Lokalny rynek pracy nie był nigdy w tak dobrej sytuacji jak obecnie, jeśli oceniać ją przez pryzmat wskaźnika bezrobocia. O czynnikach, które miały na to wpływ oraz o tym, czy jest szansa na utrzymanie korzystnych tendencji w dłuższym czasie rozmawiamy z Piotrem Jedlińskim, prezydentem Koszalina.

– Stopa bezrobocia w Koszalinie spadła według danych Głównego Urzędu Statystycznego poniżej 4 procent i jest dużo niższa od średniej wojewódzkiej. To wynik ogólnej tendencji, czy również efekt działań samorządu?

– Wydaje mi się, że w grę wchodzą obie te tendencje. Gospodarka to zespół naczyń połączonych.. Procesy gospodarcze są takie same w całym kraju, bazujemy przecież na identycznych przepisach. Z drugiej jednak strony każdy region ma swoją specyfikę, bo trudno chociażby porównywać Podhale z Pomorzem. Zadaniem samorządu jest takie sterowanie procesami zarządczymi, by pozytywne różnice uwypuklić, a negatywne zminimalizować. Wszystko po to, by przyciągnąć inwestorów dających mieszkańcom zatrudnienie. Skoro zatem w niskim bezrobociu wyróżniamy się na tle województwa, wydaje mi się, że można uznać, że jesteśmy skuteczni w swoim działaniu. Bardzo się z tego cieszę, że jest to dostrzegane.

– Do Koszalina przyjeżdżają po pracę nasi sąsiedzi z Ukrainy, ale również przybysze z innych krajów. Jak Pan ocenia tę sytuację?

– To efekt prawdy, że gospodarka nie znosi próżni. Skoro w Polsce brakuje pracowników, nie możemy zakazać zatrudniania osób spoza naszego kraju i pozwolić, żeby na przykład domy budowano kilka razy dłużej i kilka razy drożej. Z rozmów z koszalińskimi przedsiębiorcami wiem, że na rynku koszalińskim cały czas brakuje pracowników. Naszych sąsiadów możemy obecnie spotkać w wielu koszalińskich przedsiębiorstwach i na licznych budowach. Duży napływ cudzoziemców to również bardzo poważne wyzwania związane na przykład z opieką medyczną, nauką języka itd. Te sprawy wymagają dobrej współpracy pomiędzy samorządem i wieloma instytucjami, w tym także Kościołami i związkami wyznaniowymi.

– Pracodawcy narzekają na brak pracowników – specjalistów. Samorząd ma wpływ na kierunki kształcenia na poziomie ponadgimnazjalnym. Co zrobili Państwo dotychczas, aby młodzież kształciła się w zawodach, na które jest największe zapotrzebowanie?

– Samorząd nie może do niczego zmuszać, jego zadaniem jest stwarzanie jak najlepszych warunków do rozwoju regionu. Stąd pomysł na podpisywanie umów patronackich między koszalińskimi szkołami ponadgimnazjalnymi a lokalnymi przedsiębiorcami, który wyszedł właśnie z ratusza. Zyski są obopólne: przedsiębiorcy mają szansę pozyskać młodych, wykształconych w potrzebnych im kierunkach pracowników, a uczniowie nie ograniczają się do zdobycia jedynie wiedzy teoretycznej, bo podczas praktyk i zajęć dodatkowych poznają przyszły zawód od innej strony niż opisana w podręcznikach. Połączenie wiedzy teoretycznej i praktycznej skutkuje lepszym przygotowaniem do wejścia w dorosłe życie zawodowe. Ale nie ograniczamy się jedynie do tego, co zaoferują nam przedsiębiorcy. Dlatego sięgamy po środki unijne, które przeznaczamy na remonty i wyposażenie szkół zawodowych – ostatnio w ramach projektu „Dostosowanie kształcenia zawodowego w Koszalinie do potrzeb rynku pracy” do „samochodówki” i „elektronika” trafiły prawie 4 miliony złotych, z czego dofinansowanie z Unii Europejskiej wyniosło aż 85 procent.

– Umowy szkół z konkretnymi przedsiębiorstwami i klasy patronackie to jedno. A jak wygląda współpraca z Politechniką Koszalińską? Tu również stymulują Państwo rozwój określonych kierunków kształcenia?

– To zupełnie inne zagadnienie. Wiem, jak ważna dla Koszalina jest techniczna szkoła wyższa z ponadregionalnym zasięgiem oddziaływania. Dlatego pan rektor Tadeusz Bohdal i jego współpracownicy patrzą szerzej na swoją działalność, nie tylko poprzez pryzmat Koszalina. Wspólnie organizujemy konkursy „Bieg po indeks”, „Firma na start”. Uczelnia jest bardzo ważnym partnerem miasta w wielu obszarach edukacyjnych i rozwojowych. Cenię jej potencjał i dokonania.

– Jakie Pana zdaniem zawody mają w Koszalinie największą przyszłość? Inaczej mówiąc, co doradziłby Pan młodemu człowiekowi stojącemu przez wyborem profesji?

– Poradziłbym spojrzenie w głąb siebie, znalezienie tego, co fascynuje i pójście w kierunku oszlifowania tego znaleziska. Nie będę nikomu radził, jaką przyszłość ma wybrać, bo nie ma nic gorszego niż praca w zawodzie, który – jak mówią młodzi – nas „nie kręci”. Jeśli postawi się na coś, czego się nie lubi, to prosta droga do ciągłego życiowego niezadowolenia. Dlatego staramy się budować w mieście ścieżki, którymi mogą podążać w poszukiwaniu własnych marzeń młodzi ludzie. To właśnie jest rola samorządu.

– Rynek pracy jest obecnie bardzo konkurencyjny. Młodzi ludzie, mając wybór, trafiają chętnie do ośrodków, które wydają się im atrakcyjne nie tylko w wymiarze zawodowym i potencjalnej kariery. Czym Pana zdaniem Koszalin może zaimponować takim osobom?

– Koszalin jest po prostu dobrym miejscem do życia. W porównaniu z miastami większymi mamy więcej czasu, nie tracimy go bezproduktywnie w drodze do i z pracy. Ja wielokrotnie byłem pytany przez mieszkańców Warszawy, Poznania czy Gdańska; „co wy robicie z wolnym czasem?”. I to jest właśnie plus Koszalina. Są wśród nas tacy, którzy porzucili dobre kariery w większych miastach, bo chroniczny brak czasu odbijał się na rodzinie – małżeństwa były ze sobą coraz krócej, nie poświęcały wystarczającej uwagi swoim dzieciom, bo nie miały kiedy tego robić. W Koszalinie znaleźli harmonię, Wiem, że w 100-tysięcznym mieście jest mniej atrakcji niż w aglomeracji, ale przecież nie możemy narzekać: jest teatr, filharmonia, kina, odbywają się tu liczne festiwale, są pasjonaci dzielący się z innymi swoimi zainteresowaniami. Jeśli ktoś tylko chce, znajdzie coś ciekawego dla siebie. Tym, którzy narzekają, że w Koszalinie nic się nie dzieje, zadaję zawsze jedno pytanie: gdzie szukali informacji. W prawie stu procentach odpowiedź jest taka sama – nigdzie. A weźmy pod uwagę jeszcze jeden niezwykle istotny aspekt w życiu każdej rodziny. Dzieci, bo o nich mowa, w przeciwieństwie do większości miast w Polsce mają w stu procentach zapewnioną opiekę w żłobkach i przedszkolach, a koszalińska oświata stoi na naprawdę wysokim poziomie. No i okolica: morze, lasy, jeziora. Zapytajcie chociażby mieszkańca Wrocławia, ile kilometrów musi przejechać, żeby wybrać się na grzyby. Minimum czterdzieści.

– Duże znaczenie dla ograniczenia bezrobocia w mieście miała przez długi czas i w jakimś stopniu ma nadal specjalna strefa ekonomiczna. Jak Pan widzi jej przyszłość? Może spełniła już swoje zadanie i nie warto jej wzmacniać?

– Cały czas są chętni, aby w strefie się rozwijać i budować. Jest więc ona potrzebna, bo generuje nowe miejsca pracy. Dlatego ją wzmacniamy i rozbudowujemy. Strefa jest Koszalinowi potrzebna. Pamiętamy przy tym również o tych przedsiębiorcach, którzy mają swoje firmy w innych miejscach Koszalina. Przykładem jest „mała strefa” przy ulicy Władysława IV, którą będziemy jeszcze w tym roku porządkować.

– Pokusi się Pan o prognozę, jakie będzie bezrobocie w Koszalinie i w Polsce za pięć lat, czyli na koniec kolejnej kadencji samorządu?

– Może rok temu zdecydowałbym się na taką futurologię. Ale dziś, w obliczu coraz głośniejszych opinii o nadchodzącej recesji w kraju, każda prognoza będzie chybiona. Nie ma sensu zastanawiać się nad stopą bezrobocia za pięć lat, lepiej ten czas poświęcić na dobre przygotowanie pomysłów, które pozwolą koszalinianom przejść gorszą koniunkturę gospodarczą kraju jak najłagodniej. Stąd intensywnie pracuję nad kolejnymi dużymi projektami, które znajdą odzwierciedlenie w dalszym gospodarczym i rozwoju Koszalina. Jestem inżynierem budownictwa i to moja prawdziwa pasja.