26 kwietnia 1986 roku w wyniku nieudanego eksperymentu doszło najpierw do wybuchu, a później pożaru czwartego reaktora czarnobylskiej elektrowni atomowej. Tak zaczęła się największa w historii ludzkości katastrofa nuklearna i tak powstała Czarnobylska Strefa Wykluczenia. Tworzą ją tereny, które w pośpiechu musiało opuścić 350 tysięcy ludzi, większość bez dobytku, autobusami ściąganymi na gwałt z Kijowa, Mińska i innych miast.

Kiedy w elektrowni trwała walka z pożarem, w Moskwie radzono co powiedzieć światu, w Kijowie szykowano się do pochodu pierwszomajowego, a w Polsce z ust do ust powtarzano słowa „płyn Lugola”. Mowa o miksturze opracowanej w 1829 roku przez francuskiego lekarza Jeana Lugola chroniącej przed przenikaniem radioaktywnych izotopów jodu do tarczycy.

W Strefie w tym samym czasie wyrzucano na bruk wyposażenie mieszkań, niszczono buldożerami i wywożono na wysypisko śmieci, by potem zasypać wszystko ziemią. Dlaczego? Władze bały się, że pomimo ryzyka napromieniowania, pojawią się szabrownicy, a radziecki rynek zaleją promieniujące lodówki i pralki z drugiej ręki. Tak więc prywatne mieszkania ogołocono ze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość.
Sama Prypeć – zbudowana specjalnie dla pracowników elektrowni – była miastem bogatym, bardzo bogatym, świetnie zaopatrzonym i pełnym młodych wykształconych ludzi. Średnie zarobki wynosiły tu 300 rubli miesięcznie (w ZSRR przeciętnie 100 rubli), a ówczesna średnia wieku mieszkańców to 26 lat. Rocznie rodziło się około półtora tysiąca dzieci – zdobycie miejsca w żłobku było jednym z niewielu problemów nękających mieszkańców.

Z dokumentów ciągle jeszcze znajdujących się w budynku szpitala wynika, że w rok dokonywano tu około półtora tysiąca aborcji. Najczęściej popełnianym przestępstwem była, karana trzyrublowym mandatem, jazda pod wpływem alkoholu – to także można wyczytać w zapisanych cyrylicą raportach milicyjnych, tym razem w budynku komisariatu.

Strefa to nie tylko Prypeć, to przede wszystkim Czarnobyl, okoliczne wioski i Czarnobyl2 – zbudowany specjalnie dla pracowników „Rosyjskiego Dzięcioła”, „Oka Moskwy” czy po prostu Dugi – cudu radzieckiej techniki wojskowej, radaru pozahoryzontalnego, który miał śledzić przestrzeń powietrzną nad Kanadą i USA. Pięciokrotnie droższy od całej elektrowni nigdy nie uzyskał sprawności operacyjnej. Dziś stanowi, największą – dosłownie – „atrakcję”. Długi na prawie kilometr i wysoki na 135 m obiekt to jedna z wizytówek Strefy.

 

„I nie boisz się tam jechać?” – słyszę pytanie. „To niebezpieczne, chyba nawet głupie.” Nie, nie boję się. Zresztą nie tylko ja, jedzie nas 16 plus przewodnik i kierowca.
Bus jest wypełniony facetami w różnym wieku. Najstarszy dobrze po siedemdziesiątce, dla kilku najbliższe wybory będą pierwszymi, w jakich mogą głosować. Różne zawody, różne zajęcia, różne wykształcenie i różne powody wyjazdu. Strefa przyciąga wielu. Ilu? W 2017 roku: ponad 48 tysięcy osób.

Formalnie w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia nie ma turystyki, choć przed punktem kontrolnym stoją dwa żółte kioski, pełne żółto-czarnych gadżetów z nieodłącznym symbolem radiacji. Można tu kupić magnes z obrazkami ze Strefy, breloczek, naszywkę, maskę pgaz (tzw. słonia), a nawet plecak stalkera, kawę, hot-doga i dozymetr. Ale oficjalnie turystyki nie ma i już.

Żeby wejść na teren trzeba dopełnić paru formalności. Podać z 10-dniowym wyprzedzeniem numer paszportu, podpisać szereg oświadczeń i być w towarzystwie ukraińskiego przewodnika.
Mieliśmy to wszystko, albo prawie. Kiedy dojechaliśmy do punktu kontrolnego, okazało się, że na naszych dokumentach zabrakło pieczątki Służby Bezpieczeństwa Ukrainy.
Czekamy. Przewodnik biega, dopytuje, szuka rozwiązania. Okazuje się, że utknęliśmy nie tylko my. Osiem ekip czekało przy szlabanach. Mijają godziny, w kiosku skończyły się parówki.
Dzisiaj już na teren Strefy nie wjedziemy. Wracamy do hotelu, do Kijowa.
Nazajutrz wracamy pod szlaban. Jest nadzieja, inni wjechali. Wołodia, nasz przewodnik, wreszcie wraca z pozwoleniem. Jedziemy! Dlaczego nie wczoraj? Jakaś wewnętrzna procedura, jakaś próba sił. Nie wszyscy z naszej ekipy wytrzymali napięcie, jednego na teren Strefy musimy wnieść. Ukraiński policjant nie chce o tym słyszeć, na terenie strefy obowiązuje zakaz spożywania alkoholu. Wołodia ręczy głową, że dostarczymy delikwenta do hotelu i położymy spać.

Dużo czasu straciliśmy przed szlabanem, bardzo dużo. Pędzimy do Dugi. Wojskowe tereny za żelazną bramą z metalową gwiazdą, ze strażnikiem i z atrapą karabinu maszynowego spawanego ze złomu. Konstrukcja robi niesamowite wrażenie, nie mniejsze pomieszczenia, w których interpretowano dane z nasłuchu. Model północnej półkuli, pulpity z żaróweczkami. Wszystko trochę jak porzucona dekoracja z filmów o Bondzie. I ciągnące się w nieskończoność pokoje komputerów. Dziś taką moc obliczeniową nosimy w kieszeni.
Dawniej wspinaczka na antenę radaru stanowiła nie lada atrakcję dla goszczących w Strefie, ale po ubiegłorocznym tragicznym upadku młodego Białorusina, odcięto drabinki powyżej drugiego poziomu. Nadal da się wejść na górę, ale to już sport ekstremalny.

Jedziemy do hotelu „Dziesiątka” w Czarnobylu, do niedawna jedynego, obecnie jednego z trzech, tyle że wciąż o najwyższym standardzie.
W pokoju są dwa łóżka, telewizor i szafa. Czysto. Okna zamknięte na stałe. Łazienka na korytarzu jedna na trzy czy cztery pokoje. Idziemy na kolację. Smaczne domowe jedzenie kosztuje tyle, co obiad w dobrej, drogiej kijowskiej restauracji! Bar czynny do godziny 21, wszak podpisaliśmy regulamin mówiący o tym, że w Strefie nie będziemy spożywać alkoholu.
Śniadanie o ósmej.

Wyruszamy do Strefy. Można się po niej poruszać od 9 do 19. Wycieczkę zaczynamy od szybkiego wypadu na pocztę (działa we wtorki i czwartki). Kartki można wysłać, nie można za to żadnej kupić. Na szczęście organizator wyjazdu dał nam po trzy w zestawie startowym.
W Prypeci zwiedzamy przedszkole. Porzucone zabawki, dziecięce łóżeczka i laleczki robią upiorne wrażenie. To obowiązkowa pozycja na trasie każdej wycieczki. Podobnie jak szpital, w którym pełno jest jeszcze fiolek, igieł, strzykawek. Dokumentacja medyczna, upięta w zgrabne pakunki przewiązane bandażem, zalega na półkach. Tony sprzętu, a w zasadzie złomu medycznego, walają się po opuszczonych sala i korytarzach. W szpitalu po raz pierwszy możemy użyć dozymetrów. To znaczy mamy je ze sobą cały czas, ale dotąd – poza przystankiem w Rudym Lesie, w którym nie wysiedliśmy z autobusu – ich wskazania nie różniły się od normy.
W recepcji szpitala, na blacie, leży plakietka strażaka, jednego z pierwszych biorących udział w gaszeniu reaktora. Wołodia ostrzega przed zbytnim zbliżaniem urządzenia, może to trwale uszkodzić jego wyskalowanie. No ale prawie wszyscy muszą mieć w kadrze i dozymetr, i plakietkę.

Wybaczcie, pisałem już, że poza zakazem spożywania alkoholu na terenie Strefy, zobowiązujemy się również do niewchodzenia do budynków?
No właśnie, nie można. Strefa się wali, jedna ze szkół straciła cały środek, runęła znaczna część budynku, odpada elewacja. Trzydzieści dwa lata bez konserwatora robi swoje.
Koniecznie trzeba zobaczyć drugą szkołę, w której zachowało się najwięcej z wyposażenia klas, pracownie chemiczne, muzyczne czy fizyczne. Robią wrażenie. A brodzenie w stosie książek szkolnej biblioteki jest doświadczeniem wręcz mistycznym.

Zakłady Jupiter, w których produkowano magnetofony to kolejny, „żelazny” punkt programu. Komisariat milicji, ze wspomnianym już dziennikiem wykroczeń, celami i samochodami na dachu i wokół posesji.
Całkiem niedaleko w lesie spoczywa chwytak, który zyskał sławę w trakcie usuwania skutków czarnobylskiej awarii. To jeden z najsilniej napromieniowanych obiektów dostępnych dla każdego.
Walące się budynki, drzewa rosnące na ich dachach, nie są największym problemem Strefy. Coraz rzadziej użytkowane i nieremontowane mosty wkrótce mogą utrudnić zwiedzanie tego obszaru.
A Strefę zobaczyć warto, Prypeć modelowe miasto lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, dobrze zaplanowane, zaprojektowane z rozmachem możliwym tylko w systemach totalitarnych, wizytówka technologicznej i architektonicznej koncepcji mieszkania. Dziś jest miejscem niekwestionowalnego tryumfu natury. Człowiekowi przedzierającemu się przez gęste krzaki i szeleszczące pod nogami liście, bardzo trudno zorientować się, że kroczymy środkiem miejskiej, dwupasmowej arterii. Zdradzają to tylko regularnie układające się kępki, a w zasadzie pasma mchu.

IMG_9999

Czy Strefa jest niebezpieczna? Jest. Coraz bardziej. Z roku na rok, osłabione konstrukcje, sypiące się ściany, odpadające elementy – wszystko to grozi zawaleniem. Nie zdziwię się, jeśli za rok, dwa pojawi się wpis w regulaminie o konieczności ubierania kasków.
Czy promieniowanie jest niebezpiecznie? Samo w sobie tak. W Strefie, zachowując rozsądek i umiar, nasze ryzyko nie różni się niczym od zdjęcia RTG.

XMG_0020

Jak pojechać do Czarnobyla?

Konieczny jest ukraiński przewodnik. Kilka biur podróży oferuje różne opcje – od wycieczek jednodniowych, przez kilkudniowe, po pół swobodną eksplorację. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Mój wybór padł na Aliena Tour z Bielska-Białej. Trzydniowy pobyt w Strefie wydawał się optymalny plus dzień na zwiedzanie Kijowa. Koszt? 1600 złotych plus kolacje. Te w Kijowie oscylowały pomiędzy 120 a 250 hrywien (hrywny kupowaliśmy już po stronie ukraińskiej, dzięki czemu kurs wyniósł ok. 15 groszy), w zależności od lokalu. Tu, po raz kolejny, nieocenione były podpowiedzi Wołodii. Obiad w “Dziesiątce” to wydatek równych 200 hrywien, no ale to Strefa – trudno pobiec do konkurencji. Przejazdy kijowskim metrem (8 UAH), wejścia do muzeów, podobnie jak piwo to groszowe sprawy (30-60 UAH). Będąc przy rozliczeniach, nie sposób pominąć faktu że nie udało się zrealizować zaplanowanego pobytu w Strefie, nie była to ani wina nasza, ani organizatora. Mimo to Aliena Tours zwróciło ponad jedną trzecią kosztów i to bez zgłoszenia jakichkolwiek żądań. Postawa godna pochwały.

Warto? Zdecydowanie, choć trzeba mieć świadomość zagrożenia. Strefa uzależnia. Ja tam jeszcze wrócę.

Tekst i fotografie: Tomasz Piekut-Jóżwicki