrian Rozenkiewicz – gitara, Henryk Rogoziński – bas i Darek Bendyk – perkusja) i zaproszeni goście (Michalina Olszewska – wokal, Agnieszka Kobalczyk – Rohde – saksofon oraz Michał Starzyński – klawisze) poszli tym tropem. Ich przygotowywane przez kilka miesięcy aranże utworów znanych z filmów Tarantino („Wściekłe psy”, „Pulp Fiction”, „Jackie Brown”, „Kill Bill”, „Death Proof”, „Inglourious Basterds”, „Django” oraz „Nienawistna ósemka”) były momentami zarówno zaskakujące jak i bardzo świeże. Koszaliński zespół, który gra na autorskich płytach ciężką, gitarową muzykę przyzwyczaił nas zresztą do tego, że podczas swoich projektów „bez prądu” (Tarantino był już trzecim tego typu koncertem, po: „Depeche Mode” i „Grunge”) aranżacyjnie „przewraca do góry nogami” oryginalne wersje granych utworów nadając im w większości przypadków swój oryginalny, momentami ciężki, „bacteryazzowy” sznyt podbity mocnym, chwilami manierycznym wokalem Mariusza Puszczewicza. W odejściu od tego stylu w przypadku koncertu „Tarantino” pomogli bez wątpienia goście: ukryte nieco z tyłu klawisze łagodziły całość, a saksofon wybijał na pierwszy plan melodie. Najjaśniejszym punktem wieczoru była jednak bez wątpienia Michalina Olszewska, w której świetnym, mocnym głosie łączyła się drapieżność z liryką. Jej brawurowe wykonanie przeboju Jima Croce’a „I Got a Name” z 1973 r. (użytego w filmie „Django”) brzmi w moich uszach do dziś.

To był bardzo dobry wieczór! Bacteryazz i goście: dziękuję i proszę o jeszcze!