Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni rządzi się swoimi prawami. Najważniejszym z nich jest prawo serii. Tylko nim można wytłumaczyć fakt, że spośród szesnastu filmów, które znalazły się w tym roku w konkursie głównym aż pięć gatunkowo reprezentowało kino historyczne. Trzy z nich wprost odwołują się do wydarzeń drugiej wojny światowej.

Wbrew pozorom nie są to jednak filmy rozliczeniowe. Reżyserzy sięgają do historii, żeby przez jej pryzmat powiedzieć coś ważnego o rzeczywistości. We wszystkich gatunkach nie zawiedli mistrzowie (Jan Jakub Kolski, Filip Bajon, Janusz Kondratiuk, Krzysztof Zanussi), a „Kler” Wojtka Smarzowskiego chyba ostatecznie uświadomił wszystkim jeszcze wątpiącym, kto jest najważniejszym reżyserem współczesnego kina polskiego. Szkoda, że środowisko filmowe nie pożegnało z należytą atencją zmarłego w tym roku Piotra Szulkina. Liczyliśmy, że odbędzie się przegląd filmów tego znakomitego reżysera.

W konkursie głównym znalazły się tylko trzy produkcje wyreżyserowane przez kobiety, ale w pozostałych sekcjach reżyserki zdominowały kolegów. Nam ta tendencja odpowiada, zwłaszcza po obejrzeniu „53 wojen” Ewy Bukowskiej i „Monumentu”, drugiego filmu Jagody Szelc. Oba znalazły się ramach sekcji Inne Spojrzenie. Do hasła dodajemy obserwację własną – dawno nie było festiwalu z tak dużą ilością udanych, czyli wyrazistych i kluczowych ról kobiecych. A tak zupełnie na marginesie, w sekcji Inne Spojrzenie z niewiadomych dla nas powodów schowane zostały filmy niejednokrotnie o klasę lepsze od prezentowanych w konkursie głównym. Z czego to wynika, nie wiemy. Być może z obawy, że Jagoda Szelc utrze nosa Krzysztofowi Zanussiemu.
Co niezwykle pocieszające, przybywa producentów niezależnych. Coraz więcej podmiotów chce współfinansować polskie kino. Z tego grona coraz więcej producentów nie sięga po pieniądze budżetowe, czyli dzielone przez Państwowy Instytut Sztuki Filmowej. Dlaczego? Ponieważ – i to najważniejsze – Polacy chętnie oglądają polskie filmy, które biją rekordy frekwencji. Niektóre nasze filmy są chętniej oglądane niż produkcje amerykańskie, za którymi stoją miliony dolarów na promocję.
Dla nikogo już nie jest zaskoczeniem, że polski film zdobywa nagrody na zagranicznych festiwalach.

Werdykt jury był, delikatnie mówiąc, ostrożny i zachowawczy. Nie ujmując niczego nagrodzonym, dziwią przede wszystkim wybory dotyczące aktorów, zupełne pominięcie „Twarzy” Małgorzaty Szumowskiej, znakomitego „Jak pies z kotem” Janusza Kondratiuka oraz kuriozalne uzasadnienie utworzenia nagrody specjalnej dla filmu „Kler”. Złote Lwy dla „Zimnej wojny” były oczywiste – to kino klasy światowej, polski kandydat do Oscara.

Jako dziennikarze akredytowani przy festiwalu, w głosowaniu branżowym, podzieliliśmy się sympatiami między „Jak pies z kotem” i „Klerem”. Nagrodę dziennikarzy otrzymał „Kler”. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że nowy film Wojtka Smarzowskiego zgarnął również nagrodę publiczności, nagrodę specjalną jury, nagrodę dla Jagny Janickiej za scenografię, nagrodę festiwali i przeglądów filmu polskiego za granicą oraz „Don Kichota” – nagrodę Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych, „Kler” okazuje się największym zwycięzcą tegorocznej Gdyni.

Poniżej nasze rekomendacje filmowe. Wybraliśmy je z obu konkursów – głównego i Innego Spojrzenia. Niestety, nie udało nam się zobaczyć rewelacji festiwalu i zwyciężczyni drugiego konkursu, Niny w reżyserii Olgi Chajdas. Pominęliśmy też w naszym zestawieniu Zimną wojnę i Twarz, bo to filmy od wielu miesięcy obecne na ekranach i szeroko zrecenzowane.

 

 

Eter_fotos_Michał_Szcześniak_2Eter

Kino osobne, rewidujące wartości dwóch epok, wymagające skupienia i nastawienia na odbiór. Dla innych – bajka dla dorosłych. Historia przewrotna, pełna mistycznych odniesień, odwołująca się do popularnego tylko w Europie mitu Fausta, który to mit wspiera puentę filmu.

Przenosimy się do początku XX wieku na obrzeża Cesarstwa Rosyjskiego. Medyk (Jacek Poniedziałek) przypadkowo aplikuje młodej kobiecie, która odtrąca jego umizgi, śmiertelną dawkę eteru. Próbuje uciekać, a pojmany ma włożyć głowę w stryczek. W ostatniej minucie zostaje ułaskawiony i zesłany, a następnie trafia do austriacko-węgierskiej twierdzy, gdzie z upodobaniem, za zgodą jej komendanta (Andrzej Chyra), bada na ludziach skutki stosowania eteru.

Z tego szkicu mogłaby wyjść inna historia, ale dla reżysera mniejsze znaczenie ma, co robi jego bohater (w istocie doktora interesuje tylko przejmowanie władzy nad bezwolnym człowiekiem), a większe – uwikłanie postaci w konflikt moralny, a nawet religijny. Lekarz jest bezwzględnym cynikiem, pozbawionym godności i honoru, dla którego lojalność pozostaje abstrakcją. Gdy wreszcie sam pada ofiarą perfidnej zdrady, reżyser cofa narrację do punktu wyjścia, żeby tę samą historię opowiedzieć ponownie, ale z innego punktu widzenia, uświadamiając widzowi, że motywacja bywa ważniejsza od konsekwencji.

W Eterze reżyser pokazuje oblicze klasyka. Z wykorzystaniem wysmakowanych kadrów (Piotr Niemyjski), wspartych muzyką klasyczną (Ryszard Wagner), oprowadza nas po więzieniu ludzkich namiętności, w którym kratami są słabości, a inne ograniczenia wynikają z nieumiejętności pogodzenia się z życiowymi porażkami. Zanussi puszcza do widza oko, ale ten grymas nie jest zabawny, lecz ironiczny. Zawiera się w nim przestroga: „Unikaj fałszywych proroków”.

Eter, reż. Krzysztof Zanussi, wys. Jacek Poniedziałek, Andrzej Chyra, Ostap Vakuliuk, 2018 (premiera: 30 listopada 2018).

 

 

Juliusz_1Juliusz

Lekka, bezpretensjonalna, zabawna komedia, ocierająca się o humor koszarowy, ale nieprzekraczająca granicy dobrego smaku. Pomysłowa fabularnie, momentami nawet zaskakująca. Poprawia nastrój, zaraża cytatami. Błyskotliwie napisana (przez stand-uperów), świetnie zagrana (przez lubianych aktorów) i sprawnie wyreżyserowana (przez debiutanta). Gwiazdy (Janda, Stuhr, Skolimowski, Materna) w autoironicznych epizodach. Film bije rekordy frekwencji, zasłużenie czy nie – prawdopodobnie zarobi miliony.

Tytułowy bohater (Wojtek Mecwaldowski), mocno wycofany samotny nauczyciel pogodzony z życiem, tkwi w piekle codzienności. Wystawiany na kolejne próby (zawał ojca, idiotyczne fuchy, głupota uczniów, przypadkowe znajomości) nie potrafi zapanować na chaosem wydarzeń. Uczciwy, prostolinijny i wielkoduszny nie ma szans w starciu z wszechobecną bezwzględnością troglodytów. Gdy wydaje się, że przegra ostatecznie, w kompromitujących okolicznościach trafia na kobietę (Anna Smołowik) równie doświadczoną przez życie, która ma… jeszcze więcej problemów.

Juliusz to komedia dla wszystkich (dorosłych). Z przesłaniem starym jak Dekalog – miłość przynosi ocalenie (razem łatwiej pokonać trudności). Gdy producenci wycisną z pierwszej części ostatnią złotówkę, najpewniej powstanie Juliusz II, ponieważ tak sympatycznego bohatera trudno zapomnieć, a jeszcze trudniej uśmiercić. Perełką jest rola Jana Peszka (ojciec), który wraca do kina w wielkim stylu i Jerzy Skolimowski (postać z przeszłości ojca), który zapada w pamięć.

Juliusz, reż. Aleksander Pietrzak, wys. Wojciech Mecwaldowski, Jan Peszek, Anna Smołowik, 2018 (premiera: 14 września 2018).

 

 

KAMERDYNER_Filmicon_fot. Rafal PiajanskiKamerdyner

Poruszająca, epicka, przywołująca prawdziwe wydarzenia opowieść o Kaszubach i ziemiach pomorskich. Historia czterech dekad wojennych zogniskowana na rozbitej i skłóconej rodzinie von Kraussów. Film zrealizowany z rozmachem niespotykanym w polskim kinie ostatnich lat.

Znakomite aktorstwo największych (Radwan, Gajos, Olbrychski, Woronowicz) i duże pole do popisu dla młodych (Zydek, Sabat, Zamojska, Fabijański). Precyzyjnie rozpisana, nastrojowa muzyka Antoniego Komasy-Łazarkiewicza. Wyjątkowej urody zdjęcia Łukasza Gutta.

W Kamerdynerze widać solidny budżet (17 mln zł), chociaż wojny w nim mało, bo też nie jest potrzebna. Wystarczy jazda kamery przez krwawe okopy pierwszej wojny światowej, żeby poczuć smak frontowego piekła. Inaczej niż np. w Róży Wojtka Smarzowskiego, u Bajona barbarzyńscy Rosjanie są najłagodniejszymi oprawcami. Niemcy wszystko i wszystkich obracają w pył, a ponadto wydaje się, jakby dawne pogranicze niszczyło samo siebie. Zapalnikiem nowego sporu mogło być wszystko, np. mezalians małżeński. Żyjący na tych terenach – w pozornej symbiozie – Kaszubi, Polacy i Niemcy tak naprawdę zawsze skazani byli na zagładę.

Filip Bajon powraca Kamerdynerem do swojego mistrzowskiego stylu opowieści, znanego z Wizji lokalnej 1901, Magnata, Białej wizytówki. Niespiesznie wprowadza nas w świat, który ostatecznie uległ rozpadowi podczas drugiej wojny światowej, pozostawiając historie niedokończone i niejednoznaczne.

Mając do czynienia z wieloma znanymi faktami (np. zbrodnia w Piaśnicy), reżyser nikogo nie oskarża, nie rozlicza, nie usprawiedliwia. Pokazuje ludzi z namiętnościami i wystawia ich na ocenę widzów. Ta historia nie pozostawia nas obojętnymi i niestety niebezpiecznie kojarzy się z obecną sytuacją w Europie.

Kamerdyner, reż. Filip Bajon, wys. Anna Radwan, Sebastian Fabijański, Adam Woronowicz, Janusz Gajos, 2018 (premiera: 21 września 2018).

 

 

Bartosz MrozowskiKler

Ważne, mocne, wyraziste kino. Nieoczywiste, wielowymiarowe, trudne w odbiorze, lecz niezwykle potrzebne. Film wyczekiwany, z którego wymową nie sposób polemizować. Reżyser podejmuje najtrudniejszy temat społeczny w Polsce. Pokazuje duszpasterski stan bez znieczulenia i korekty, na podstawie opowieści kleryków, którzy zdjęli koloratkę i historii ofiar pedofilów w sutannach.

Historia trzech księży z różnych środowisk ma punkty styczne. Przed laty cudem uszli z życiem z pożaru kościoła. Dzisiaj, ulegając słabościom i namiętnościom, zdecydują się na konfrontację. W tle ich życiowych decyzji i dramatów jest jeszcze czwarta ważna postać – arcybiskup Mordowicz, który z zapałem i poświęceniem buduje największe sanktuarium w Polsce. Smarzowski odpowiada na pytania: jak jest i dlaczego tak jest, natomiast pozostawia widza z najtrudniejszym pytaniem: jak to zmienić? Większości krzywd ludzkich naprawić już się nie da, ale czy można zapobiec kolejnym w przyszłości?

Kler to popis gry aktorskiej Jakubika, Braciaka, Więckiewicza, a przede wszystkim Gajosa. Reżyser nawet do epizodów zaprosił swoich ulubionych aktorów, jakby chciał powiedzieć, że sprawy rodzinne powinno się omawiać w gronie rodzinnym. Inna sprawa, co rodzina z tymi sprawami zrobi. Jak dotąd, Kler nie wywołał dyskusji o problemach polskiego Kościoła. Cała narracja idzie w kierunku: ten obraz schowajmy za szafę.
W polskim kinie są filmy, które wypada zobaczyć lub które trzeba zobaczyć. Kler należy do tej drugiej kategorii. Podzielamy opinię Jurka Owsiaka, który po obejrzeniu filmu uznał: To najważniejszy film ostatnich prawie trzech dekad nowej Polski. Nie ma siły – z tym filmem wszyscy – czy chcemy, czy nie – będziemy musieli się zmierzyć.

Kler, reż. Wojciech Smarzowski, wys. Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Robert Więckiewicz, Janusz Gajos, 2018 (premiera: 28 września 2018)

 

 

Krew Boga_foto 3Krew Boga

Kino, jakiego w Polsce nie znamy. Poruszająca inscenizacja zrealizowana nad morzem (Ustka) i w górach (Kudowa-Zdrój). Przestrzeń plenerowa, kostiumy z epoki, oryginalne zdjęcia po korekcie barw i mnóstwo ujęć subiektywnych, które narzucają Krwi Boga niepokojący rytm. Znakomite aktorstwo, choreografia walk, tańców i obrzędów pogańskich. Wyobrażenie autorskie scenarzystów, jaki przebieg mogły mieć średniowieczne krucjaty chrystianizacyjne.

Na malowniczą wyspę dociera Willibrord, stary rycerz z mieczem i krzyżem. Zginąłby, jak jego kompani, którzy nie przeżyli wyprawy dalekomorskiej, gdyby nie pomoc Jana (wojownika; jego prawdziwej tożsamości początkowo nie znamy). Obaj z plaży docierają pomiędzy kamienne góry, wśród których żyje pogańska osada. Nieuniknione jest zderzenie religii, praw i kultur, ale także dwóch charyzmatycznych mężów – Willibrorda i Geowolda, kapłana tubylców. Od początku wiemy, co komu pisane.

Konopka łatwo tworzy sytuacje konfliktowe i prowadzi swoich bohaterów przez bezmiar okrucieństwa, aby w finale już bez interpretacji wskazać prawdę o istocie krucjat. Nie papieże ogłaszający kolejne sankcjonowane religijnie wyprawy zbrojne, nie misjonarze z krucyfiksami i nie ochraniający ich rycerze zakonni byli odpowiedzialni za wojny i zbrodnie, lecz władcy, którzy poszerzali w ten sposób swoje terytoria i obszary wpływów. Krzyżowcy również stali się ofiarami polityki, co reżyser zostawia na finał opowieści.
Krew Boga to koncert gry aktorskiej rozpisany na wiele ról: Krzysztof Pieczyński (Willibrord), Karol Bernacki (Jan), Jacek Koman (Geowold), a na deser – znany z Borgmana Alexa van Warmerdama – demoniczny Jan Bijvoet. Tegoroczna „lektura obowiązkowa”.

Krew Boga, reż. Bartosz Konopka, wys. Krzysztof Pieczyński, Karol Bernacki, Wiktoria Gorodeckaja, 2018 (premiera: 19 września 2018).

 

 

Ulaskawienie_Fotos_3Ułaskawienie

Jan Jakub Kolski w dobrej formie. Anegdotyczny, alegoryczny, autorski. Sięga po tematykę wojenną, żeby opowiedzieć o wartościach uniwersalnych. Stosuje przy tym ciekawy zabieg formalny, który ostatecznie nieco zmienia wymowę filmu.

Dramatyczne wydarzenia powojennej Polski (mamy 1945 rok) są tłem dla historii rodziców (znakomite role Grażyny Błęckiej-Kolskiej i Jana Jankowskiego), którzy wędrują z ciałem zamordowanego syna (żołnierza) do ziemi uświęconej. Początkowo niezrozumiały upór rodziców staje się czytelny, gdy uświadamiamy sobie, że są ludźmi z innej epoki, wrzuconymi w realia Polski Ludowej.

Po obydwu stronach symbolicznej drogi polskiej, dla zagubionego i bezbronnego cywila, każdy był niebezpieczny: zdesperowani niemieccy dezerterzy, barbarzyńscy czerwonoarmiści, wyklęci partyzanci, funkcjonariusze nowej władzy w lśniących mundurach z orzełkiem bez korony. Reżyser przywołuje świat rozpadu, z którego powstanie kraj obcy dla własnych obywateli.

Ułaskawienie to typowe kino drogi. Delikatne, wysmakowane, intymne, w którym kilkakrotnie pada słowo człowiek, a godność wciąż jeszcze coś znaczy. Opowieść łamie stereotypy historyczne, bohaterów stawia przed trudnymi wyborami. Jan Jakub Kolski po swojemu wspiera mit polskiego bohatera, mówiąc, że jego zainteresowania „nijak nie chcą rymować się z modami”.
Reżyser przyzwyczaił nas do swojej oryginalności, pozostaje w kinie indywidualnością, choć naszym zdaniem artystycznie powinien powrócić do krainy realizmu magicznego.

Ułaskawienie, reż. Jan Jakub Kolski, wys. Grażyna Błęcka-Kolska, Jan Jankowski, Michał Kaleta, 2018 (premiera: 31 sierpnia 2018).

 

 

Zabawa5 foto Robert JaworskiZabawa, zabawa

Trzeci film Kingi Dębskiej, twórczyni świetnego Helu i kapitalnego komediodramatu Moje córki krowy i trzy przeplatające się ze sobą historie kobiet-alkoholiczek. Magda (Maria Dębska) studiuje, pracuje w korporacji i lubi ostro imprezować. Dorota (Agata Kulesza) jest czterdziestoletnią prokurator wysokiego szczebla, żoną znanego polityka. Pije bo może, bo się nudzi, „żeby nie zwariować”. Najstarsza Teresa (Dorota Kolak), uznana chirurg dziecięca, jest wieloletnią alkoholiczką, przez picie straciła rodzinę. Bohaterki poznajemy w spowodowanych przez nałóg momentach granicznych – Magdzie urywa się film i przydarza osobista tragedia, Dorota powoduje wypadek (wątek inspirowany głośną sprawą prawniczki, która pijana wjechała samochodem do przejścia podziemnego), Teresa w apogeum ciągu alkoholowego usiłuje przeprowadzić operację dziecka. Wszystkie odbiją się od dna, ale każda w innym kierunku.

Właściwie wszystko się zgadza: alkoholizm kobiet, zwłaszcza tzw. wysoko funkcjonujących, to tabu, co wyklucza oczywiste skojarzenia i jest fantastycznym materiałem na film; świetne aktorki w doskonałych rolach wsparte dobrym drugim planem; zmyślna koncepcja pokazująca kobiety w różnym wieku, różnym stadium nałogu i odmiennym do niego stosunku; ciekawy wątek najbliższego otoczenia, które współuczestniczy w koszmarze, czy tego chce, czy nie. Do tego scenariusz współtworzony przez Mikę Dunin, blogerkę, autorkę książki Alkoholiczka, która do tekstu wlała autentyzm sytuacji i postaw. A jednak film rozczarowuje, jakby reżyserka stanęła w połowie drogi, poprzestała na stwierdzeniu problemu, a jedyne, co miała do powiedzenia widzom to „nie pijcie”. Wobec wstrząsających filmowych obrazów, jak Żółty szalik Janusza Morgensterna czy Pod Mocnym Aniołem Wojciecha Smarzowskiego oraz literackich petard jak Najgorszy człowiek na świecie Małgorzaty Halber czy Nocne zwierzęta Patrycji Pustkowiak, Zabawa, zabawa wypada blado i choć nie jest to seans bezwartościowy, nie zostawia w myślach wyraźniejszego śladu.

Zabawa, zabawa, reż. Kinga Dębska, wys. Dorota Kolak, Agata Kulesza, Maria Dębska, Marcin Dorociński, 2018 (premiera: 4 stycznia 2019).

 

 

7 uczuć_27 uczuć

Najnowszym filmem Marka Koterskiego rządzi przewrotna konwencja. To ona buduje jednocześnie śmieszną i dramatyczną wymowę opowieści o dzieciństwie, najważniejszym okresie życia, będącym najczęściej również jego największym koszmarem. Pomysł, by w rolach dzieci obsadzić dorosłych, wydaje się osobliwy, ale bez tego cudzysłowu film straciłby całą swoją siłę rażenia, i komiczną, i tragiczną. Reżyser podkreśla, że to jego najważniejsze dzieło. Przygotowywał się do jego realizacji 15 lat.

Adaś Miauczyński – tym razem grany przez Miśka Koterskiego – jest w depresji. W gabinecie psychologa, z włosami przyprószonymi siwizną, zwierza się z głębokiego rozczarowania życiem, nieumiejętności budowania relacji i rozpoznawania własnych emocji. Wraca więc wspomnieniami do czasów przedszkolnych, a potem szkolnych, przypadających na okres PRL-u. Do domu rządzonego twardą ręką przez autorytarnego ojca i matkę zajętą gotowaniem zupy, cerowaniem skarpet i zamartwianiem się. Szkolnej ławki dzielonej z całą galerią osobliwości obsadzonych plejadą aktorów od Katarzyny Figury w roli klasowej piękności, przez prymuskę i kujona, Gabrielę Muskałę, po łobuza i outsidera Marcina Dorocińskiego. Wspomina pierwsze przyjaźnie, fascynacje i konflikty, wagary i bolączki dojrzewania. Dorośli bohaterowie są bezduszni, wyniośli, skupieni na sobie bądź nieobecni dosłownie i emocjonalnie.

7 uczuć to niewątpliwie komedia, momentami bawiąca do łez, pisana charakterystycznym „koterskim” językiem, pełna błyskotliwych dialogów, celnych obserwacji, ale w gruncie rzeczy smutna opowieść o dzieciach – niezauważanych, niesłuchanych, lekceważonych, tłamszonych i przede wszystkim potwornie samotnych. Pod koniec seansu uśmiech znika z twarzy na dobre, nie tylko z powodu ekranowych zdarzeń, ale refleksji i autorefleksji, do których film bezlitośnie pobudza. Dystrybutor reklamuje produkcję hasłem „Wszyscy jesteśmy źle wychowani”, ale emocjonalnie patronuje mu myśl Janusza Korczaka „Nie ma dzieci, są ludzie”.

7 uczuć, reż. Marek Koterski, wys. Michał Koterski, Maja Ostaszewska, Adam Woronowicz, Marcin Dorociński, Gabriela Muskała, Katarzyna Figura, Sonia Bohosiewicz i inni, 2018 (premiera: 12 października 2018).

 

53 wojny robert jaworski53 wojny

Pełnometrażowy debiut Ewy Bukowskiej i popis aktorski Magdaleny Popławskiej. Reżyserka kilka lat temu zrealizowała krótkometrażowy Powrót, w którym podjęła temat destrukcyjnego wpływu wojennej traumy na rodziny żołnierzy. Nowym filmem poniekąd nawiązuje do tematu, tyle że obiektem zainteresowania czyni żonę korespondenta wojennego. Scenariusz, również autorstwa Bukowskiej, mocno czerpie z dwóch autobiograficznych książek Grażyny Jagielskiej Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym oraz Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku, choć – co trzeba podkreślić – nie jest on ich adaptacją, a raczej punktem odniesienia.

53 wojny są studium szaleństwa kobiety, która nie jest w stanie poradzić sobie z paraliżującym strachem o męża, uniemożliwiającym jej normalne funkcjonowanie. Rzecz – co istotne – dzieje się w erze telefonów stacjonarnych, przed Internetem, zatem bohaterka skazana jest na sporadycznie dawkowane oznaki życia Witka, wyobrażenia wojennych okrucieństw i rozdarta między szacunkiem do pasji partnera a pragnieniem życia w poczuciu bezpieczeństwa. Do tego sfrustrowaną własnym zawodowym niespełnieniem. Strach zmienia się w lęk, lęk w psychozę, a na końcu jest obłęd. Magdalena Popławska gra ten klincz, wykorzystując swój naturalny „nerw”, i choćby dla jej znakomitej roli warto obejrzeć 53 wojny. Fantastyczna jest zresztą cała aktorska obsada.
Reżyserka próbuje nie oskarżać bohaterki o niedojrzałość, ani bohatera o egoizm, nie bada ich relacji ani skomplikowania całego rzeczonego układu, co mogłoby poszerzyć pole odbioru. Skupia się wyłącznie na oddaniu koszmaru, w jakim żyje partner osoby wykonującej niebezpieczny zawód, pokazując krok po kroku dewastację jego psychiki, a często i codzienności. Ma do tego prawo, jednak finalnie to film godny obejrzenia, ale jednak z tezą.

53 wojny, reż. Ewa Bukowska, wys. Magdalena Popławska, Michał Żurawski, Dorota Kolak, Krzysztof Stroiński, Kinga Preis, 2017 (premiera: 19 października 2018)

 

 

FOTOS_MONUMENT_bigMonument

Jazda bez trzymanki. Filmy Jagody Szelc nie szokują drastycznymi obrazami, a jednak ogląda się je z potężnym niepokojem. Może dlatego, że reżyserka zamiast prowadzić widza za rękę, każe mu iść po śladach w nieznanym kierunku. Tak było w niesamowitym ubiegłorocznym debiucie Wieża. Jasny dzień. W Monumencie dodatkowo gaśnie światło.

Fabularnie śledzimy historię grupy młodych ludzi, którzy lądują w prowadzonym przez despotyczną menadżerkę hotelu na odludziu. Piorą, czyszczą, gotują, sprzątają, obsługują gości, nawiązują relacje, ale niespieszny obraz metodycznie zmienia się w dziwaczną, wykrzywioną, złowieszczą przypowieść, którą można interpretować na wiele sposobów i, jak sugeruje twórczyni, każdy jest prawidłowy, bo własny. Sam seans działa głównie na zmysły. Zachęca do intuicyjnego czy raczej instynktownego odbioru, ale wymaga też sporego skupienia i zaangażowania, by wychwycić wszystkie symbole i tropy (od religijnych, przez metafizyczne po kulturowe), pobudzające do myślenia długo po projekcji.

Nie jest to łatwe kino. Jednych uwiedzie, innych odrzuci, a być może nawet znudzi. Trudno wsadzić Monument w ramy gatunkowe i definiować, bo jest wypowiedzią indywidualistki, nie oglądającej się ani na innych, ani na oczekiwania, ani nawet na siebie. Nie ma w nim przypadku, pretensjonalnych obserwacji ani prób podlizywania się czemukolwiek. Czuć za to ogromne zaplecze intelektualne, dyscyplinę, pewność tego, co pojawia się na ekranie i po prostu wielki talent. A do tego Monument jest zrealizowanym za grosze w błyskawicznym czasie tegorocznym dyplomem studentów aktorstwa Szkoły Filmowej w Łodzi. Egzamin godny pozazdroszczenia.
Jagoda Szelc i jej awangardowa twórczość jest absolutnym zjawiskiem. Miało ono dotąd jedynie dwie pełnometrażowe odsłony, ale trudno wskazać we współczesnym polskim kinie kogoś równie odważnego i bezkompromisowego, mówiącego własnym językiem i nie dotyczy to wyłącznie pokolenia młodych twórców. Wróżymy jej wielką przyszłość.

Monument, reż. Jagoda Szelc, wys. dyplomanci Szkoły Filmowej w Łodzi, 2018

 

Wilkołak

Zaczyna się jak horror, przebiega jak thriller, a kończy jak moralitet. Po drodze zahacza o dramat psychologiczny, kino przygodowe, a w tle majaczy wojenne, a raczej powojenne. Akcja rozpoczyna się bowiem w ostatnich chwilach przed likwidacją niemieckiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej, Niemcy zabijają więźniów, po raz ostatni dając upust swojej brutalności. Ocalała dzięki sprytowi jednego z chłopców grupa ośmiorga dzieci trafia do położonego w lesie prowizorycznego sierocińca i choć wydaje się, że ocalały z piekła, będą zmuszone bronić się przed nowym zagrożeniem, które nie pozwala na ucieczkę, skazuje na głód i nowe więzienie – stadem otaczających pałac zdziczałych obozowych wilczurów.

Skoro grupa, to i charakterystyczne figury – lider, opiekun, ofiara, outsider, czarny charakter. Skojarzenia z Władcą much jak najbardziej uzasadnione. Podobnie jak dzieło Goldinga, Wilkołak jest parabolą, ale myśl Adriana Panka wykracza poza badanie natury zła i zadaje również pytania o dualizmy: kultury i natury, tego co ludzkie, z tym co instynktowne i zwierzęce jak tytułowy wilkołak. Wielka wojna się skończyła, człowieczeństwo zostało poddane próbie, świat się zmienił i nastał czas ustalenia nowego porządku. Jak go przetrwać?
Adrian Panek osiem lat temu debiutował filmem Daas. Powrócił z obrazem równie oryginalnym i potwierdzającym filozoficzne inklinacje reżysera. Grozie fabularnych zdarzeń towarzyszą przepiękne zdjęcia krajobrazów Gór Stołowych, zarazem malownicze i ponure. Intelektualnym rozważaniom – porządna, wciągająca fabuła. Imponuje doskonała praca dziećmi, poza Danutą Stenką w mocnym epizodzie, głównymi bohaterami filmu oraz zwierzętami, powszechnie uznawanymi za najtrudniejszych aktorów. Film intrygujący i niepokojący, z nieoczywistym, wymownym finałem.

Wilkołak, reż. Adrian Panek, wys. Kamil Polnisiak, Nicolas Przygoda, Sonia Mietielica, 2018

 

Jak pies z kotem_2Jak pies z kotem

Udany powrót ekranowy Janusza Kondratiuka i jego najbardziej osobisty film relacjonujący ostatni rok życia Andrzeja Kondratiuka, tracącego sprawność fizyczną i umysłową po wylewie, skazanego na stałą opiekę bliskich. To komedia, choć ogląda się ją ze łzami wzruszenia. Uniwersalna opowieść o alchemii braterskiej miłości oraz prawdziwym znaczeniu nieco wyblakłych w czasach powierzchownych emocji i głębokiego egoizmu pojęć takich jak „troska”, „bliskość”, „oddanie”.

Janusz (Robert Więckiewicz) wraz z żoną (Bożena Stachura) swoim bratem się nie zajmuje, ale opiekuje. Zadania nie postrzega jako obowiązku, ale oczywistość wpisaną w naturalny cykl życia rodziny. Dostosowuje do jego niepełnosprawności własny dom, życie rodzinne i codzienność bez słowa skargi. Andrzej, brawurowo grany przez Olgierda Łukaszewicza, zadania nie ułatwia – jest tyranem i cholerykiem, a opieki wymaga też jego sparaliżowana sytuacją i totalnie bezradna żona, Iga (Aleksandra Konieczna).

Nie ma w tym portrecie łagodzenia sytuacji – jest choroba, fizjologia, walka o godność człowieka nie kontrolującego odruchów ciała, zniecierpliwienie, ale też nieprawdopodobna czułość. Bohaterowie są ludzcy, a nie heroiczni. W tle – wątek artystycznej „rywalizacji”, obaj bracia są reżyserami kultowych polskich filmów, nieustannie zresztą ze sobą mylonymi. Wiemy, że oglądamy na ekranie prawdziwe postacie, ale nawet przez moment nie mamy wrażenia wejścia w ich życie z butami. Janusz Kondratiuk granice i kropki nad „i” stawia bezbłędnie. Opowiada o swoim doświadczeniu osobistym szczerze, z szacunkiem i wyczuciem. Wystarczy wspomnieć, że reżyserował grającego go w filmie Roberta Więckiewicza i obaj panowie wybrnęli z tej akrobacji znakomicie.

To piękne, mądre i szlachetne kino, z niewiadomych przyczyn niedocenione werdykcie jury. Dla nas jeden z najlepszych filmów festiwalu. Polecamy najserdeczniej.

Jak pies z kotem, reż. Janusz Kondratiuk, wys. Robert Więckiewicz, Olgierd Łukaszewicz, Aleksandra Konieczna, Bożena Stachura, 2018 (premiera: 19 października 2018).