Wszystko tam odbywa się bezszelestnie, bez zbędnych poruszeń i emocji. Trudno pojąć, skąd wypływa ta wewnętrzna harmonia, ale można ją namacalnie odczuć. Przesycona jest nią cała Korea – Kraj Spokojnego Poranka. Nawet 10-milionowy Seul, stolica Korei Południowej, jest metropolią niehałaśliwą. A Koreańczycy? Jest w nich coś ujmującego, naturalna grzeczność, dyskrecja, empatia, elegancja bycia.

W Seulu czasami czułam się tutaj, jakbym wylądowała na planie filmowym jednej z tysiąca koreańskich dram (serial telewizyjny). Doniesienia o tym, że w Korei Południowej z roku na rok rośnie odsetek singli, że młodzi ludzie coraz rzadziej decydują się na zakładanie rodzin, wydały mi się jakąś nierzeczywistą pogłoską, kiedy przechadzałam się ulicami tej azjatyckiej metropolii. Co krok mijałam zakochane pary, nierzadko ubrane jednakowo, co jest w Korei symbolem przynależności (bardzo często widuje się chłopaka z dziewczyną ubranych np. w identyczne bluzy w paski i czarną ramoneskę; zresztą wszystko jedno w co – byle było podobnie lub nawet identycznie). Mnóstwo czułości, przeróżnych miłosnych afektów świadczących o tym, że ktoś tu przeżywa „miłość swego życia” i pragnie to zakomunikować światu.

W ogóle ten koreański „mit idealnej miłości” jest dość ciekawym zjawiskiem, wartym zbadania. Z głośników w co drugiej kawiarni sączą się słodkie K-popowe melodie, w refrenach których wyławiam wciąż to samo słowo: sarang, sarang, sarang (miłość, miłość, miłość…) w przeróżnych wersjach i dużym zagęszczeniu. Czy to właśnie koreańskie, tasiemcowe dramy, opowiadające miłosne historie zaszczepiły w młodych Koreańczykach nieodparte marzenie o miłości idealnej, choć nierzadko napotykającej poważne przeszkody, czy raczej to dramy są kulturowym odzwierciedleniem mitów żywych w społeczeństwie. Trudno orzec, co było pierwsze, niemniej ulice w Seulu pełne są miłości trzymającej się za ręce.

Hanbok

Ciekawym doznaniem podczas pobytu w stolicy może być spacer zaułkami wioski Bukchon sąsiadującymi z Pałacem Gyeongbokgung w samym centrum najstarszej, północnej części miasta, historycznego centrum Seulu oraz na terenie samego pałacu. Tym łatwiej przeniesiemy się w czasy dynastii Joseon (XIV w.), jeśli wcześniej w specjalnej wypożyczalni zaopatrzymy się w tradycyjny strój z tamtej epoki – hanbok. Spacer w hanboku gwarantuje wrażenie podróży w czasie do „starej Korei”, piękne zdjęcia i darmowy wstęp na teren Pałacu oraz do okolicznych muzeów.

Seul to jedno z miast gigantów, w którym każda dzielnica tworzy odrębny świat. Zapewne nie sposób zobaczyć wszystkiego za pierwszym razem, ale warto wybrać się do kilku wybranych dzielnic i poczuć smak ich odmienności: biznesowe, nowoczesne Gangnam, zakupowe Myeongdong, artystyczne Insadong, uniwersyteckie Hongdae, designerskie okolice Dongdaemun Design Plaza (DDP), rekreacyjne okolice rzeki Han – wybór będzie oczywiście podyktowany naszymi indywidualnymi preferencjami, zainteresowaniami, ale jedno jest pewne: w każdej dzielnicy znajdziemy coś dobrego do jedzenia, bardzo często także bogatą ofertę street foodową na lokalnych rynkach, bazarach i samodzielnych stoiskach.

Jeden z noclegów warto zaplanować w tradycyjnym koreańskim domu z czasów dynastii Joseon, w hanoku. Doświadczycie wtedy snu na… podłodze, z zaledwie jedną małą, wąską poduszką pod głową, wypełnioną łuską z gryki i futonem (miękki pled – grubszy, na którym leżymy, cieńszy do przykrycia się), w skromnym i prosto urządzonym wnętrzu, praktycznie pozbawionym mebli. Hanoki wykonane są w całości z ekologicznych materiałów takich jak drewno, kamień, glina.

Oczywiście to truizm stwierdzić, że poznawanie Korei Południowej warto zacząć od Seulu. Ale jeśli macie taką możliwość, na pewno po kilku dniach spędzonych w stolicy, warto udać się choćby tylko do jednego z miast położonych w głębi kraju: do portowego Busan, do pełnego zabytków Gyeongju (dawnej stolicy Państwa Silla – na własny użytek nazywałam to miasto „koreańskim Krakowem”), do stolicy kulinarnej Korei, gdzie narodził się bibimbap – czyli Jeonju (siedziby pierwszych królów – znów trochę takie „koreańskie Gniezno”). Po co? Żeby poczuć różnicę, zobaczyć, w jakim rytmie płynie życie w mniejszych miastach, na prowincji, poza tym seulskim epicentrum zdarzeń.

 

Jjimjilbang

Koreańska łaźnia. To nie to, co znamy z wizyt w naszych rodzimych Day SPA. To raczej rodzaj kolektywnego doświadczenia (czasem dla całych rodzin), bardziej zwyczajna codzienność niż luksus, atrakcja turystyczna sama w sobie i… sposób na tani nocleg w Korei. Mówią o tym cichaczem niektóre przewodniki.

Patent godny zawodowców: nocując w jjimjilbang za ok. 10 000 KRW (ok. 30 zł) mamy do dyspozycji więcej, niż można sobie wyobrazić w tej cenie: dostęp do łaźni, a tam kilka basenów z podgrzewaną wodą, m.in. leczniczą kąpiel jadeitową w 40 stopniach z hydromasażem, wszelkie możliwe sauny (łącznie z pokojem dla wyjątkowych śmiałków, gdzie temperatura sięga 90 stopni Celsjusza i gdzie oczywiście można wytrzymać zaledwie ułamek sekundy!), komorę lodową, bilard, fitness klub, bary, restaurację, telewizję (można obejrzeć mecz, koreańską dramę – co kto lubi), bezpłatne WiFi, pokój do karaoke, czytelnię, krzesła do masażu, dodatkowe (odpłatne) zabiegi jak peeling całego ciała, masaż itp., i krótko mówiąc – dużo, bardzo dużo miejsca do spania na podłodze. Chociaż nie tylko. Na ostatnich piętrach mieszczą się zazwyczaj salki do spania, gdzie, zgodnie z jedynie słusznym podziałem na płeć, zrelaksowany bywalec koreańskiej łaźni udaje się na spoczynek do swojego „korytka” przypominającego trochę łóżko w japońskim hotelu kapsułowym. Mamy tam do dyspozycji poduszkę i jałowy ręcznik oraz oczywiście miłe sercu towarzystwo Chrapaczy i Chrapaczek. Ale naprawdę można się tam dobrze wyspać, a z samego rana ponownie skorzystać z wszystkich atrakcji łaźni…

Przyznam szczerze, że wizyta w tym przybytku była na mojej liście jednym z kluczowych miejsc do odwiedzenia w Korei, ale nie byłaby doświadczeniem kompletnym bez odważenia się na całkowity peeling ciała. I stało się… Zrobiłam to!

Atak przerażenia dopadł mnie już przy pierwszym dotknięciu szorstkiej myjki, zapewne inaczej odczuwanej przez ciała Koreańczyków przyzwyczajone do tych regularnych tortur. Próbowałam po angielsku, a potem na migi wyjaśnić ajummie (określenie na zamężną, często zaawansowaną wiekiem kobietę o bardzo specyficznych właściwościach, których opis mógłby stanowić odrębny artykuł), że moja skóra jest bardziej delikatna niż skóra Koreanek i potrzebuje chyba innej myjki. Po długich tłumaczeniach wreszcie udało mi się wynegocjować masaż myjką o drobnoziarnistej strukturze, przeznaczoną chyba dla… koreańskich niemowląt. A i tak bolało! I to jak!
Zaczął się cały, godzinny rytuał, który można przeżyć jedynie wtedy, kiedy otworzymy się na ekstremalne doznania. Zaczyna się od namydlenia całego ciała i bezlitosnego szorowania każdego centymetra, nawet tych najdelikatniejszych rejonów…

Po spłukaniu ciała wodą (z wiadra), kiedy uwolnił się już brud zasklepiony w naszych porach (a wierzcie mi każdy ma tego trochę, nawet jeśli bierzemy prysznic dwa razy dziennie…), ajuma zabiera się za masaż bliższy masażowi tajskiemu, przypominającemu raczej terapię manualną. Wygina nas na lewo i prawo, oblawszy uprzednio sporą porcją olejku do masażu, co sprawia, że raczej ślizgamy się na łóżku do masażu jak sardynka w puszcze, w olejowej kąpieli. Ach, zapomniałam, w międzyczasie ajuma pyta, czy życzę sobie też zabieg pielęgnacyjny na twarz. I kiedy z lękiem zgadzam się, myśląc, że oznacza to skrobanie twarzy myjką, ona nakłada mi na twarz maseczkę z drobno startego ogórka, po czym owija szczelnie twarz folią. Woda z ogórków chlupocze radośnie pod tym dziwnym opatrunkiem, kiedy ja obracam się na łóżku miotana wprawnym ruchem masażystki. Na koniec, chyba dla uspokojenia nerwów – masaż relaksacyjny twarzy i „kąpiel Kleopatry”, kiedy zostajemy od stóp do głów oblani mlekiem.

Po takim zabiegu skóra wręcz świeci w ciemnościach (efekt ten utrzymuje się ok. dwóch tygodni), a po martwym naskórku wyprodukowanym jeszcze w Polsce pozostaje jedynie mgliste wspomnienie.
Warto, warto się na to odważyć, chociażby po to, żeby doświadczyć tego na własnej skórze (dosłownie!) i zrozumieć, czym dla Koreanek jest prawdziwa czystość ciała (nie wiem, czy panowie też się łączą w bólu…), a jak widać stawiają one właśnie przede wszystkim na usunięcie martwego naskórka, a nie głaskanie całego ciała miękką gąbką pod prysznicem.

Jeju (czyt. Czedżu)

Wulkaniczna wyspa położona na południu Półwyspu Koreańskiego jest niczym Raj dla Koreańczyków… Raj, którego podstawa wynurzyła się z morza i uformowała 2 mln lat temu!

Pobyt na Jeju planuje się najczęściej tuż po ślubie, ale nie jest tak, że wybierają tam sami nowożeńcy, aby spędzić w tych pięknych okolicznościach przyrody swój miodowy miesiąc. Czasem widać też tutaj starsze stażem pary małżeńskie, które po prostu wskakują w piątek w samolot i fundują sobie romantyczny weekend na wyspie. Jeju przyciąga też miłośników trekkingu – zwłaszcza w jej centralnej części, gdzie piętrzy się wulkan Hallasan, najwyższy szczyt na Jeju i w całej Korei Południowej (1950 m n.p.m.) wyspa oferuje niezwykle bogatą sieć szlaków turystycznych. Dodatkowo warto wspomnieć też o coraz bardziej popularnym Olle Trail – wieloetapowym szlaku przypominającym chociażby słynne Camino de Santiago, czy inne podobne szlaki pielgrzymkowe. Olle jest raczej szlakiem stricte turystycznym i widokowym. Biegnie przez najbardziej urokliwe zakamarki Jeju, oplatając całą wyspę na krańcach jej wybrzeża.

Na Jeju można się też natknąć na haenyeo, czyli „kobiety morza”, przemieszczające się czasem miejskim autobusem w charakterystycznym czarnym kombinezonie do nurkowania i z wiklinowym koszem pełnym owoców morza.

Jest ich na Jeju zaledwie i aż kilka tysięcy. Łowią ośmiornice, jeżowce i ślimaki morskie w wodach Morza Żółtego. A nurkują bez butli tlenowej na głębokość do 30 m, wyposażone jedynie w rękawice, płetwy i gogle oraz siatkę, w którą jednorazowo są w stanie złowić ok. 30 kg morskich skarbów.
Zawód całkowicie sfeminizowany, z wątkami szamanistycznymi w tle, co da się odczuć, kiedy tuż przed zanurzeniem w wodzie zaczynają śpiewać swe pieśni…

 

Hareubang, czyli spotkanie z Dziadkiem

Te szamańskie posągi z porowatego bazaltu obecne są wprawdzie głównie na południowej wyspie Jeju, ale ich odzwierciedlenia pojawiają się też w innych miejscach na półwyspie, prawie na każdej ulicy w Korei: często przed czyimś domem, restauracją, przed ważnymi budynkami użyteczności publicznej, nawet przy wejściach na deptak. Wielkością dorównują człowiekowi, mają niezwykle zabawne, szerokie nosy, a na głowie okrągły kapelusik.
Odstraszają demony, a na Jeju, która, jak wspominałam wyżej, jest popularną destynacją nowożeńców, przynoszą świeżo poślubionym szczęście i… męskiego potomka. Trzeba tylko wykonać mały rytuał! Delikatnie pocieramy nos Dziadka i wypowiadamy w myślach życzenie dotyczące narodzin syna. Jak rozumiem potem już trzeba tylko cierpliwie czekać na owoce tego rytuału, o które zadba Dziadek, używając swych magicznych mocy…

Epilog

Siedzę właśnie we wrocławskim Starbucksie, przy kolejnej już kawie, kończąc ten artykuł przy długim, drewnianym stole w samym centrum kawiarni, kiedy nagle słyszę znajome, koreańskie szwargotanie. I tak poznaję dwóch młodych mężczyzn, jak się okazało pracowników LG w biznesowej podróży. Po krótkiej, miłej wymianie zdań dostają ode mnie zadanie określenia w kilku słowach cech koreańskiego społeczeństwa z ich, jakby nie było wewnętrznej i subiektywnej perspektywy. I padają takie oto słowa:
„Koreańczycy są otwarci, delikatni, ale też silni, starają się być idealni, bezbłędni, poprawni, zachowujący odpowiednie maniery w każdej sytuacji”.
Jakże akuratna definicja. W pełni się z nią zgadzam, zwłaszcza z tą delikatnością, cechą niezwykle ujmującą, która wprost chwyta za serce.
Podczas odwiedzin w Kraju Spokojnego Poranka udziela się to nam jakby samoistnie…