Jako dziecko nienawidziła sportu. – Gdy szłam na lekcję WF-u, to dostawałam gorączki – mówi. Teraz ma 48 lat i za sobą długą, zakończoną karierę w korporacji. Jest trenerem, dietetykiem i motywatorem, a bez sportu nie wyobraża sobie życia.

Jako młoda dziewczyna rozpoczęła pracę w jednej z największych firm w Polsce. Była tłumaczem oraz sekretarką dyrektora. – Szef często narzekał, że są klienci, którzy zamawiają towar, a później za niego nie płacą. Pewnego dnia powiedział do mnie: „Ania, weź coś zrób, kontaktowa jesteś, dogadasz się z nimi”. Wtedy nie istniał taki zawód jak windykator. Nie miałam od kogo się uczyć. W wieku 24 lat zostałam rzucona na głęboką wodę, jednak im bardziej oni unikali zapłaty, tym bardziej mnie to kręciło. Przy tym wszystkim musiałam myśleć o zachowaniu dobrych relacji. W końcu „klient nasz Pan” – opowiada Anna Gąsiorowska.

Jak się spodziewała – nie łatwo było odzyskać należności. Dyrektorzy fabryk na początku nie chcieli z nią rozmawiać, ale jej zaangażowanie przyniosło skutek. Firmy zaczęły spłacać zadłużenia.

Wraz z rozwojem szczecineckiej firmy, rosło zapotrzebowanie na nowych pracowników. – Otworzyłam nowy dział i zaczęłam ich szkolić. Gdy w Polsce powstawały kolejne fabryki międzynarodowego dziś koncernu – wszystkie podlegały mojej kontroli – wyjaśnia.

Została prokurentem, a niedługo później – dyrektorem do spraw zarządzania należnościami. Miała pod sobą 16 fabryk w całej Europie i kontrakty warte około 500 milionów złotych. Tak spędziła 17 lat.
– Ciągle byłam w pracy. Nie miałam zbyt wiele czasu dla rodziny i dzieci. W końcu doszło do tego, że gdy podjeżdżałam przed bramę firmy, to czułam, że albo coś zmienię, albo wywiozą mnie do „wariatkowa” – opowiada.

Rewolucyjne zmiany po czterdziestce

W wieku 40 lat podjęła decyzję o odejściu z pracy. Szef przez dwa lata skutecznie odwodził ją od tego pomysłu. Zaproponował jej nawet członkostwo w zarządzie. – Mówił, że sobie nie poradzę, że własna firma to duże ryzyko. Ja jednak przygotowałam się do tego finansowo i zdecydowałam się na odejście. Stwierdziłam, że to jest najwyższy czas. Nie chciałam iść do żadnej innej fabryki, chciałam się rozwijać. W korporacji jest tak, że musisz wypełniać pewne założenia, a ja chciałam to robić po swojemu, podchodzić do ludzi z szacunkiem. Zamiast windykatorem zostałam więc negocjatorem – mówi.

Własny biznes nie jest jednak dla każdego. Szczególnie ten, z biurem we własnym domu. – Niezbędna jest samodyscyplina. Musisz mieć wyznaczony czas, w którym siedzisz i zajmujesz się pracą. W korporacji, czy innym miejscu, masz określone godziny pracy. Będąc w domu, bardzo łatwo jest zająć się praniem, sprzątaniem czy gotowaniem. Dlatego, gdy planuję dzień, jasno wyznaczam sobie pory pracy. Nie wyobrażam sobie, jak inaczej mogłabym ogarnąć swoje życie – podkreśla.
W „ogarnianiu życia” Annie Gąsiorowskiej pomaga także sport. Początkowo traktowany amatorsko, teraz już na poważnie, zawodowo.

Nic jednak nie wskazywało na to, że będzie on tak ważny w jej życiu. Jak podkreśla, choć w młodości chodziła do szkoły żeglarskiej, uprawianie sportu było dla niej traumatycznym przeżyciem. – Gdy miałam iść na lekcję wychowania fizycznego, to dostawałam gorączki. Nie spotkałam na swej drodze nauczycieli, którzy by mnie sportem zarazili. Zazwyczaj było tak, że w klasie wyróżniało się kilka osób i to pod nich były prowadzone lekcje. Nikt nie interesował się resztą uczniów. Mieli tylko nie przeszkadzać – opowiada Anna.

Chciała zmęczyć się bardziej

Początkowo był taniec. – Na treningi jeździłam do większych miast, ponieważ w Szczecinku nie było wtedy żadnej szkoły. Niespożyta w dzieciństwie energia sprawiała, że chciałam więcej. Wtedy znajomy powiedział mi, że jeśli chcę się zmęczyć, powinnam zapisać się na sztuki walki – mówi.

Ania długo szukała swojej drogi, aż w końcu trafiła na trening Karate Kyokushin do sensei Wojciecha Hurki. – Jak weszłam tam pierwszy raz to myślałam, że to jakaś sekta. Wszyscy byli zdyscyplinowani, a na polecenia nauczyciela odpowiadali krótkie ‘OSU’ (potwierdzenie i wyrażenie szacunku). Niezwykle charyzmatyczna osobowość sensei Hurki sprawiła jednak, że na treningach zostałam. Karate bardzo mnie zafascynowało, czułam, że to moje miejsce. Doszło do tego, że w trakcie przerwy na lunch w pracy, biegłam na indywidualny trening – opowiada.
Karate nauczyło ją pokory, dyscypliny i pokonywania własnych słabości. – Dla wielu to tylko slogan, ale ja naprawdę tak to czuję. Przykładem mogą być egzaminy na kolejne stopnie wtajemniczenia, gdy już myślisz, że nie dasz rady, ale robisz jeszcze jedno kopnięcie i uderzenie. Tak samo jest w życiu. Potrafimy znieść o wiele więcej, niż nam się wydaje – wyjaśnia Anna.

Po latach treningów i doświadczeń sama postanowiła zostać trenerem. Zbiegło się to z odejściem z pracy i założeniem własnej firmy. – Sport stał się moją pasją. W każdej wolnej chwili się doszkalałam, bo ekscytowało mnie to, jak wielki wpływ na nasze ciało i psychikę mają drobne zmiany wprowadzane w treningu i diecie – mówi. Wciąż robi dodatkowe kursy, bo jak mówi „aby być dobrym trenerem, trzeba się cały czas uczyć”.

Jak została husarzem

Sportem fascynuje się także Rafał, partner Anny. Zarówno on, jak i znajomi, którzy trenowali pod okiem Ani, zainteresowali się biegami z przeszkodami. – Zaczęłam układać im treningi przygotowujące ich do udziału w takich biegach. Po pewnym czasie zaczęliśmy startować w zawodach i szło nam całkiem nieźle – mówi.
Grupą, która szczególnie wyróżniała się podczas tych biegów, była Husaria Race Team. -Widzieliśmy ich zaangażowanie i pasję. Zapytałam więc, jak dołączyć do drużyny. W odpowiedzi usłyszałam, że wystarczą chęci. Tych mieliśmy aż w nadmiarze – opowiada Ania.

Po długich negocjacjach zapadła więc decyzja o utworzeniu oddziału Husarii w Szczecinku. Dokładnie dwa lata temu w lokalnej prasie i internecie pojawiło się ogłoszenie o naborze do drużyny. Na pierwszy trening przyszło niespełna dziesięć osób. Grupa szybko zaczęła się jednak rozrastać. – Obecnie spotykamy się w każdą sobotę. Treningi są darmowe, a na każdy z nich przychodzi ponad dwadzieścia osób. W naszym oddziale są osoby, które zajmują czołowe lokaty podczas Mistrzostw Polski, a także biorą udział w Mistrzostwach Europy i Mistrzostwach Świata – dodaje.

Medale nie są jednak najważniejsze. Annę najbardziej cieszy fakt, że ludzie chcą robić coś dla siebie. – W naszej grupie więcej jest osób, które do tej pory nie miały do czynienia ze sportem, niż tych, które przeszły z innej dyscypliny – mówi.

Ewenementem jest fakt, że w szczecineckiej Husarii ćwiczy spora grupa osób będących po 50. Roku życia. Zdaniem Ani, to oni powinni dostać złoty medal za pokonywanie własnych słabości. Sama o wystartowaniu w biegach przeszkodowych nigdy nie myślała, choć jest na prawie każdych zawodach. – Przez kontuzję kolan nie mogłabym pokonywać niektórych przeszkód. Ale zawsze biegam za nimi z aparatem i przeżywam ich starty. Za każdym razem mówię sobie, że już więcej nie pojadę, że to nie na moje nerwy, a później, gdy przychodzi co do czego, pakuję się w samochód i jadę – dodaje ze śmiechem.

 

„Wspaniały motywator”

Profesjonalizm, pasja i motywacja – tymi słowami Anię opisują przyjaciele. – Zrobiła ze mnie całkiem innego człowieka. Byłem tak zwanym kanapowcem z niemałą nadwagą. W ciągu trzech lat zgubiłem 27 kilo, dwa razy wziąłem udział w Mistrzostwach Europy oraz wystartowałem w Mistrzostwach Świata w Toronto. Czy można chcieć czegoś więcej? – mówi Piotr, który jest jednym z czołowych zawodników Husarii.
Milena dodaje, że dzięki niej człowiek czuje, że może więcej: – Ania wie, jak przygotować nasze ciało, ale przede wszystkim psychikę do zawodów, co widać po wynikach. Taki trener to skarb. Jest z nami na dobre i złe.
Violetta uważa ją natomiast za wspaniałego motywatora: – Do Ani trafiłam 10 kg tłuszczu temu, zupełnie pozbawiona kondycji fizycznej. Już po pierwszych treningach wiedziałam, że trafiłam w dobre ręce. Jestem po pięćdziesiątce, a Ania potrafi wydobyć ze mnie siłę, o której istnieniu nie miałam pojęcia.
Niemal wszyscy Husarzy uważają, że Ania wywróciła ich życie do góry nogami. – Dzięki niej uwierzyłam w siebie, zmieniłam sposób odżywiania i styl życia, wzmocniłam ciało, a przede wszystkim psychikę – dodaje Beata.

Nowa pasja

Po niemal 20 latach treningów, przez wspomnianą kontuzję kolana, Anna musiała zrezygnować z karate. Wtedy odkryła odważniki kulowe (kettlebells), które w latach 40. były wykorzystywane do treningu wojskowego w radzieckiej armii. – Gdy pierwszy raz je zobaczyłam, bardzo mnie zaintrygowały. Zaczęłam szukać miejsca, w którym można się tego nauczyć i tak trafiłam do Lecha „Leona” Kledzika, który jest propagatorem tego sportu i jednocześnie prezesem Polskiego Stowarzyszenia Kettlebell i Fitness – opowiada.
Przez długi czas Anna jeździła na kursy i konsultacje do Gdańska. Sport tak jej się spodobał, że w wieku 45 lat, już z nowym trenerem, rozpoczęła przygotowania do zawodów. I już na pierwszych zaprezentowała się znakomicie i stanęła na trzecim stopniu podium. – Startowałam z 10-kilogramowym odważnikiem w konkurencji snatch. Polega ona na tak zwanym rwaniu odważnika jedną ręką i zarzucaniu go nad głowę. Wykonałam niemal 150 powtórzeń, co wtedy było dla mnie ogromnym osiągnięciem – mówi.
Kolejne zawody to coraz wyższe stopnie podium. Podczas listopadowego Pucharu Polski, który odbył się w Warszawie zdobyła dwa złote medale startując już z 16-kilogramowym odważnikiem. – Jechałam z dość pesymistycznym nastawieniem. To był mój pierwszy start z takim ciężarem, do tego w dwóch konkurencjach. Na treningach robiłam niespełna 80 powtórzeń Okazało się, że w długim cyklu jednorącz (nadrzut i podrzut odważnika) w dziesięć minut wykonałam 100 powtórzeń, a w konkurencji snatch – 128 – opowiada Anna.

 

Jeśli można zrobić coś dobrego, to trzeba to robić

Jedną z najwyższych życiowych wartości jest dla Anny wiara. Uważa, że życie pełne jest codziennych, małych cudów. – Myślę, że mam najlepszego Anioła Stróża. Czuję jego obecność i bardzo ważne jest dla mnie życie zgodnie z religijnymi wartościami. To właśnie pasja i wiara daje mi siłę do działania – mówi.
Tę siłę chce teraz włożyć w fundację. W Husarii trenuje bowiem wiele osób, których nie stać na wyjazdy na zawody. Są też rodziny z chorymi dziećmi. – Start w zawodach rangi mistrzostw Europy czy świata to są ogromne pieniądze. Staramy się o dofinansowania, ale często jesteśmy odprawiani z kwitkiem. Przy okazji moglibyśmy pomagać innym potrzebującym. Już teraz organizujemy różne zbiórki i charytatywne treningi. Mając fundacje moglibyśmy robić to na większą skalę. Moim zdaniem, jeśli można w życiu zrobić coś dobrego, to trzeba to robić – mówi Ania.

Jej zdaniem sportowcy i biznesmeni mają wiele cech wspólnych. – To przede wszystkim dyscyplina. Zarówno w biznesie, jak i w sporcie, jeśli chcesz osiągnąć sukces, to robisz rzeczy, których ci się nie chce i których nienawidzisz. Kolejną cechą jest konsekwencja i systematyczność. Nie będzie tak, że zawsze będziesz miał motywację, ale jeśli czegoś bardzo chcesz, to zaciskasz zęby i to robisz. Nie bez znaczenia jest też wytrwałość, zaangażowanie i pasja. Nie osiągniesz sukcesu, jeśli nie będziesz mieć pasji – dodaje Anna Gąsiorowska.

Autorka: Ewelina Żuberek