Kiedy w 1993 roku Norman Łoziński skonstruował w ramach pracy dyplomowej swego „Pająka”, nie przypuszczał, że wokół tego urządzenia osnuje się całe jego dalsze życie – nie tylko zawodowe. Wiedział jednak, że stworzył narzędzie proste w formie, lecz o wielkim potencjale terapeutycznym, który potwierdziły późniejsze badania i praktyka. Zanim jednak to się stało, przyszło konstruktorowi przełamywać mur niezrozumienia, a nawet niechęci. Sam – mimo artystycznego a nie medycznego wykształcenia – coraz mocniej zagłębiał się w zagadnienia rehabilitacji. Ostatecznie postanowił założyć własny ośrodek terapeutyczny. Mało kto wie, że od kilkunastu lat działa on w Koszalinie przy ulicy Prostej, przyjmując głównie pacjentów po udarach – z Polski i różnych regionów świata. Minęło 25 lat od powstania „Pająka”, w rodzinnej firmie dochodzi do głosu drugie pokolenie. Syn, Karol Łoziński, wkrótce ukończy studia z zakresu fizjoterapii i wszystko wskazuje na to, że będzie wspólnie z ojcem wprowadzał ośrodek w kolejne dziesięciolecie.

W oczach laika „Pająk” to kombinacja metalowych rurek, czegoś w rodzaju uprzęży i systemu gumowych naciągów przypominających te stosowane w ekspanderze (popularnych dawniej „sprężynach” do rozciągania). W rękach specjalisty staje się on wielofunkcyjnym sprzętem rehabilitacyjnym, w którym do sprawności mogą dochodzić już nawet dwuletnie dzieci. Ćwiczy się w nim poszczególne grupy mięśniowe (selektywnie), jak i całe wzorce oraz zachowania ruchowe.

 

Wejść w skórę niepełnosprawnego

Norman Łoziński podkreśla, że pomysł „Pająka” to nie jakiś błysk olśnienia, ale dłuższy proces. Protoplastą urządzenia był skonstruowany na własne potrzeby (jeszcze w szkole średniej) atlas do ćwiczeń: – Wtedy nie było siłowni. Ćwiczyło się za pomocą tego, co było pod ręką, czyli skrzynki z narzędziami, ciężarków i innych „wynalazków”.

Idea „Pająka” powróciła podczas studiów wzorniczych w gdańskiej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnej Akademii Sztuk Pięknych). Przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku to był czas wielkiej przemiany, nie tylko politycznej. W życiu publicznym zaczęto dostrzegać ludzi niepełnosprawnych i ich potrzeby. Jak podkreśla pan Norman, profesorowie jego uczelni uczulali studentów wzornictwa, by patrzyli na wszystko co robią również przez pryzmat osób o ograniczonej sprawności. – To otworzyło mi szeroko oczy – podkreśla Norman Łoziński. – Kiedy przyszło do szukania tematu pracy dyplomowej, wiedziałem, że chcę zaprojektować coś użytecznego dla niepełnosprawnych. Wykluczyłem poprawianie po kimś, szlifowanie czyjejś pracy. Chciałem zrobić coś nowatorskiego. Wiedziałem, że jestem w stanie, bo w tamtym momencie miałem już wspólnie z uczelnią opatentowane dwa wynalazki, z tym że niezwiązane w osobami niepełnosprawnymi.

Zaczęła się żmudna analiza projektowa. – Starałem się wczuwać w sytuację kogoś uwięzionego we własnej fizyczności, pozbawionego odczucia własnego ciała w przestrzeni. Analizowałem, kontaktowałem się z rehabilitantami, lekarzami – mówi pan Norman. – Wtedy okazało się, że projekt czasów licealnych to była niemal połowa pracy. Udoskonalałem go i kiedy pokazałem go osobom niepełnosprawnym, okazało się, że może być przydatny w procesie usprawniania ruchowego.

Wartość projektu potwierdziła obrona dyplomu z wyróżnieniem. – Usłyszałem wtedy słowa, które będę pamiętać do końca życia: „Niby gumki, a tak wielka sprawa załatwiona”. Wypowiedział je profesor Jacek Popek, a promotor profesor Marek Adamczewski złożył gorące gratulacje.

 

Nieufność, czyli pierwsze kroki „Pająka”

Co innego znaleźć ciekawe rozwiązanie, a co innego je wdrożyć. Niepełnosprawni przyjmowali „Pająka” z entuzjazmem. Problemem była reakcja lekarzy, bo jak to – plastyk twierdzi, że stworzył narzędzie terapeutyczne? – Środowisko medyczne, hermetyczne i nieufne, początkowo ignorowało „Pająka”. Wiele ośrodków, którym zaproponowałem współpracę, odrzucało ją, podobnie jak badania nad moim przyrządem – wspomina Norman Łoziński.

Jednak z czasem znaleźli się lekarze otwarci na nowości. Uruchomiony przez pana Normana w Warszawie ośrodek rehabilitacyjny zaczął kooperację z Centrum Zdrowia Dziecka. „Pająka” testował wówczas jeszcze jeden ośrodek, ale wszystko szło ślimaczym tempem.

Norman Łoziński wspomina: – W 1996 roku podjąłem decyzję, że porwę się z motyką na słońce i zorganizuję ogólnopolskie sympozjum naukowe dotyczące nowych metod rehabilitacyjnych. Okazało się ono hitem. Pojawiła się na nim czołówka polskich lekarzy zajmujących się tą tematyką. Mój wynalazek zobaczył w pełni światło dzienne i zaczęli mnie o niego ludzie pytać. Wtedy otworzyłem pierwszy ośrodek w Mielnie. Zaczęła się współpraca z różnymi polskimi i niemieckimi ośrodkami oraz zastosowanie „Pająka” w szerszej skali.

 

Najpierw dzieci

W latach 90. XX w. dużo się mówiło o próbach zastosowania w rehabilitacji kombinezonów kosmicznych. Zainteresowanie nimi wzięło się stąd, że ich konstrukcja wymusza na użytkowniku pewien nienaturalny wysiłek fizyczny regulowany co do natężenia i co do obciążanej części ciała. W kosmosie umożliwiało to ludziom przebywającym tygodniami czy miesiącami w warunkach nieważkości częściowe zapobieganie zanikowi mięśni i odwapnieniu kości wynikającym z braku grawitacji. W terapii pacjentów dotkniętych dziecięcym porażeniem mózgowym kombinezony pozwalały redukować niedowłady i skutki rozmaitych porażeń poprzez żmudne ćwiczenia. Miały jednak szereg wad. Występowały w wielu modelach, niedających się porównywać, co powodowało trudność w stworzeniu standardu pracy terapeutycznej. Ale przede wszystkim były bardzo drogie.
„Pająk” okazał się dużo tańszą alternatywą, dającą przy tym nieporównywalnie więcej możliwości. – Osoba używająca go może samodzielnie się poruszać i odczuć swoje ciało w przestrzeni. Nie potrzebni są do tego terapeuci, gdyż pacjent dzięki gumom przymocowanym z zewnątrz może dać sobie sam radę – opisuje Norman Łoziński. – Dzieci, które przypinaliśmy do „Pająka”, wcześniej niezdolne do żadnych samodzielnych czynności, chciały sobie same wiązać sznurowadła! Dzieci z porażeniami są przyzwyczajone, że ciągle ktoś je przekłada z miejsca na miejsce, ubiera, robi przy nich wszystko, bo ograniczenie ruchowe nie pozwala im nawet na minimalną samodzielność. I one nagle czuły się niezależne od kogokolwiek! Terapeuci prosili je o różne czynności – na przykład naśladowanie ruchów, które wykonują sprawne dzieci. I one po raz pierwszy w życiu je wykonywały. Oczywiście mogły to robić dopóty, dopóki były przypięte. Trwałe usprawnienie wymagało i wymaga ogromnej, systematycznej pracy i niewyobrażalnego wysiłku chorych. Ale te pierwsze szczęśliwe odczucia pomagały motywować dzieci do ćwiczeń.

Jak podkreślają terapeuci wykorzystujący „Pająka”, osiąganie postępu w usprawnianiu ruchowym człowieka za pomocą tego urządzenia, jest możliwe tylko przy ogromnym nakładzie pracy, dużej wiedzy z zakresu anatomii, posiadaniu przez trenera wyobraźni przestrzennej i umiejętności programowania oraz torowania ruchu. Nieważne, czy pacjent funkcjonuje w pozycji leżącej czy stojącej, znajdując się wewnątrz „Pająka” jest w stanie zrobić wszystko. Oczywiście tylko w czasie ćwiczeń, kiedy gumy regulowane przez terapeutów wspomagają cały proces. Jednak wielokrotne wykonywanie tych samych czynności, ze zmieniającymi się w miarę postępu pozytywnych zmian obciążeniami, prowadzi do wypracowania nowych wzorców ruchowych, przełamujących ograniczenia wynikające z porażeń – wrodzonych, czy też będących wynikiem jakichś zdarzeń typu wypadki albo udary. Dochodzi do stopniowej likwidacji deformacji i przykurczów, czyli powrót do pozycji anatomicznie prawidłowej.

– Czasami dopiero w „Pająku” mamy widziały swoje dzieci wyprostowane, widziały jakiego są one właściwie wzrostu – wspomina pan Norman. – To robiło piorunujące wrażenie. Mamy również zapinaliśmy na chwilę, żeby poczuły to, co ich dzieci. Dopiero po zapięciu w „Pająka” można zrozumieć, co przechodzi pacjent.

 

Empatia, czyli klucz

Postęp w dziedzinie rehabilitacji jest bardzo szybki. Norman Łoziński podkreśla, że sam z pokorą uczy się wciąż nowych rzeczy, wciąż pozostaje w kontakcie z lekarzami i tak dobiera członków zespołu, by każdy z nich wnosił coś nowego i stale był otwarty na nową wiedzę.

Innym kryterium doboru jest coś niezwykle delikatnego, trudno uchwytnego, ale zdaniem pana Normana niezbędnego u terapeuty, a mianowicie empatia. – Empatia to jedna z naczelnych wartości, jakie pielęgnujemy w naszej pracy – mówi. – Cały nasz biznes jest na niej oparty. Pacjent pojawia się u nas na miesięcznym turnusie z nadzieją, że uzyska bardzo wymierną korzyść, że zrobi wyraźny postęp w usprawnianiu, w odzyskiwaniu samodzielności życiowej. Jeśliby podchodzić do ćwiczeń z nim jak do każdej innej pracy, efekty byłyby mniejsze niż wtedy, gdy pacjent i terapeuta stają się na czas sesji niemal jednością. Terapeuta musi umieć odczytywać sygnały płynące od pacjenta, musi umieć sobie wyobrazić, co on w danym momencie przeżywa, w jakim stopniu stosowane w danym momencie ćwiczenia są dopasowane do jego stanu. Musi wiedzieć, kiedy może jeszcze podkręcić tempo, a kiedy powinien nieco „odpuścić”. Taka postawa wczucia się w inną osobę, a nie podejście „mechaniczne”, gwarantuje wyższą skuteczność terapii. Tak więc chętnym do pracy u nas przyglądamy się nie tylko od strony merytorycznej. Tak samo liczy się sposób pracy, zdolność wejścia w skórę pacjenta, życzliwość, otwartość, szczerość. Dlatego czasami nie podejmujemy współpracy ze świetnie przygotowanymi terapeutami, którzy w naszej ocenie nie gwarantują właściwego podejścia do pacjenta. Zawsze zadajemy sobie pytanie: „Gdybym był pacjentem, czy chciałbym, żeby ten akurat człowiek był terapeutą mojego dziecka?”. To wiele załatwia. Często na samych sobie testujemy możliwości terapeutów, którzy do nas przyjeżdżają. Sprawdzamy ich, wiedząc mniej więcej co powinniśmy poczuć. Chcemy wiedzieć, co firmujemy.

Dlaczego empatia, życzliwość i serdeczność zajmują tak ważne miejsce w ośrodku zrozumiemy wtedy, kiedy znajdziemy się w siedzibie Centrum Rehabilitacyjno-Medycznego Norman przy ulicy Prostej w Koszalinie. Tworzą ją dwie duże wille otoczone zielenią. Jedna służy za miejsce pracy, druga za miejsce pobytu pacjentów i ich opiekunów. Wewnątrz nic z klimatu placówki medycznej, a raczej dużego rodzinnego domu. Wszyscy podopieczni każdego dnia odbywają pięć sesji ćwiczeń po 45 minut każda.

Trudno się dziwić oporowi ludzi, którzy spędzili pół roku w szpitalu albo w jakichś ośrodkach opiekuńczych i słyszą, że trafią do kolejnego. Oni robią wszystko, żeby zostać w domu. – Dlatego my tworzymy zupełnie inny klimat po to, żeby atmosfera przypominała dom – wyjaśnia Norman Łoziński. – Może większy, ale dom. Później, po pierwszym pobycie problemów z akceptacją faktu wyjazdu do Koszalina nie ma. Pacjenci poznają się nawzajem i personel. Zdarza się, że rezerwują kolejny pobyt w tym samym czasie, by spotkać się ze znajomymi.
Jednorazowo na turnusie przebywa w ośrodku do 10 osób, choć zdarzało się, że było ich 12, czy 14. Ale tak naprawdę ośrodek obsługuje dużo więcej osób, bo ćwiczą w nim również pacjenci ambulatoryjni, którzy mieszkają w Koszalinie lub okolicy i przychodzą tylko na zajęcia.

– Nie chcemy przekraczać liczby 15 osób razem z pacjentami ambulatoryjnymi. Przy takiej jak obecnie optymalnej liczbie pracowników i przy tej powierzchni i ilości sprzętu, którymi dysponujemy, to jest maksimum, aby każdej osobie poświęcić odpowiednio dużo uwagi. Moglibyśmy pewnie prowadzić ośrodek znacznie większy i znacznie więcej zarabiać, ale uznaliśmy, że ta dotychczasowa postać naszej placówki jest najodpowiedniejsza. Wciąż możemy gwarantować podejście indywidualne.

 

Program wsparcia

„My” w tym przypadku oznacza rodzinę Łozińskich, bo cała jest zaangażowana w firmę. Monika Zawierowska-Łozińska, na co dzień profesor Politechniki Koszalińskiej, współtwórczyni kierunku Wzornictwo na tej uczelni, wspiera męża w jego pracy, ale wspiera również pacjentów ośrodka. Studiowała grafikę na tej samej uczelni co mąż. Tworzy niesamowite obrazy z ceramiki, projektuje również oryginalną biżuterię.

– Stworzyliśmy swoisty program wsparcia naszych pacjentów – relacjonuje Norman Łoziński. – Chodzi o te osoby, których nie stać na kontunuowanie terapii. Bywa, że ich dalsze leczenie finansują sponsorzy. I tu wkracza Monika. Przekazuje swoje obrazy ceramiczne, każdy wart parę tysięcy złotych, pacjentom, a oni dzięki temu mogą odwdzięczyć się sponsorom. Sponsorzy wpłacają często kwoty o wiele wyższe niż wartość podarowanego im dzieła sztuki. Obraz jest tylko symboliczną formą podziękowania za okazane serce.

Pani Monika dodaje: – Obserwujemy niezwykłe sytuacje. Bywa, że osoby w dobrej sytuacji materialnej, które przeszły u nas terapię, przekazują fundusze na rzecz rehabilitacji innych chorych. Czasami robią to zupełnie anonimowo, jak ostatnio pani, która przekazała pieniądze na rehabilitację dwóch osób, nie oczekując w zamian nic. Wyjęła naprawdę dużą kwotę i powiedziała: „Wiem, ile zrobiliście dla mojego męża i wiem, że możecie wielu innym. Proszę te pieniądze rozdysponować jak najlepiej się da”. To są chwile, kiedy serce mięknie i w oczach pojawiają się łzy. Taką pomoc okazują osoby prywatne, ale często również firmy należące do naszych pacjentów stają się dla kolejnych osób sponsorami.

 

Odbudowa człowieka

Każdy przypadek pacjenta to inna historia od strony medycznej, ale również życiowej. Udar to nie tylko szok dla chorego, ale również cios dla rodziny. Wali się w jednym momencie cały świat. Człowiek dotąd niechorujący nagle zostaje wyłączony z wszelkiej aktywności. Więcej – wymaga opieki non-stop i często kosztownego leczenia. A to on prowadził na przykład firmę i utrzymywał rodzinę, to on miał w rękach nitki, które sterowały jej życiem i zapewniały jej bezpieczeństwo materialne.

Pan Norman mówi: – Ci ludzie nie chcą się poddać, chcą zrobić wszystko, by odzyskać sprawność. Tak więc trafiają do nas w stanie leżącym, niesamodzielni i po jakimś czasie zaczynają chodzić albo odzyskują mowę, a nawet wracają do pracy. Oczywiście muszą jeszcze stale ćwiczyć, żeby ten stan podtrzymać, muszą o siebie dbać. Ale to już zupełnie inna sytuacja. Są w stanie dać swoim bliskim coś od siebie, nie angażując w opiekę nad sobą już nikogo. Udar ma to do siebie, że szybko podjęta rehabilitacja daje świetne rezultaty. Tu trzeba działać jak najszybciej, nie odkładać niczego. Oczywiście dużo zależy od tego, jak rozległe jest uszkodzenie. Jeżeli pacjent ma silną motywację do pracy, efekty bywają znakomite. Mogę tutaj powołać się na przykład pana, który jest lekarzem. Po pierwszym miesięcznym turnusie zaczął samodzielnie chodzić. Stał się ogólnie sprawny, choć jeszcze w niepełnym wymiarze. Po drugim turnusie wrócił do pracy. To była ogromna przyjemność zobaczyć na Facebooku udostępnione przez jego żonę zdjęcie, kiedy nasz pacjent siedzi za biurkiem i pracuje. Obecnie przebywa u nas na trzecim turnusie, bo chce utrwalić dobre efekty dotychczasowej terapii i chce się wzmocnić. Ale on od samego początku miał cel: wrócić do pracy.

Wśród pacjentów ośrodka jest wielu szefów firm. Godzą się na każdy trud, by jak najszybciej wrócić do dawnego życia. Deklarują, że będą już unikać tego, co zagrażające: stresu, niehigienicznego życia i pracoholizmu.
Warto podkreślić, że rehabilitacja to nie tylko zajęcia fizyczne, ale również odbudowa w innych obszarach. Dlatego w ośrodku pracują rehabilitant-pedagog i logopeda, bo bardzo często udar powoduje afazję. – To nie jest łatwa rzecz, przywracać człowiekowi zdolność rozumienia i wypowiadania się. Czasami oznacza to potrzebę odbudowy pamięci pacjenta. On pamięta zdarzenia z dalekiej przeszłości a nie pamięta gdzie minutę temu położył jakiś przedmiot. Pacjenci czasami dyskutują co jest lepsze – czy jak „walnie” możliwość komunikacji z otoczeniem i ocena rzeczywistości, a motorycznie pacjent pozostaje bez zmian, czy też żeby był motorycznie „uszkodzony”, ale za to sprawny intelektualnie. To jest oczywiście nierozstrzygalne, bo nie ma również sytuacji by, jedno z drugim nie miało w jakimś stopniu związku. Ale upraszczając, to są te dwa bieguny, jeżeli chodzi o szkody jakie wyrządza udar – mówi pan Norman.

Pani Monika uzupełnia: – Powrót mentalny bywa trudniejszy niż ten fizyczny. Jeżeli zmiany świadomości są głębokie i rozległa jest afazja, strasznie dużo wysiłku wymaga nawiązanie kontaktu, przerzucenie swoistej kładki między świadomością pacjenta a świadomością terapeuty. Dopiero, gdy ona zaistnieje, można robić w indywidualnym tempie kolejne kroki. To są bardzo skomplikowane procesy. Terapeuta musi dużo rozmawiać z rodzinami, żeby znaleźć w opisie życia pacjenta te struny, których poruszenie może w jego wnętrzu powoli budzić światło. Ale kiedy już nić porozumienia się pojawi, od terapeuty ogromnie dużo zależy. Tutaj nie może być podejścia bezosobowego i pozbawionego emocji. Tylko przez autentyczne zainteresowanie pacjentem, szczere zaangażowanie, prowadzi droga do pożądanych rezultatów.

– Ludzki mózg to jest twór o niesamowitych właściwościach – tłumaczy Norman Łoziński. – To, co się w nim dzieje, to procesy niezwykle złożone, które dzięki nauce coraz lepiej poznajemy. Ale to jest wciąż ułamek wiedzy. Zdarzają się rzeczy niewyobrażalne. Takie, o których kiedyś pewnie powiedziano by, że są to cuda. Ale dzieją się one, gdy w relacji pacjent-rodzina, pacjent-najbliższa osoba albo pacjent-terapeuta wydarzy się coś ważnego, co poruszy ten jeden malutki kamyczek w lawinie i wówczas możliwe staje się osiąganie ogromnych postępów. Tempo, w którym przychodzą efekty jest indywidualne. Ale jedno jest pewne – nie warto się poddawać. Nie warto wierzyć w rozmaite skreślające człowieka przepowiednie. Nawet jeśli padają z ust lekarzy. Jest niezwykłym darem losu to, że obserwujemy sytuacje, kiedy trafia do nas człowiek leżący a w parę tygodni następuje taka przemiana, że on zaczyna się poruszać samodzielnie, wraca do domu na wózku inwalidzkim albo o lasce. Dosłownie przed chwilą coś takiego się stało. Jeden z naszych pacjentów zrobił swoje pierwsze kroki po wylewie. To czasami jest większa radość niż kiedy obserwuje się pierwsze kroki własnego dziecka.

 

Powrót do życia

Kiedy pacjent wraca do domu, praca terapeutyczna musi być kontynuowana. – To dlatego instruujemy rodziny, jak powinny się wobec niego zachowywać, jak go stymulować do aktywności – mówi pani Monika. – Tłumaczymy, że musi każdego dnia wyjść na ulicę, pójść po drobne zakupy, na spacer, odwiedzić znane sobie miejsca i nawet wtedy, gdy jeszcze mowa nie wróciła do pierwotnego stanu, musi dużo rozmawiać.
Zanim jednak to nastąpi, pacjenci są zdani na pomoc innych osób. Także w ośrodku potrzebują opiekunów. Taką rolę odgrywają najczęściej bliscy, ale czasami przejmuje ją ktoś z personelu. Być opiekunem chorego to pierwszy krok w jego poznaniu, w nawiązaniu relacji. Doświadcza tego co pewien czas Karol, syn państwa Łozińskich. Jeszcze studiuje, ale stopniowo przygotowuje się do samodzielnej pracy terapeutycznej.

Karol mówi: – To, co robimy to nie jest tylko fizyczna praca terapeuty. Dużo do jest zrobienia w obszarze logopedycznym, psychologicznym. Wykorzystujemy kompetencje zdobyte na kursach z różnych dziedzin. Dopiero to wszystko wzięte razem, spięte w jeden konsekwentny proces jest w stanie człowieka przemieniać. Zdarzają się sytuacje, że rodzinie lub tej najbliższej osobie, która zajmuje się chorym, trzeba udzielić wszelkich wskazówek, a czasami w niektórych czynnościach ją po prostu zastąpić Opiekun uczy partnera osoby chorej, jak powinna ją chwycić, jak przewrócić na łóżku, jak pielęgnować, jakie proste ćwiczenia z nią wykonywać. A czasami w niektórych sytuacjach tego bliskiego zastępuje, bo wyobraźmy sobie chorego mężczyznę o silnej budowie, ciężkiego, którym zajmuje się drobna, dużo słabsza od niego żona. Po prostu niektórych rzeczy nie jest ona w stanie przy nim wykonać.

Między pacjentami a terapeutami nawiązują się głębokie relacje, bo trzeba mieć świadomość, że w ciągu miesiąca są to długie godziny pracy w bliskości, nawet najdosłowniejszej. Pacjent opiera się o terapeutę, terapeuta podtrzymuje pacjenta, albo ma w swoim ręku jego ciało. Masuje, naciąga, napręża. Bez zaufania i wzajemnego otwarcia się na siebie ta praca czasami nie miałaby w ogóle sensu.

Norman Łoziński kwituje: – Terapeuta to jest połączenie spowiednika, powiernika i coacha. Dostaje w swe ręce człowieka z jego indywidualną wrażliwością, której nie może zawieść. Nawet jeżeli chodzi o innych współpracowników, czyli tych, którzy zajmują się przygotowaniem posiłków, utrzymywaniem porządku i pielęgnowaniem ogrodu, również mamy szczególne wymagania. Chcemy, żeby oni nie traktowali pracy tutaj jako wyłącznie gotowania, sprzątania, ale również w sposób naturalny nawiązywali kontakt, rozmawiali i pokazywali życzliwość.

– Czas pobytu pacjentów u nas powinien być wypełniony do maksimum terapeutycznym wysiłkiem. Rozumiemy, że ktoś w pewnym momencie może mieć już dosyć. Ale jesteśmy po to, by to przełamywać i podtrzymać tę osobę na duchu – słyszymy od pani Moniki. – Bo tylko przez ciągłe zbliżanie się do granic możliwości można osiągnąć postęp. W miarę upływu czasu te granice się przesuwają. Terapeuta i pacjent muszą za nimi postępować. To musi być maksymalna mobilizacja i przełamywanie prawdziwego, czy wyobrażonego ograniczenia. To dzięki temu udaje się osiągnąć zmiany, które czasami są niewiarygodne. To jest wspólne osiągnięcie pacjenta i terapeuty, którzy na czas ćwiczeń stają się jednością. To jest tak, jakby siłę i sprawność przelewać z jednego do drugiego naczynia, zawsze utrzymując maksimum energii i wciąż obracając się w obszarze maksymalnych możliwości. Oczywiście to nie są cechy pracy terapeutycznej tylko w naszym ośrodku. Tak dzieje się w wielu miejscach. My jednak dokładamy starań, żeby to napięcie pozytywne nigdy nie spadało.

 

Nie wolno zawieść nadziei

Zdarzają się wśród pacjentów osoby, które chcą zrobić więcej niż w danym momencie mogą. Przykładem jest Paula, hokeistka z Kanady, która brutalnie sfaulowana na lodowisku, doświadczyła poważnych problemów neurologicznych. Jak słyszymy w ośrodku, tak bardzo chce iść do przodu, że momentami trzeba ją nieco hamować, bo na niektóre rzeczy jest jeszcze nieprzygotowana. – Przyjdzie na nie czas, ale dopiero za parę dni lub tygodni. Dlatego chwilami studzimy jej zapał, żeby się zbyt szybko nie wypaliła – mówi Norman Łoziński. – Taki wewnętrzny ogień to jest niesamowita siła. Zresztą to cecha nie tylko ludzi młodych. Mieliśmy pacjentów po osiemdziesiątce, którzy ani na chwilę nie „odpuszczali”.

Karol podsumowuje: – Robimy rzeczy poważne na wesoło. Nie nosimy kitli, nie straszymy klimatem szpitala. Dzieci czasami nawet nie wiedzą, że ćwiczą. Myślą, że się bawią. To zdaje egzamin. Dla mnie możliwość współuczestniczenia w życiu ośrodka jest rzeczą kapitalną, bo uświadamiam sobie, jak dużo muszę jeszcze zrobić, nauczyć się, poznać i że studia to tylko pewna rama, niezbędna, ale wymagająca stałego dopełnienia.

 

 


 

RODZINA

Norman Łoziński: absolwent Wzornictwa, studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Gdańsku (obecnie Akademia Sztuk Pięknych). Projektant „Pająka”, założyciel i szef Centrum Rehabilitacyjno-Medycznego Norman w Koszalinie. Jedną z jego pasji jest judo.

Monika Zawierowska – Łozińska: absolwentka Grafiki w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Gdańsku (obecnie ASP). Profesor nadzwyczajny Politechniki Koszalińskiej. Miała duży udział w powołaniu do życia Wydziału Wzornictwa PK. Tworzy w technikach ceramicznych, projektuje biżuterię. Autorka wielu znanych powszechnie znaków użytkowych.

Karol Łoziński: student fizjoterapii, w ośrodku Norman opiekun pacjentów. Uprawia judo, ma już uprawnienia trenerskie.

Anika Łozińska: gimnazjalistka, trenuje w koszalińskim Klubie Judo Samuraj. Na tegorocznych Mistrzostwach Polski zajęła trzecie miejsce. Marzy, by wystąpić kiedyś na Olimpiadzie.

 

NORMAN ŁOZIŃSKI: Warto wymienić nazwiska osób, które miały i mają do tej pory wpływ na wizerunek Centrum Rehabilitacji Norman. Są to lekarze Marek Irla, Henryk Osuch, Maria Należyty, Narcyz Woroniecki. A także Zespół Terapeutyczny: Paweł Powęzka, Jacek Berestecki, Łukasz Lipiński, Martyna Rydzewska, Karolina Łozińska. Logopeda – Anna Barabas. Neuroterapeuta – Kamila Jastrzębska. Koordynator turnusów rehabilitacyjnych – Sebastian Lewe, opiekun centrum – Anna Nowakowska.