Kraj pełen kontrastów. Przepych i luksus na każdym niemal kroku zderzają się z ubóstwem. Piękne hotele otaczają porzucone blokowiska. Jednak Gruzja to wciąż i niezmiennie piękne góry i gościnni ich mieszkańcy. A przy tym skarbnica oryginalnych smaków zaklętych w oryginalnej kuchni i charakterystycznym winie.

Gruzja leży na pograniczu Europy i Azji. Graniczy na północy z Rosją, na wschodzie z Azerbejdżanem, a na południu z Armenią i Turcją (zachodnią granicę wyznacza wybrzeże Morza Czarnego). Wpływy tak różnorodnych kultur odcisnęły swoje znaki na kulturze i obyczajach.

Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od  miasta Kutaisi, miejsca pełnego zabytków, które odkrywają przed turystami bogatą historię tego zakątka świata. Kutaisi było niegdyś stolicą m.in. Imperium Abchaskiego i królestwa Imeretii. Podobno po złote runo wybrali się tutaj mityczny Jazon i Argonauci. Zwiedzający powinni koniecznie odwiedzić Katedrę Bagrata oraz Monastyr Gelati (są na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Miasto niestety traktowane jest jako przesiadkowe, mało kto poświęca mu więcej uwagi. My również po lądowaniu samolotu spędziliśmy w nim zdecydowanie za mało czasu.

Nie brakuje również atrakcji w okolicach Kutaisi. Osoby lubiące adrenalinę i nie bojące się wysokości powinny odwiedzić Canyon Okatse. Jest to trasa turystyczna zbudowana nad wąwozem, gdzie większość szlaków wiedzie mostkami zawieszonymi nad przepaścią.

Z Kutaisi marszrutką, czyli taksówką – minibusem dotarliśmy do Batumi. Wielu turystów podróżuje tym transportem, ponieważ ceny nie są wygórowane i zdecydowanie pewniej można się czuć jadąc z miejscowym kierowcą. Drogi są średniej jakości, często w połowie trasy kończy się asfalt i zaczyna szutrówka, jest również wiele stromych i ostrych zakrętów.

Batumi znamy jedynie z piosenki Filipinek. Miasto pełne kontrastów, gdzie obok luksusowych, nowoczesnych obiektów przeznaczonych dla turystów można spotkać pasąca się krowę. Kurort nadmorski kuszący plażami oraz bogatą bazą turystyczną. Niezwykły klimat dawnej kultury, architektury znajdziemy w starej części miasta. Batumi słynie z Fontanny Czaczy, która nie ujmuje formą architektoniczną, ale przede wszystkim tym, że jakiś czas temu płynęła z niej czacza, czyli słynny gruziński napój o średniej mocy 50 procent alkoholu. Niedaleko fontanny usytuowana została Wieża Alfabetu, który przykuwa uwagę swoim nowoczesnym kształtem. To  jeden z prekursorskich pomysłów Micheila Saakaszwilego – ażurowa konstrukcja, która przypomina spirale DNA i prezentuje 33 litery gruzińskiego alfabetu.

Przez wiele lat Batumi było postrzegane jako miasto usłane polami herbacianymi. Ale co ciekawe w tym miejscu nigdy nie było pól herbacianych, najbliżej można je zobaczyć w wiosce Chakvi. Z tego urokliwego zakątka wybraliśmy się do stolicy Gruzji – Tibilisi. To największe tutejsze miasto, liczące ponad półtora miliona mieszkańców. Uznawane jest za  jedno z najstarszych miast na świecie – naukowcy podejrzewają, że ludzie żyli tu już około 5000 lat temu, w skalnych jaskiniach na brzegach rzeki Mtkwari.

Wycieczkę po Tbilisi można symbolicznie rozpocząć w rejonie ormiańskiej dzielnicy Avlabari, przy dawnej ulicy Czarnomorskiej, kilka lat temu przechrzczonej na ulicę Lecha Kaczyńskiego, stoi pomnik naszego zmarłego tragicznie prezydenta.

Po tej samej stronie rzeki Mtkvari usytuowana jest największej cerkiew na Kaukazie – Cminty Sameby, której wysokość sięga 84 metrów. Koniecznie należy zobaczyć także tbiliskie łaźnie siarkowe z najbardziej znaną Łaźnią, w której bywała bohema artystyczna XIX wieku – m.in. Aleksander Puszkin, Aleksander Dumas ojciec, Michaił Lermontow. Na wielu domach znajdziemy tablice z informacją o słynnych lokatorach. Warto również wjechać kolejką gondolową do położonego na wzgórzu pomnika Kartlis Deda – Matki Gruzji, inną kolejką – szynową dostaniemy się na górę Mtatsmind. Z obu rozpościera się widok, który sprawia, ze Tbilisi zapada w pamięć turystów.

W Tbilisi kończy się nasz kontakt ze współczesną cywilizacją. Jeepami o napędzie 4×4 jedziemy do Omalo, osady  w północno-wschodniej Gruzji, która przez większą część roku jest w zasadzie odcięta od świata. Drogi do niej otwierają się w maju. Aby dojechać do Omalo należy pokonać jedną z najniebezpieczniejszych dróg górskich świata prowadzącą przez przełęcz Abano na wysokości 2826 m n.p.m. Po drodze przecinaliśmy kilka strumyków, jechaliśmy pod wodospadami. To chyba pierwsza trasa, która wzbudziła tyle adrenaliny i podenerwowania, ale również podziwu dla kierowców, którzy  kilka razy dziennie przemierzają te strome zbocza. Po drodze mijaliśmy kilka pomników upamiętniających osoby, którym nie udało się pokonać trasy przez przełęcz.

Po długiej i niezwykle wyczerpującej podróży dotarliśmy do Omalo Dolnego. To mała wioska położona na wysokości ok. 1900 m n.p.m., gdzie oprócz kilku „pensjonatów” znajdziemy dwie, może trzy knajpki. Widok zapiera dech w piersiach, to rodzaj samotni gdzie rozciągają się kilometrowe pastwiska, szczyty gór, biegają zwierzęta gospodarcze, ale również dzikie, gdzie słychać świst wiatru. Nieco dalej znajduje się Omalo Górne, w którym  można znaleźć miejsca noclegowe, gospodę. Niezwykłe wrażenie robią wieże obronne, które wznoszą się nad wsią. Odcięcie od świata sprawia, że mieszkańcy prąd pozyskują z paneli słonecznych a woda pochodzi prosto ze strumieni górskich. To doskonała baza wypadowa dla osób lubiących trekking.

Odwiedziliśmy Diklo, gdzie w czasie jednego z najazdów Dagestańców (1830 r.) Gruzini bronili się do ostatka. Kiedy wróg był u bram, pozabijali swoje kobiety i siebie, aby uniknąć niewoli islamskiej. Zwiedziliśmy również Dartlo. We wsi oprócz pozostałości po średniowiecznych zamkach, twierdzach i domach znajdują się również ruiny starej prawosławnej cerkwi. W centrum miasta znajduje się baszta, która wielokrotnie była otaczana przez wrogów. Na mapie naszej podróży znalazła się także miejscowo Shenako, gdzie skorzystaliśmy ze źródeł termalnych.

Gruzini to bardzo ciepli i przyjaźnie nastawieni ludzie. Inaczej niż jest to w Turcji czy w Tunezji nie narzucają się turystom. Na pierwszy rzut oka wydają się zdystansowani, ale nic bardziej mylnego. Kiedy zachęci się ich do rozmowy, okazuje się, że są bardzo otwarci, opowiadają o swojej kulturze, kraju. Do wszystkich odnoszą się z uśmiechem i życzliwością. To doskonali gospodarze, zawsze w domostwie znajdzie się strawa oraz napój – i lokalna czacza dla turystów.

Będąc w Gruzji warto spróbować chaczapuri – gruzińskiego placka z serem, pierożków chinkali – w ich środku znajdziemy mięsną  mieszankę baraniny i wołowiny. Niezwykły smak mają również szaszłyki mcwadi, gulasz z fasoli obio, zupa czikhirtma. Kuchnia jest smaczna, syta i pełna aromatycznych, świeżych ziół. Gruzini uwielbiają kolendrę, która jest dodawana do wielu potraw, nadając im unikalny smak. Najpopularniejszym gruzińskim deserem są „snikersy” czurczchela, czyli nawleczone na nitkę orzechy włoskie lub laskowe zatopione w gęstym soku z winogron.

Bardzo często z Gruzją kojarzone są wina, te najlepsze powstają we wschodniej części kraju, wiele domostw wytwarza własny alkohol i posiada własne pola uprawne. Wszystkiego można spróbować zarówno w gospodarstwach jak i w restauracjach, które również specjalnie dla turystów organizują pokazy lokalnych tańców oraz muzyki.

Gruzja to niezwykły kraj, gdzie z jednej strony można opływać w luksusie, opalając się na plaży, a z drugiej zdobywać szczyty i poznawać zakątki jeszcze niezdobyte, gdzie człowiek słyszy własne myśli. Piękne miejsce pełne dobrych, uśmiechniętych ludzi. Miejsce, do którego na pewno warto wracać.