Lipcowy wieczór 2009 roku. W pubie Doliny Charlotty odpoczywa po koncercie supergrupa SBB. Podchodzi chylący się meloman i woła do lidera: – Józek, pamiętasz?! Siedemdziesiąty czwarty, Koszalin, stałem na bramce! Skrzek podnosi wzrok: „A, to pan”. Rozmawiamy z Mirosławem Wawrowskim, menedżerem Doliny Charlotty, dyrektorem Festiwalu Legend Rocka, który zaszczycili Santana, Dylan i Plant.

 

– PGR Mścice. Półtora miesiąca pracy po 11 godzin dziennie – tyle kosztował mój kaseciak MK 125 na licencji Thomsona. Czerwony, czarne wykupili. A pan na czym zaczął?
– ZK 145 na licencji Grundiga, szpulowy. Pół roku pracy nad tatusiem i dobre stopnie. Nagrywałem z radia i płyt przemyconych przez marynarzy. Najpierw z Radia Luxembourg, potem z Trójki.

 

– Przy czym gasiliście światło na prywatkach?
– Przy „Bielszym odcieniu bieli” Procol Harum.

– A Santana?
– A tak! „Samba pa ti”, potem „Europa”. I przy „Angie” Stonesów.

Reminiscencja 1. W ramach praktyki w budowlance przy biurowcu koszalińskiej fabryki Kazel kopaliśmy wykop w drelichach i beretach z antenkami. Ale że rozpierał nas entuzjazm dla rocka, zaczęliśmy wydawać dźwięki, wyginać się i grać na basówach-łopatach i solowych szpadlach. Zamiłowania mieliśmy różne: Ciechan do Slade, Żyła do Sweet, Nowak do Purpli, ja do Zeppelinów. Bukiet stylów brzmiał aż ktoś z nas dostrzegł górne okna biurowca, a w każdym cisnących się „pracowników umysłowych” fabryki Kazel. Gdy zaniechaliśmy koncertu, dali nam brawo, aleśmy nie bisowali.

– Jeździł pan za kimś?
– Za Niemenem. To był cykl. Spaliśmy w stogach, rano doiliśmy krowy.

– Był pan wtedy na Omedze?
– Na słupskim stadionie. Wstrząsnęło mną.

Reminiscencja 2. Czerwone punkciki żaru papierosów ruszały się w mroku w górę i w dół. Było cicho, myśmy czekali. Punkciki po kolei zgasły i wyłonił się pierwszy: brodaty z długimi włosami. W sypialni moich dziadków wisiał „Jezus w zbożu”. Człowiek z ciemności był jak jeden z apostołów. Tylko zamiast powłóczystej szaty László Benkő miał białą, połyskliwą marynarkę. Apostoł rocka we wschodniej Europie. Zanim jego organy zaczęły się bujać, wyszło z mroku jeszcze czterech. Lata 70., Omega w koszalińskim amfiteatrze, a naprzeciw my, nastolatkowie. To była szczęśliwa węgierska seria: zaraz po Omedze przyjechał do Koszalina Locomotiv GT, a po nim Generál. Za każdym razem nadkomplet – bo jak nie wysupłać na bilet do innego świata.

– Jak pan słucha rocka?
– Po świecie jeżdżę do agencji, nie na koncerty, więc w samochodzie – z kultowych audycji Trójki i płyt. Na długiej trasie zamiast kawy daję sobie na maksa „Made in Japan” [album Deep Purple z koncertów w Osace i Tokio w 1972, jeden z najlepszych w historii hard rocka]. Ale w lipcu nie odmówiłem sobie Rolling Stones w Warszawie.

Reminiscencja 3. Koszalińska Gwardia 45 lat temu. Przychodzimy wcześniej – okazuje się, że wszyscy na to wpadli. Siadamy dopiero w szóstym rzędzie, szurając składanymi drewnianymi krzesłami po parkiecie hali judo. Ledwo widoczny w ciemności Skrzek stroi coś w moogach, nie – już gra! SBB zaczyna od suity, potem Skrzek da niezwykłe solo na basie.

– Ta solówa sprawiła, że odtąd dołączałem do kaseciaka drewniane radio Tatry z potężnym jajowatym głośnikiem, który dawał efekt na bas.
– Mnie powalił Breakout, w najlepszym składzie z Hajdaszem na perkusji. To mój pierwszy koncert w życiu. Usteckie kino Delfin.

– Chciałby pan dzisiaj powiedzieć Breakoutowi, że pana powalił?
– Skrzekowi powiedziałem, bo żyje; wtedy grał w Breakoucie, oczywiście nie pamięta kina Delfin. Żal, byliby tu wszyscy. Jest więcej tych, których nie zdążyłem zaprosić do Doliny: Niemen, Lennon, Nirvana, Maanam. Albo zaprosiłem, ale już nie przyjechali: Joe Cocker – wszystko załatwione, zmarł; Gary Moore – mieliśmy przelewać zaliczkę.

– Nie wszyscy wielcy już przestali grać. The Rolling Stones?
– To pieniądze z innej galaktyki, tak samo AC/DC, Metallica, U2.

– Moody Blues?
– Wielkie pieniądze, a publiczność szczególna, nie za szeroka. Mogłoby się nie zwrócić. Dwa lata rozmawiamy.

– Wyłania się ciekawy ranking. Gillmour, Waters, Osbourne?
– Wszyscy w polu widzenia, z Davidem Gillmourem mamy kontakt.

– Sting, Mark Knopfler?
– Próbujemy od kilku lat, ale na Stinga monopol ma amerykański partner na Polskę. Staramy się o Aerosmith i Guns N’ Roses.

– Rod Stewart?
– Boję się, już nie zapełnia widowni.

– Bruce Springsteen?
– Moje marzenie.

– Queen?
– Gdy zrobimy nową widownię, na 20-30 tysięcy. To kosmos większy niż u Rolling Stones – potężna scena, nagłośnienie, światła. Wielka arena zrekompensuje koszty występów najdroższych gwiazd.

– Jak przyjeżdżają?
– Przylatują procedurą dla VIP-ów, więc wychodzą szybko osobnym wyjściem. Zwykle chcą, by ich przywieźć do Doliny nowym Mercedesem; mamy umowę z salonem na limuzyny, vany i bagażówki. Rzadziej wybierają Audi. Ponieważ w weekendy główny przejazd jest zapchany, a w umowach jest zawarowany krótki czas, jedziemy bocznymi drogami. Gdyby grali w dużym mieście, fani nie wiedzieliby, gdzie nocują. Tu wiadomo, więc dla spokoju i bezpieczeństwa odcinamy pół hotelu.

– Niezwyczajne życzenia?
– Ostatnio zaskoczył mnie David Coverdale, wokalista Whitesnake [przedtem Deep Purple], a ściślej jego menadżer: poprosił o przebudowę mniejszej sali konferencyjnej na garderobę. Wstawiliśmy przepierzenia, barek, a przede wszystkim masę luster. Dywany mieli swoje.

– Co robią, gdy zaraz po występie nie wyjadą?
– Biorą masaże balijskie, zabiegi kosmetyczne, pływają.

– Odrobina ekstrawagancji?
– Arthur Brown uprawiał jogę, lider Focusa grał w basenie na flecie. Nic szczególnego. To normalni ludzie, bardziej kreują ich menedżerowie.

– Zostawiają pamiątki?
– Instrumenty, płyty, stroje. Zbudujemy muzeum. Jesteśmy już w kontakcie z muzeum rocka w Roskilde w Danii.

– Bada pan publiczność?
– Połowa to wciąż ci sami. Wygodniejsi nie nocują na polu namiotowym, ale zawczasu wynajmują pokoje od Darłowa do Łeby i podporządkowują wakacje festiwalom. Terminy podajemy rok wcześniej. Są ruchome, bo dyktowane przez agencje gwiazd według tras: kto ma zagrać w Helsinkach, a potem w Berlinie, to po drodze ma nas. Chodzi głównie o sprzęt. Za Santaną jeżdżą trzy tiry, taki konwój musi mieć sensowną logistykę. A z fanów najciekawsi są panowie w wieku 40-60. Lekarze, profesorowie, biznesmeni. Znają rozmiary butów i gaci gwiazd. Śledzą ich losy i płyty, żyją koncertami. Kiedyś kudłaci hipisi, dziś stateczni obywatele. Zajeżdża mercem giguś pod krawatem, a na koncercie jest w zdartych dżinsach. Niektórzy brzdąkali w garażu, teraz chcą wystąpić jako support, gotowi za to zapłacić.

– Zrobił pan amatorski wyjątek.
– Wzruszył mnie pański kolega, dawny dziennikarz Andrzej Radajewski z Lęborka. Wiele lat wcześniej jeździł autostopem po Węgrzech, gdzie trafił na koncert Omegi i poprosił o autografy (już trochę znał węgierski, potem został hungarystą). Nie było na czym pisać, więc podniósł pudełko po zapałkach. Ma wszystkie analogowe płyty Omegi i zna wszystkie utwory. Gdy przyjechali do nas, pokazał im to pudełko robiąc piekielne wrażenie, przekonał nas i zaśpiewał z grupą „Dziewczynę o perłowych włosach”, ich największy, kultowy w całej Europie utwór. Tak w Dolinie spełniają się marzenia.

– W tym pańskie: jak się sprowadza gwiazdę do lasu, gdzie ulokowana jest Dolina Charlotty?
– Gażą i renomą, na którą się składają opinie i historia miejsca, czyli kto tu zagrał. Może pan mieć parę milionów dolarów, a nikt szanujący się nie przyjedzie, jeśli nie będzie opinii – takie cuda to tylko na życzenie Putina i za jeszcze cięższe pieniądze. Zacząłem od mniejszych i zapomnianych. Przełom nadszedł po piątym festiwalu z Deep Purple w 2011 roku. Wszystkie raty zapłacone przed koncertem, perfekcyjna organizacja, pełna widownia (wtedy 5.500 osób), a nade wszystko format i zadowolenie wykonawców – mając takie referencje mogłem śmielej sięgnąć po kogoś, o kogo się starałem od kilku lat.

– Piętnasty na liście 100 największych gitarzystów wszech czasów magazynu „Rolling Stone”. Carloooos Augusto Alves Saaaaaannntana!
– Gdy był pierwszy raz, zawołał po ostatnim aplauzie: mam nowy dom! A po trzecim koncercie przeszliśmy się po śniadaniu. Podniósł bilet, otrzepał z piachu, schował i spytał: chcesz, żebym znów przyjechał? Dla tych chwil warto żyć. Ale nie od razu przyszły… Będąc w Los Angeles zdobyłem namiary na jego menadżera. Po jakimś czasie nawet się odezwał: Santana nie zagra, gra na imprezach powyżej 10.000 osób. Nie ustawałem, daremnie. Ale budowaliśmy wodne safari i powstał nadmiar ziemi. Dogarnęliśmy ją do widowni i wysłałem zdjęcia, że wkrótce będzie miejsce na 10.000. Wtedy osłabli. Potem się okazało, że słusznie mnie wzięli za jakiegoś zdesperowanego fanatyka. Gdy przyjechał, po kąpieli włożył biały kapelusz i mówi: chodź, pokażesz co tak zachwalałeś. Była godzina do koncertu, ludzie łapali go jak papieża, a on się rozglądał. Rozpromieniony stwierdziłem: Carlos, to wszystko zrobiłem dla ciebie. Zobaczyłem łzy w jego oczach, a on – że… zacznie zaraz. Pół godziny wcześniej?! Rozszarpią nas, niektórzy jeszcze nie weszli! Jednak się uparł: będę grał aż mi prąd wyłączycie. I zawył tą gitarą przy wszystkich instrumentach perkusyjnych świata. Pierwszy raz w życiu wszedł w tłum bez ochrony! Po piątym utworze podchodzi do mnie szefowa marketingu: Santana jest wściekły, nie spełniliśmy wszystkich warunków! O czym ty mówisz?! Już widziałem jak 10.000 ludzi mnie goni po przerwanym występie. A szefowa: idź na scenę, sam ci powie. Chciałem uciec, ale kątem oka widziałem tych jego amerykańskich byków, dowlokłem się. Carlos zdjął gitarę i dał mi, z dedykacją „z miłości i szacunku dla Mirosława Wawrowskiego” i z bukietem białych róż. Rozpłakałem się, „tak marzyłem w stanie wojennym, teraz mogę spokojnie umrzeć” – pieprzyłem bez sensu. Ukartowali to. A grał o godzinę dłużej.

– “How many roads?” Odpowiedź niesie wiatr. Nagrody Grammy, Pulitzera, Oscara i Nobla. Boooob Dylaaaaaaan!
– Niezwykle trudny zawodnik. Nieosiągalny, a jak ktoś go ustrzeli, to ma trzęsienie ziemi. Straszono mnie jego fochami – potrafi zawinąć się w połowie koncertu. Ma być lepiej niż idealnie: na scenie, przed sceną, za sceną i pod sceną. Ale to skarb: jeśli ktoś przez niego „przejdzie”, będzie miał wszystkich. Zarazem to przykład jak Dolina działa na artystę. Dylan izoluje się od świata, wywiadów udziela co kilkadziesiąt lat i nie daje autografów. Tymczasem po koncercie zszedł, klepnął mnie (nigdy tego nie robi) i stwierdził: cudowne miejsce, publiczność, chcę wrócić. Wyjeżdżając dał mi niezunifikowany plakat jego występu – nie wiem, kiedy i gdzie zrobiony – podpisany dla mnie. Kiedy byłem w Londynie, Barry, który go prowadzi od lat, tak się zdziwił, że chciał kupić ode mnie ten afisz. Dyplomatycznie podałem zaporową cenę i został przy mnie.

– Legendarny wokalista Led Zeppelin, najlepszy frontman świata według „Hit Parader” i Roadrunner Records. Robeeeeeert Plaaaant!
– Znany z kaprysów, niestabilny, może wpaść w nerwy – tyle wiedziałem. Ale już na lotnisku wykazał też wielkie poczucie humoru. Przyleciał prywatnym samolotem. Wychodzi, podbiegam, rozkładam ręce i krzyczę: czekałem na ciebie tyle lat! A on: czekałeś aż stanieję. Trzy godziny trwała nasza kolacja, wielu miliony by dało. Nagle wpatrzył się w mój łokieć. Dosunął swój i mówi: bliznę mam w tym samym miejscu, jesteśmy jak bracia. Zgadało nam się też o Marrakeszu w Maroku, gdzie nagrywał; też tam byłem, więc dotrzymałem tematu. Problem spadł rano: wynajęta ekipa stawiająca dach sceny nie zabezpieczyła boków i deszcz zmoczył część sprzętu. Nie wystąpię – oznajmił Plant – wiem, ilu zginęło przez porażenie prądem. Nogi mi się ugięły: Robert, niemożliwe, zabiją mnie, słońce wyszło! Spojrzał na mnie i odparł: biorąc wzgląd na ciebie, wystąpię, ale jedna kropla i schodzę. „Rzeczpospolita” zrecenzowała występ jako koncert roku w Polsce. Jedyny, gdy pragnąłem, by trwał jak najdłużej, lecz liczyłem minuty do końca.

– Ma pan czas tym wszystkim się cieszyć?
– Podczas koncertów. Nauczyłem się przy stresie.

– Ludzie wyrastają z rocka. Inni z wiekiem tracą entuzjazm.
– Jestem wierny gatunkowi i nic mi nie spowszedniało. Czasem staję na tej górce, robię rachunek i czuję, że po 18 latach Doliny Charlotty jestem z paru spraw dumny. W porywach nawet myślę, że jak mam wierzyć w cuda, to tu. A mimo to uważam, że wszystko przed nami.

– Ma pan dziś wszystko w głośnikach, na ekranie, na własnej scenie i przy whisky. Nie jest panu czegoś żal?
– Jest. Powiem brutalnie – młodości: pierwsze uczucia, całe życie przed panem, pociągająca niewiadoma. A muzyka to podwajała i niosła wyzwolenie. Dawała odkrywczą przyjemność i tak szczerą emocję jak chyba tylko pierwsza miłość. Była oknem na świat, uosabiała marzenie o wydostaniu się zza tego pieprzonego muru. Dzięki muzyce jedną nogą byliśmy już tam. Powiem panu coś: jest stan wojenny, leci Led Zeppelin, a my leżymy w akademiku, gapimy się w sufit i myślimy jak nawiać. Kajakiem, pontonem przez morze. Nie, lotnią. Zrobimy ją. Skąd silnik? Z Trabanta. I to były bardzo poważne rozmowy, proszę pana. A muzyka podnosiła power.


Dolina Charlotty koło drogi Słupsk-Ustka: hotel spa, gościniec, minizoo, fokarium, wodne safari, konie, jezioro, kręgielnia i bajkowe rzeźby.

Największe legendy festiwali rocka: 2007 The Animals; 2008 Ten Years After, T. Rex; 2009 The Yardbirds, Budgie; 2010 Deep Purple, Procol Harum, King Crimson, Omega; 2011 Deep Purple, Alvin Lee, UFO; 2012 The Doors, Thinn Lizzy, Uriah Heep; 2013 Carlos Santana, John Mayall, Alice Cooper; 2014 Bob Dylan, Ian Anderson (Jethro Tull); 2015 Robert Plant, Santana, ZZ Top; 2016 Santana, Marillion, Deep Purple; 2017 Yes, Patti Smith; 2018 Alan Parsons, Bryan Ferry, Billy Idol; 27 VII 2019: Status Quo.