Teatr ŚwiataOSWOIĆ ŚWIAT

Żeby zdać sobie sprawę z tego, jak istotną rolę w życiu nas wszystkich odgrywają mapy, trzeba wiedzieć, iż przyjmuje się, że 30 proc. wszystkich poszukiwań w Internecie dotyczy tego GDZIE coś jest. To co prawda informacja ze świata współczesnego, ale ten głód wiedzy geograficznej przynależy do natury człowieka i jest ponadczasowy. Potrzeba ogarnięcia wzrokiem otaczającej rzeczywistości, spojrzenia na nią z perspektywy, ujawnia się już w pierwszych naskalnych rysunkach domów i pól odnalezionych w dolinie Val Camonica w północnych Włoszech. Thomas Reinertsen Berg w swojej opowieści o kartografii płynnie przechodzi od tej pierwszej „mapy” do starożytnych, średniowiecznych, a wreszcie nowożytnych przedstawień widzianego świata. Jest to opowieść fascynująca – norweskiemu badaczowi udało się połączyć suchą wiedzę faktograficzną dotyczącą powstawania map z opowieścią o człowieku, jego pasjach, chęci przeżywania przygód, a wreszcie pragnieniu przyporządkowania sobie świata, choćby poprzez określenie jego granic. Nic dziwnego, że „Teatr świata” została najlepszą norweską książką non-fiction w 2017 roku, a prawa do jej wydania kupiono już w 10 krajach. Ale wróćmy na chwilę do współczesności. Berg unaocznia jak olbrzymi skok wykonaliśmy od czasów map rysowanych przez dawnych kartografów – internetowa strona Google Earth to już cały system z ponad 20 petabajtami informacji geograficznych. Odpowiada to tekstowi drukowanemu na dziesięciu tysiącach miliardów stron. Wydawać by się mogło, że tak precyzyjny i interaktywny system może oznaczać koniec, lub przynajmniej znaczny regres turystyki. Nic podobnego. Pragnienie samodzielnego odkrywania świata jest w nas wciąż jednym z najżywszych instynktów. Bo czyż nie jest tak, że kartograf zawsze był o krok za podróżnikiem-marzycielem, którego coś pchało do podążania w – mniej lub bardziej – nieznane? Bez względu na rozwój technologii tak będzie zawsze.

Thomas Reinertsen Berg:„Teatr Świata. Mapy, które tworzą historię”, Wydawnictwo Znak Litera Nova.

 

mao-cesarstwo-cierpieniaKRWAWE SZALEŃSTWO

Niech nie zmyli Państwa pierwsza część tytułu tej książki: „Mao”. To nie jest dzieło poświęcone postaci Mao Zedonga, przez wielu historyków uznawanego za największego zbrodniarza w historii ludzkości, któremu przypisuje się odpowiedzialność za śmierć około 70 milionów ludzi, podczas ćwierćwiecza jego obłąkanych rządów w Chińskiej Republice Ludowej. Bardziej adekwatna do treści książki jest druga część jej tytułu: „Cesarstwo cierpienia”. Torbjorn Faerovik koncentruje się bowiem na krzywdach i okrucieństwach, których doświadczyli Chińczycy w latach 1949 – 1976 pod rządami szaleńca. Terror przychodził falami. Temperatura wariactwa przygasała na kilka lat, by wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Były momenty spokoju, ale były też lata, w których krwawy chaos panujący w kraju nabierał wręcz biblijnych rozmiarów. Co ciekawe, sam Mao był tylko człowiekiem, który spuścił wściekłego psa z łańcucha. Tym psem byli jego poddani, którzy na mocy czerwonej rewolucji z prostych chłopów czy robotników stawali się panami życia i śmierci. W tych okolicznościach wychodziło z nich całe okrucieństwo i barbarzyństwo. Oszalali z nienawiści, pozostający w jakimś quasi-religijnym uniesieniu analfabeci z wiosek i małych miasteczek doprowadzili do tego, że znaczna część przebogatego dziedzictwa kulturowego Chin legła w gruzach, ludzi mordowano dziesiątkami tysięcy na ulicach bez żadnego wyraźnego powodu, a trybunały ludowe wydające wykonywane natychmiast wyroki śmierci w będących parodiami procesach, pracowały w trybie całodobowym. Proszę mi uwierzyć, są takie chwile podczas lektury 600-stronicowego dzieła Faerovika, kiedy naprawdę włos jeży się na głowie. Chiny tamtego okresu były po prostu piekłem na Ziemi. Atmosfera wszechobecnego zagrożenia, która wyziera z niemal każdej strony powoduje, że czytelnik zaczyna dziękować opatrzności, że to nie on musiał żyć pod rządami Mao. Przerażająca, ale jednocześnie fascynująca książka. Gorąco polecam!

Torbjorn Faerovik: „Mao. Cesarstwo cierpienia”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 

draculaJAK TO Z WAMPIREM BYŁO…

O ile poprzednia książka nie była wcale o Mao Zedongu, o tyle treść dzieła Matei’a Cazacu odpowiada dokładnie tytułowi. I to w dwójnasób. Jest to bowiem zarówno opowieść o pierwowzorze najsłynniejszego literackiego wampira, czyli o XV-wiecznym hospodarze (wojewodzie) wołoskim z dynastii Basarabów, znanym jako Vlad Tepes, czyli Wlad Palownik, ale także o bohaterze słynnej, wielokrotnie ekranizowanej powieści grozy Brama Stokera „Drakula”. Trzeba to powiedzieć jasno. Jest to dzieło naukowe demistyfikujące obie te postaci. Zacznijmy chronologicznie: od Tepesa. Czy faktycznie był tak okrutny, że zasługiwał na miano diabła (rum. dracul)? Czy faktycznie wbijał na pal matki i przybijał do ich piersi niemowlęta, gotował swoje ofiary żywcem i palił całe wsie? Cazacu udowadnia, że tak nie było. Przedstawia Vlada przede wszystkim jako bardzo zręcznego polityka. Owszem, Tepes jest np. sprawcą masakry bojarów w Wielkanoc 1459 roku, ale była to kara za zdradę „normalna” w tamtych krwawych czasach. Cała reszta złej legendy to wynik rozpowszechnienia publikowanych w latach osiemdziesiątych XV wieku siedmiogrodzkich pamfletów na temat nieżyjącego już od kilku lat hospodara, pisanych na polityczne zamówienie jego wrogów. Wspomniane pamflety stanowiły też rodzaj ówczesnej literatury brukowej i niewiele miały wspólnego z prawdą. O ich jakości merytorycznej świadczy chociażby tytuł jednego z nich: „Przerażająca i prawdziwa, niezwyczajna historia okrutnego, krew pijącego tyrana zwanego księciem Draculą”. A co z powieściowym hrabią Drakulą? I w tym przypadku Cazacu pozostaje bezwzględny. Po pierwsze Bram Stoker był prawdopodobnie plagiatorem! Swoją historię, która przecież decydowała o oryginalności dzieła, zaczerpnął z powieści, która ukazała się kilka lat wcześniej w Paryżu pod tytułem: „Kapitan wampir. Powieść rumuńska”. Jej autorką była Marie Nizet, która przepadła w mrokach dziejów. Tymczasem zarówno Vlad Tepes, jak i Stoker przeszli do legendy. Ot, siła pamfletów i powieści brukowej…

Matei Cazacu: „Dracula”, Państwowy Instytut Wydawniczy

 

architektura-wizje-niezrealizowaneMIEJSCA, KTÓRYCH NIE MA

Niesamowita książka. Zwykliśmy zachwycać się dziełami i arcydziełami architektury, które widzimy, dotykamy i przy których świetnie wychodzą zdjęcia z wakacji. Katedry, piramidy, kamienice Gaudiego w Barcelonie – miliony turystów odwiedza rokrocznie te pomniki ludzkiego geniuszu rozsiane po całym świecie. Philip Wilkinson wykonał natomiast niezwykłą woltę – skupił się na architekturze nigdy nie zrealizowanej, nie obleczonej w bryłę, istniejącej tylko na arkuszach papieru technicznego. Czego tu nie znajdziemy? Drapacz chmur wysoki na milę, łuk triumfalny w kształcie słonia, kopuła okrywająca centrum nowojorskiego Manhattanu, olbrzymie muzeum w kształcie kuli ku czci Izaaka Newtona czy pałac stojący pośrodku ateńskiego Akropolu. Czy te projekty zawsze były – tak jak wydaje się nam na pierwszy rzut oka – dziełem szalonych rojeń zwariowanych architektów? Wilkinson udowadnia, że nie zawsze. Pokazuje, że projektujący te „szaleństwa” często stawali wobec sytuacji kryzysowych, które wymagały od nich szybkich i pomysłowych rozwiązań. Wielkich rozwiązań na miarę wielkich potrzeb. Że nie zawsze dochodziło do ich realizacji? To już zupełnie inna historia. Brakuje mi w tej książce akcentu polskiego, który moim zdaniem powinien znaleźć w niej swoje miejsce. Mówię o projektach Stanisława Szukalskiego (sam kazał się nazywać Stachem z Warty) polskiego rzeźbiarza i wizjonera, który zasłynął pomysłami na gigantyczne rzeźby i kompleksy budowlane poświęcone piastowskiej historii Polski. Zachęcam więc Państwa do przeczytania (i obejrzenia – książka jest przepięknie ilustrowana) pracy Wilkinsona, ale i do poszukania w Internecie wizji niezrealizowanych Stanisława Szukalskiego. Dobrej zabawy!

Philip Wilkinson: “Architektura – wizje niezrealizowane”, Dom Wydawniczy Rebis