Ma nie tylko talent, ale również wielką determinację. Trenuje trudną dyscyplinę jeździecką – wszechstronny konkurs konia wierzchowego (WKKW) pod okiem Pawła Spisaka, czterokrotnego olimpijczyka, pięciokrotnego mistrza Polski a obecnie również szkoleniowca Jeździeckiego Klubu Sportowego Dako Galant Skibno. Zuza Lewandowska jest już w kadrze województwa zachodniopomorskiego z perspektywami na kolejne sukcesy. Czy one przyjdą, nie zależy wyłącznie od niej. Potrzebni są sponsorzy, bo WKKW to piękny sport, ale również kosztowny. Pomagają rodzice 15-latki, ale ich możliwości na poziomie regionalnym się kończą.

WKKW to jeden z najbardziej widowiskowych sportów jeździeckich. Zawody odbywają się najczęściej w ciągu trzech dni, podczas których rozgrywane są trzy próby sprawności jeźdźca i konia: próba ujeżdżania, próba terenowa (cross country) i próba skoków przez przeszkody.

Zuza Lewandowska ma 15 lat. Z końmi związana od dzieciństwa. „Nie sztuką jest kochać konia, sztuką jest, by koń pokochał ciebie” – przekonuje. Sama rozumie konie jak mało kto. Jej przyjaźń z jednym z nich to temat na długą odrębną opowieść.

Zuza mówi: – Moja przygoda z końmi zaczęła się, kiedy jeszcze byłam malutka. Mama zabierała mnie w wózku do stajni, w której prowadziła zajęcia z dziećmi. Jazdę w siodle rozpoczęłam w wieku 7 lat, podczas pierwszego wyjazdu na obóz jeździecki, którego opiekunem i jednocześnie instruktorem była pani Monika Ćwirko. Wciąż pamiętam wspaniałe odczucie wiatru we włosach podczas pierwszego galopu. Mieszkam dwa kilometry od stajni, więc większość czasu spędzałam z końmi. Cztery lata temu rodzice spełnili moje marzenie – stałam się posiadaczką bardzo krnąbrnej i niezbyt grzecznej klaczy o imieniu Hania. To koń, który zainspirował mnie do zagłębiania się w psychologię tych zwierząt. Z Hanią przeżyłam przygodę, która pozwoliła mi uwierzyć , że możliwy jest głęboki i bezinteresowny związek między koniem a człowiekiem.

Jak podkreśla Zuza, Hania stała się jej przyjaciółką. Wspomina: – Pamiętam, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Stała w boksie, nie tolerując osób, które chciały się z nią przywitać. Nawet takich, które przychodziły z marchewką w dłoni. Przyglądałam się jej z daleka, marząc by ówczesny trener pozwolił mi na nią wsiąść. Któregoś dnia znalazł się kupiec na „mojego” konia. Zabrał Hanię ze stajni a ja zrozumiałam, czym może być tęsknota. Ale Hania wróciła po trzech dniach, znów niechciana. I to był dzień, kiedy nasze losy się połączyły. Ja pokazałam jej, czym jest dotyk, ona pokazała mi, czym jest zaufanie. Dziś Hania jest szczęśliwa, otoczona miłością mojej cioci. Urozmaica stado koni pasących się na przydomowym pastwisku.

Rodzice Zuzy kupili Hanię, ale ta po trzech miesiącach ciężko zachorowała. Życie uratowała jej kosztowna operacja. – Wie pan, co czułam wchodząc do stajni weterynaryjnej ? Były tam dziesiątki koni, a ja miałam w uszach tylko jej rżenie. Ona mnie rozpoznawała z daleka na pierwszy dźwięk swojego imienia! Tydzień wcześniej zdała ze mną egzamin na srebrną odznakę jeździecką z najwyższą notą w ujeżdżaniu, chora i w ukrywanym cierpieniu. Koń, którego oczy błyszczą na twój widok, rżenie które jest głośniejsze niż dzwony w kościele i ten tupot niecierpliwych kopyt w miejscu… Nic w życiu do tej pory nie przyniosło mi tylu emocji. Ona wierna mi, a ja wierna jej. Po powrocie do domu cieszyłyśmy się sobą każdego dnia. Jazda bez ogłowia, na oklep, wspólne zabawy, to jest świat pisany chyba tylko „końskim wariatom”. Mama tak o nas mówiła.
Czy Hania jest koniem sportowym? To piękna i niezwykle inteligenta klacz, której jednak kariera sportowa, zwłaszcza po chorobie, nie jest pisana. Według Zuzanny stworzona jest raczej do kształtowania w jeźdźcu pokory i cierpliwości. Taka niezwykle wrażliwa „czterokopytna osobowość”.

Trzy lata temu Zuzia namówiła mamę, by pozwoliła jej spróbować czegoś więcej. – Razem z Hanią trafiłyśmy w ręce pana Pawła Spisaka – wspomina 15-latka. – WKKW było dla mnie od zawsze dyscypliną, która pokazuje wszelkie niedociągnięcia jeździeckie, a ja chciałam ich mieć jak najmniej. Hania została obdarowana doświadczeniem wyjątkowego jeźdźca. Pan Michał Zakrzewski, „zaklinacz koni” w stajni pana Pawła, wziął Hanię w obroty, a ja z boku przyglądałam się efektom. Po kilku miesiącach pan Paweł stwierdził, że Hania powinna pozostać „damą na salonach”, a ja powinnam się zabrać do roboty, jeśli chcę poczuć, czym jest tak naprawdę ta dyscyplina sportu. Nie chcąc nas rozdzielać, rodzice zdecydowali, że Hania pozostanie w rodzinie, u naszych krewnych na wsi.

Paweł Spisak, jeździec należący do światowej elity, zdecydował, że w życiu młodej amazonki pojawił się Lilienthal. – Liluś, jak na niego wołamy w stajni, to koń z niemieckich przodków z hodowli z Bielina. Jego imię idealnie oddaje jego możliwości – śmieje się Zuzia. – Koń skaczący pod chmury. Ja staram się jak mogę, by mu dorównać. Jesteśmy sportową parą od roku, ale dopiero ostatnie miesiące pokazują tak naprawdę, na co nas stać. Lilienthal to młody koń, którego tegoroczny udział w zawodach kształtował w odwadze i sile. Jest bardzo mądry i ambitny koń, ma przecudowny charakter. Jest ciekawski, zabawny, ale jednocześnie absolutnie profesjonalny, jeśli chodzi o wyjazdy na zawody. Czasami odnoszę wrażenie, że swoją łagodnością pokrywa nasze wspólne emocje związane ze startami. Hania i Lilienthal mieli okazję się poznać właśnie w Skibnie. Jeden i drugi koń wiele dla mnie znaczą. Hania jest dla mnie profesorem psychologii, a Lilienthal nauczycielem sportu.

Paweł Spisak widzi w Zuzie wielki talent, ale nie tylko: – Można mieć talent, ale go zmarnować. Zuzia jednocześnie demonstruje wielką determinację. Ona żyje tym, co robi. To dobrze wróży na przyszłość. W mojej ocenie ma szansę wyrosnąć na wybitną zawodniczkę – kwituje trener.

Wojciech Mickunas, osobowość znana w świecie jeździeckim, mówi: – Zuzia to kolejny przykład naszej bardzo zdolnej młodzieży, której powinno się pomagać, by mogła rozwijać w pełni swój talent.
Zuzia zaś komentuje: – To dla mnie zaszczyt słyszeć takie słowa. Pan Paweł to od dawna mój idol. Pan Wojciech z kolei to wyjątkowy człowiek. Jego artykuły oraz książka, którą wydał, służą za przewodnik niejednemu trenerowi i jeźdźcowi. Jestem dumna, że poświęcił mi czas, ucząc idealnego kontaktu z koniem.

Konie to obok szkoły dwa najważniejsze aspekty życia Zuzi. Być może zleją się niedługo w jedno. – Po gimnazjum chciałabym podjąć naukę w Technikum Hodowli Koni, za dwa lata będę mogła uzupełniać kierunki pod względem hipoterapii. To połączenie psychologii i natury koni z leczeniem układu nerwowego człowieka. Zdaję sobie sprawę, że moje plany to ogromne wyzwanie dla moich rodziców pod kątem budżetu. Rodzice zrezygnowali z urlopów, bardzo dużo pracują. Robią wszystko, żebym mogła spełniać swoje marzenia. Zdaję sobie sprawę, że nie jest im łatwo.