O tym, dlaczego 80 żołnierzy z powstania listopadowego budowało odcinek Koszalin-Sianów drogi Anklam-Szczecin-Gdańsk przebijając się przez masyw Góry Chełmskiej i o koszalińskich szewcach opowiadają historycy Tomasz Katafiasz i Joanna Chojecka.

 

Część 1 – rozmowa z Tomaszem Katafiaszem

Marek Zagalewski: – W niespełna rok od pamiętnej nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku było już po wszystkim: 5 X 1831 w okolicach Brodnicy ostatni duży oddział armii polskiej (ok. 25 tysięcy) przemieścił się do Prus, gdzie został internowany.

Tomasz Katafiasz: – Po kapitulacji Warszawy 7 IX 1831 r. umówiliśmy się z Rosjanami, że armia polska opuściwszy stolicę zaczeka w Płockiem na efekty rozmów. Kierownictwu powstania zdawało się jeszcze na skutek obietnic wielkiego księcia Michała, że car Mikołaj wybaczy Polakom i wszystko wróci do stanu sprzed powstania, łącznie z polską armią w Królestwie. Gdy się okazało, że mamy złożyć broń i zdać się na niełaskę Rosjan, a ich przewaga pozbawiała walkę sensu, powstańcy przeszli do Prus. Wcześniej mniejsza część wojsk z południa poszła do Austrowęgier.

 

– Jaki był status powstańców w Prusach?

– Flüchtlinge (uchodźcy, uciekinierzy). Internowano ich jako buntowników przeciw prawowitemu władcy – pamiętajmy, że Mikołaj był nie tylko imperatorem, ale królem Polski. Zdali Prusakom broń, część zniszczyli. Te 25 tysięcy to były główne siły pod dowództwem ostatniego wodza naczelnego gen. Macieja Rybińskiego. Prowadzili 95 armat i tysiące koni, które zresztą stały się kłopotem, bo trzeba je było utrzymać; powstańcy sprzedawali te konie miejscowej ludności za grosze.

 

– Rozbrojeni mogli wrócić do ojczyzny?

– Nie chcieli, choć Prusacy ich do tego nakłaniali niemal siłą, powołując się na amnestię ogłoszoną przez cara. Były incydenty, że nawet bronią próbowano Polaków wpędzić z powrotem do Królestwa Polskiego. Byli niepożądani. Na Pomorzu Nadwiślańskim czy w Wielkopolsce już mieszkali Polacy; niemało Wielkopolan uczestniczyło w powstaniu. Tu mieszkały ich rodziny. Istniał żywioł polski. Prusy bały się, że powstańcy-uciekinierzy, bohaterowie świeżych walk, mając takie oparcie na ziemiach etnicznie polskich mogą tym razem wywołać powstanie antypruskie.

 

– Dlaczego mimo amnestii nie chcieli wracać?

– Nie obejmowała spiskowców, przy czym uznanie, kto był „winny”, było umowne – zależało od stosunku władz rosyjskich do człowieka, co mogło się okazać już po powrocie. Poza tym o ile polskich oficerów car już w armii nie chciał, o tyle niższych rangą – tak. A że już zlikwidowano polską, wcielono by ich do rosyjskiej, jeśli nie zaliczyli przypisanych prawem 15 lat służby. Następnie rzucono by np. do walki z góralami na Kaukazie. Jeśli wracali, to oficerowie – do rodzin i majątków. Żyli z ziemi lub dzięki wykształceniu czy koneksjom podejmowali inny zarobek.

 

– A wyjazd dalej na zachód?

– A, pewnie! Prusacy to też ułatwiali. I oficerowie – często w nadziei na kolejny czyn zbrojny, np. legionowy – jechali, głównie do Francji. Jednak prostych żołnierzy nie było na to stać, zwłaszcza że dostawali o wiele mniejszy żołd.

 

– Wciąż dostawali?

– Od Prus. Płaciły, gdyż otrzymały od Mikołaja obietnicę refundacji kosztów utrzymania Polaków. Sprawa prestiżowa: to wprawdzie ludzie zbuntowani, ale wciąż jego poddani i żołnierze.

 

– I co z tymi, którzy utkwili w Prusach?

– Początkowo skierowano ich na kwatery prywatne na terenach przygranicznych, głównie do Polaków. Tylko że wzmacniali gospodarstwa i rodziny, czyli z punktu widzenia Prus umacniali polskość. Dlatego wysunięto koncepcję, że jeśli już mają się osiedlić, to na zachodnim Pomorzu, gdzie roztopiliby się w żywiole niemieckim. W końcu jednak większość zabrano do prymitywnych obozów z szałasami. Ale też powstał pomysł, żeby zarobili na siebie pracami fortyfikacyjnymi – Prusy wtedy rozbudowywały twierdze. Powstańcy trafili do twierdz Grudziądz i Wisłoujście. Żeby nie uciekli, nawet przykuwano ich na noc.
– Czemu musieli zarobić, skoro Rosja refundowała koszty?

– Tylko w przypadku powrotu Polaka do Polski. Gdy zostawał lub emigrował dalej, spadały na stronę pruską. A na samodzielne osiedlanie się Polaków nie chciano się zgodzić, bo ich się obawiano jako niespokojnego żywiołu.

 

– W książce „Na tułaczym szlaku” pod Pańską redakcją jest mowa o statkach, które miały zabrać powstańców do Ameryki.

– Właściwie stali się więźniami, co wywoływało oburzenie pełnej sympatii dla nas zachodniej opinii publicznej. Krytykowała ona swe rządy we Francji i Anglii, że nic nie robią i domagała się wyrwania Polaków. Było ich coraz mniej, ale pobyt w twierdzach się przedłużał. Wyczarterowano więc statki, które miały przewieźć naszych rodaków do Ameryki. Część popłynęła, ale nie chcieli aż za ocean i zmusili kapitanów do zawinięcia w Anglii, niektórzy zaś dopłynęli do północnej Afryki, gdzie zasilili francuską Legię Cudzoziemską.

 

– A ci, co zostali w twierdzach?

– Była grupa, która w ogóle odmówiła podróży morskiej. Część tych z Grudziądza we wrześniu 1833 r. trafiła pod Koszalin – rozlokowano ich u gospodarzy w Sianowie, Kłosie i Gorzebądzu. Pod nadzorem konduktora Arndta (stopień w cywilnym korpusie inżynieryjnym) budowali odcinek Koszalin-Sianów (dziś ul. Słupska) pierwszej dalekobieżnej pomorskiej szosy bitej od Anklam koło Uznamu do Gdańska, m.in. przebijając się przez masyw Góry Chełmskiej. Był tu szlak, lecz pokrętny i wiódł górą, przez jary i zarośla. Teraz powstańcy profilowali go, poszerzali i utwardzali tłuczniem.

 

– Co o nich wiemy?

– Ich liczb się wahała, w sumie pracowało tu ok. 80 Polaków. Zachowało się kilkanaście nazwisk, zresztą zniekształconych przez pruskich skrybów. Domniemać można jak po polsku brzmiały: Stempin to zapewne Stępień. .

 

– A tryb pracy i życie prywatne? Mogli chodzić na msze do Koszalina?

– Raczej nie mieli długiego dnia pracy z uwagi na jesienny mrok. Na zimę chciano ich przerzucić do pracy w majątkach. Wymieniany jest przede wszystkim zespół gospodarstw junkra, który był… dyrektorem budowy szos. Wiemy, że jeden z powstańców był z żoną i dzieckiem. Msze nie wchodziły w rachubę, bo katolicki kościół św. Józefa wzniesiono ponad 30 lat później. Zapewne nawet nie mieli kapelana, bo tak istotna postać byłaby wspomniana. Na pewno kontaktowali się z miejscowymi, poznawali język; jeśli uciułali grosz, to zachodzili do karczmy, ale to wyobrażenia.

 

– Gdy skończyli tę robotę, to czy…

– Nie skończyli. Po dwóch miesiącach władze uznały, że są za mało wydajni i nie tak tani jak miejscowa siła robocza. 1 XII 1833 konduktor Arndt zawiadomił przełożonych, że Polaków odesłano z powrotem do twierdzy Grudziądz.

Część 2 – rozmowa z Joanną Chojecką

 

– Jak Pani dotarła do naszych bohaterów?

– W 2011 Jola Rudnik z Radia Koszalin poprosiła mnie o wypowiedź o nich – sam fakt, że tu byli, był znany, ale wiedza ogólna; w opracowaniu Theodora Schmidta z 1853 była tylko wzmianka. Nie chciałam na okrągło odgrzewać kotletów, a dziennikarka dociskała, interesowali ją ci konkretni z Góry Chełmskiej. Przeprowadziłam kwerendę archiwów szczecińskich. Ryłam aż w zespole akt znalazłam poszyt o sygnaturze 10, datowany na 1833 r.: „Skierowanie polskich żołnierzy do budowy szos na Pomorzu”. Buzia nie przestawała mi się cieszyć. Nikt tego nie znał.

 

– Parę szczegółów?

– Rozdano im łopaty, szpadle i taczki. Był rachunek za wykonanie 44 par roboczych spodni, butów i czapek, rozliczenia dniówek, specyfikacja kosztów transportu 16 chorych do lazaretu w Sławnie. Inny zapis mówił o dezercji jednego z Polaków – samo określenie świadczy, jak ich traktowano, byli pod ścisłym dozorem.

 

– Żaden tu nie został? Na rzykład ożeniwszy się z niemiecką dziewczyną?

– Nie wiemy. Ale trzech się pojawiło, w latach 1836-38, w Koszalinie. Można przyjąć, że w 1833 budowali szosę, zabrano ich jak innych do Grudziądza i wrócili w strony, które już znali.

 

– Ale jak w poszycie z 1833 znalazła Pani trzech, którzy się pojawili dopiero w latach 1836-38?

– To następna historia! Znalazłam ich gdzie indziej. Kiedy opracowywałam ten poszyt o powstańcach na użytek wystawy i książki, równolegle pracowałam z moim zespołem nad publikacją „Akta miasta Koszalina” i po jakimś czasie – tym razem w zbiorach koszalińskich – natknęłam się z kolei na poszyt „Zakwaterowanie polskich uciekinierów podlegających twierdzy Grudziądz, dla których powrót do ojczyzny jest zamknięty, i nadzór nad tymiż”. Skojarzyłam ten Grudziądz i bingo! To ci sami powstańcy, kolejne nieznane źródło. Nie zdążyłam już dokumentu dać na wystawę, ale do książki o tułaczach weszli.

 

– Kto to ci trzej?

– Tomasz Lewiński, Szczepan Ligęza i Antoni Zadroszyński przybyli do Koszalina żyć i pracować. Zatrudnili się jako czeladnicy u mistrzów szewskich, z tym że Ligęza w Świeszynie. Ten jeden umiał się podpisać. Lewiński już w 1838 umarł na zapalenie płuc w wieku 30 lat.

 

– To fascynujące, że po tylu latach jest tak dużo do odkrycia. Ale właściwie dlaczego? Mało badaczy w porównaniu z archiwami, bariera języka, pismo gotyckie? A może pracują nad samymi poszytami, nie nad zagadnieniami kojarząc poszyty z różnych miejsc?

– Wszystko, co pan wymienił. Oczywiście kluczowe jest zagadnienie, a nie jednostki archiwalne; właśnie dla zagadnienia poszerzyłam kwerendę np. o Berlin. Temat musi mieć swojego entuzjastę.

 

– A wywiad?

– Jaki wywiad? Aaa, dla radia! Też udany.

Autor: Marek Zagalewski / Foto: Ilona Łukjaniuk (muzeum)