Markę CINQ MONDES stworzyli zafascynowani masażami, zdrowym stylem życia, podróżami i egzotycznymi kulturami Nathalie i Jean -Louis Poiroux. Ekskluzywnym rytuałom piękna inspirowanym zabiegami pielęgnacyjnymi z różnych zakątków globu poddają się klienci SPA 36 krajów świata, także w Polsce. W lipcowy, upalny dzień mam okazję na własnej skórze wypróbować jeden z nich.

Na rytuał zaprasza mnie Bursztynowe SPA Hotelu Lidia w Darłowie. To jedno z dwóch miejsc w województwie zachodniopomorskim wykonujących zabiegi CINQ MONDES. Strefa wellness położona jest w głębszej części budynku, więc od razu przenoszę się z gwarnego wakacyjnego centrum w ciche i klimatyczne miejsce. Mój rytuał poprowadzi pan Radosław Grygiel, terapeuta SPA Lidia. Od początku ujmuje mnie spokojem, niezwykłą kulturą osobistą, rozmowy i kontaktu. W czasie zabiegu jest dyskretnie obecny, właściwie bezszelestny, co pozwala mi się skupić się na całym procesie i naprawdę odprężyć. Nie będzie to zresztą specjalnie trudne – pomieszczenie, w którym odbywa się rytuał, ma przyjemną temperaturę, oświetlają je świece i przygaszone lampy. W tle szemrze relaksacyjna muzyka. Jeśli z czymś będę walczyć, to jedynie wynikającą z odprężenia sennością, a chcę przecież świadomie skorzystać z wszelkich dobrodziejstw.

Kosmetyki CINQ MONDES to połączenie natury z biotechnologią, a zatem przykład nowoczesnego podejścia do pielęgnacji urody twarzy i ciała. Pozwala ona z jednej strony stosować składniki pochodzenia naturalnego, a z drugiej umożliwia im skuteczne działanie. Rytuałów na ciało CINQ MONDES z użyciem tych cudownych „eliksirów” jest kilka. W SPA Lidia dostępne są: Bali – Indonezja&Tajlandia, Północna Afryka, Wyspy – Polinezja, Bangalor – Indie. Każdy wykonuje się z użyciem preparatów mających w składzie charakterystyczne dla danego rejonu produkty, rośliny, kwiaty (najchętniej z upraw ekologicznych) i oleje oraz nieco inną techniką i z wykorzystaniem różnych elementów terapeutycznych (masaże, streching, ajurweda, aromaterapia). Oczywiście służą one różnym celom: wyszczuplają, poprawiają stan skóry, nawilżają, odżywiają, przeciwdziałają starzeniu, a przy tym koją umysł.

Pan Radosław proponuje mi Rytuał Wysp Polinezji. Wybór okazuje się idealny i rozwiewa moje dość poważne obawy. Mam trudną, wymagającą skórę: ultra wrażliwą, skłonną do podrażnień, alergiczną, a przygotowany dla mnie zabieg jest bardzo delikatny, mało inwazyjny, bezpieczny, w dużej mierze oparty na masażu, a więc nie ma obaw, że wyjdę z niego opuchnięta czy zaczerwieniona. Wręcz przeciwnie: kosmetyki zadziałają łagodząco i ochronnie.

O wszystkim rozmawiamy przed zabiegiem. Wiem dokładnie, co zostanie we mnie wtarte i wmasowane. To, że preparaty CINQ MONDES są organiczne, ma dla mnie ogromne znaczenie, bo takich używam na co dzień, a ekologia jest mi bliska ideologicznie. Nie zawierają parabenów, silikonów, olejów mineralnych, sztucznych barwników, fenoksyetanolu. Są naturalnie przetwarzane, testowane i certyfikowane. Zamiast szkodliwej chemii w moim polinezyjskim zestawie jest kokos, pomarańcza, wanilia, kwiaty noni, olej monoi oraz benzoidy. Pachnie tak, jak brzmi: oszałamiająco.

Zaczynamy. Zabieg zaczyna się od refleksologii. Terapeuta uciska wybrane punkty stóp i dłoni. Potem zaczyna delikatny piling połączony z masażem. Po kolei: łydki, uda, pośladki, ramiona, plecy, dekolt, brzuch. Struktura pilingu – drobinki kokosa – jest wyczuwalna, ale ze względu na wspomnianą nadreaktywność mojej skóry, terapeuta dodaje do niego sporą ilość emulsji i dopiero wtedy go rozprowadza. Po pilingu mam chwilę dla siebie. Udaję się pod znajdujący się w tym samym pomieszczeniu prysznic, by zmyć resztki preparatu. Właściwie na tym etapie rytuał mógłby się zakończyć. Skóra już teraz jest niewiarygodnie miękka, lekko natłuszczona i przepięknie pachnie. Takiego efektu z pewnością nie da się osiągnąć za pomocą domowego pilingu, ale najlepsze dopiero przede mną.

Część druga to masaż gorącymi kamieniami. Sporo słyszałam o tej dalekowschodniej metodzie. Wiem, że poleca się ją osobom zestresowanym, mającym problemy z krążeniem, stawami, ale trudno mi było uwierzyć, że ma jakiekolwiek rzeczywiste oddziaływanie. Potwierdzam: ma. Dotyk gorących kamieni jest jednocześnie dziwny i przyjemny. Mają śliską, przyjemną, jakby oleistą powierzchnię. Ciepło na granicy gorąca rozchodzi się promieniście i właściwie natychmiast rozluźnia mięśnie. Terapeuta przykłada je wzdłuż kręgosłupa, nóg, ramion, do brzucha oraz twarzy, w tym – co jest dość specyficzne – nosa i powiek. Małymi kamieniami masuje też skronie. Na nogach mam letni ręcznik, by „zamknąć” ciepło w ciele. Odczucia bajeczne – na pewno skorzystam z masażu jeszcze nie raz.

Czeka mnie jeszcze naoliwienie całego ciała. Znów kawałek po kawałku, niespiesznie, w połączeniu z masażem, który terapeuta wykonuje zgodnie z polinezyjską szkołą lomi-lomi, nie używając dłoni, a tylko przedramion. Ruchy są płynne, rytmiczne, o różnym natężeniu i mocy. Na zmianę delikatne i zdecydowane. Kokosowo- waniliowy zapach jest teraz najbardziej intensywny i czuję, jak skóra dosłownie chłonie olejek. Na koniec zostaję sama, mam chwilę na dodatkowy relaks i wyciszenie. Koniec rytuału przyjmuję z trudem. Jest tak przyjemny, że nie miałabym nic przeciwko, by potrwał dwa razy dłużej.

Zaskoczeń jest kilka. Pierwsze: rytuał trwa dziewięćdziesiąt minut. Długo, ale kompletnie nie odczuwa się upływu czasu. Warto poddać mu się jak ja, z zamkniętymi oczami. Niezwykle działa na zmysły, a odcięcie od bodźców wzmacnia ten stan. Pozwala skupić się na dotyku, pięknych zapachach; w środku dnia wyłączyć się z doraźnych spraw, zrelaksować, kompletnie odprężyć.

Drugie: dbałość o komfort. Rzecz wydawałoby się oczywista, jednak w tym wypadku mamy do czynienia z wyższym poziomem – właściwie nie obsługą, a opieką. Składają się na to nie tylko same czynności terapeutyczne, ale nawet system rozkładania na ciele ręczników. W czasie całego procesu odkrywana jest wyłącznie masowana w danym momencie część ciała, nie ma więc mowy o skrępowaniu nagością.

Trzecie zaskoczenie to efekty. To tylko jeden zabieg, ale są widoczne gołym okiem. Do końca dnia jestem rozluźniona, choć niepozbawiona energii. Skóra jest miękka, gładka jak szkło i pachnie jak egzotyczny, słodki koktajl przez długi czas, aż żal ją wieczorem zmyć. Następnego dnia i w kolejnych utrzymuje tę jakość.

Nie mam wątpliwości, że zetknięcie z filozofią CINQ MONDES to wyjątkowe, inspirujące doświadczenie i słusznie nazywa się je rytuałem. Przemyślane w każdym detalu, sensualne, maksymalnie relaksujące. Spodoba się zwłaszcza miłośnikom holistycznego podejścia do pielęgnacji urody. Słowem: półtorej godziny czystej, naturalnej, przyjemności.