Gdyby nie Jerzy Bokiej, nie byłoby już dworu w Policku. Porzucony w latach siedemdziesiątych, rozszabrowany i bezmyślnie dewastowany, rozsypałby się w proch jak setki (jeśli nie tysiące) podobnych obiektów na Pomorzu. Nie byłoby pobliskiej pięknej oficyny i budynków gospodarczych dawnej junkierskiej siedziby rodowej. Nie pojawiłaby się w Policku, ocalona w ostatniej chwili, przeniesiona z Mścic, ponad dwustuletnia chałupa. Powstał na nowo „majątek” otoczony w sumie około 200 hektarami ziemi. Ale potencjał tego miejsca to dużo więcej niż kawałek raju na prywatny użytek. – Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto dysponując zapleczem finansowym dostrzeże w tym wszystkim również szansę dla siebie – podkreśla Jerzy Bokiej.

 

Do dworu w Policku najłatwiej dojechać z Koszalina przez Manowo i Wyszebórz. To kilkanaście kilometrów asfaltowej szosy a potem betonowych płyt, chociaż do leśnej granicy Koszalina jest stąd w linii prostej tylko dwa kilometry, a do ulicy Lubiatowskiej góra trzy. Co z tego, kiedy szlak przez las przypomina trasę rajdu enduro. Podobnie zresztą jak droga do pobliskiego Maszkowa. Ta miała nawet kiedyś status drogi wojewódzkiej, ale została „zdegradowana”. Odpowiada za nią odtąd inna administracja – jednym pociągnięciem długopisu można było zdjąć sobie z głowy kłopot i czuć się zwolnionym z obowiązku zachowania przejezdności w jakim takim stanie.

Szkoda, bo nie tylko dojazd do dworu i wsi Policko byłby wtedy łatwiejszy, ale i istniałaby obwodnica Koszalina, która na wypadek jakiejś katastrofy (choćby dużego wypadku na S11) pozwoliłaby na szybkie dotarcie z lub do Koszalina trasą alternatywną.

 

Dwór, park, wzgórza

Słowa „Policko” albo „Policzko” kojarzą się pewnie części koszalinian ze śródleśnym jeziorem, które jest lokalnym letnim kąpieliskiem. Mało kto wie, że po drugiej stronie jeziora leży niewielka wieś o tej samej nazwie (kiedyś była dworskim osiedlem) i sam dwór. Budynek otoczony starymi drzewami i ogrodzeniem budzi ciekawość. Znajdujące się w takim stanie dawne szlacheckie siedziby są wokół Koszalina rzadkością. Zazwyczaj pozostały po nich – jeśli w ogóle pozostały – ruiny albo tylko kępy drzew. Pewnie stałoby się podobnie z Polickiem, gdyby nie determinacja i ogrom pracy włożonej przez Jerzego Bokieja i jego bliskich.

Dwór widać z drogi. Żeby obejrzeć jego otoczenie, trzeba wejść na posesję. Zobaczymy wtedy pobliską oficynę, wozownię, owczarnie oraz staw. Nieco dalej – pod lasem – stoi wielka chłopska chałupa z muru pruskiego, która przywędrowała tutaj z Mścic.

Wszystko to urokliwe i zadbane. Z pewnością niewielu zdaje sobie sprawę, że prawdziwy krajobrazowy skarb kryje się na otaczającym siedlisko terenie. Trzeba bowiem wyjść poza pas zieleni otaczający zabudowania i pójść w pola. Na pewno złapiemy zadyszkę, bo teren tutaj pofałdowany, typowo polodowcowy. Morenowe i sandrowe pagórki są wyższe niż gdzie indziej i w takiej liczbie, że już po pokonaniu pierwszego większego wzniesienia stają nam przed oczyma Bieszczady. Skojarzenie z Bieszczadami jest nieodparte po pokonaniu kolejnych górek (różnice poziomu sięgają nawet 30-40 metrów). Kiedy dotrzemy na najwyższą z nich, przez Niemców nazywaną Köningsberg (Góra Królewska, bo jest w okolicy najwyższa), staniemy jak wryci. „Widok zapiera dech” – tak zazwyczaj mówimy w podobnych okolicznościach. Tutaj to określenie to za mało. Przy dobrej widzialności, czyli przejrzystym powietrzu bez chmurek i mgieł, mamy widoczność na 20-30 kilometrów. Skibno, bliżej Sianów, a na horyzoncie – jako ciemną linię – drzewa mieleńskiej mierzei. Koszalina nie widać, bo przeszkadza na niego spojrzeć pas pobliskich wysokich drzew. Dzika, pachnąca łąka z pojedynczymi sosnami samosiejkami i kępami żarnowca. Tylko wziąć koc, położyć się i gapić w błękit nieba.

Trudno to miejsce opisać słowami wystarczająco plastycznie, trudno jego urok pokazać również na fotografii.

 

Rozebrana i postawiona od nowa oficyna dworska stała się mieszkaniem córki gospodarzy Cichego Dworu

Rozebrana i postawiona od nowa oficyna dworska
stała się mieszkaniem córki gospodarzy Cichego Dworu

 

Skutki pewnego grzybobrania

Jerzy Bokiej przyznaje: – Trafiłem w to miejsce przypadkiem. Byłem kiedyś z kolegą na grzybach w maszkowskich lasach. Zapuściliśmy się w nie głębiej niż zwykle. Zobaczyliśmy najpierw jakieś przepiękne polanki, a potem otwarty teren. Szedłem przed siebie jak w amoku. Chłonąłem tę przestrzeń i pomyślałem wtedy: ja chcę tutaj spędzić życie. Tutaj na tych wzgórzach. Dopiero później zauważyliśmy zabudowania Policka. Najbrzydszy dom we wsi to był dwór. Ogromny, zaniedbany, bez okien. Zainteresowanie dworem było wtórne, bo bardziej spodobała mi się okolica. Później okazało się, że dwór również ma swoją urodę, tylko trzeba ją na nowo wydobyć.

Wtedy pan Jerzy nie przypuszczał, że dane mu będzie spełnić marzenie. Wraz ze zmianami ustrojowymi 1989 roku upadały Państwowe Gospodarstwa Rolne, ziemia szła w prywatne ręce. O tę w Policku nikt się specjalnie nie bił, bo jest nieurodzajna. Dosłownie laski, piaski i karaski.

– Karasie w stawie, który oczyściłem, były do chwili, kiedy zwiedziała się o nich jakaś wydra – śmieje się Jerzy Bokiej. – Wszystkie z czasem wybrała. Nie próbowałem nawet ponownie zarybiać, bo tylko bym wydrze prezent sprawił. Szkoda sił.

Teren przejął praktycznie w końcówce 1989 roku. W 1991 rozpoczął prace nad restaurowaniem dworu. Rok wcześniej prowizorycznie przysposobił do mieszkania trzy pokoiki, żeby było się gdzie zatrzymać w potrzebie albo przyjąć kogoś z gości.

To był również sygnał dla otoczenia: znowu jest w dworze gospodarz. W tymże 1991 roku odbyła się w polickim dworze pierwsza impreza artystyczna – plener malarski kierowany przez Krystynę Brzeskot (później podobnych wydarzeń łączących teatr z muzyką i sztukami plastycznymi będzie tutaj mnóstwo).

– Na początku wszystko odbywało się w oparciu o te pierwsze trzy pokoiki. Reszta była w zupełnej ruinie. Ludzie, którzy mnie odwiedzali i zachwycali się otoczeniem, przyrodą, byli przerażeni wyglądem dworu. Wtedy przy ognisku powiedziałem do przyjaciół, że mam marzenie, żeby kiedyś we wszystkich oknach zapaliło się światło. Tymczasem to nie były nawet okna, tylko ziejąca po nich pustka. Jeden z kolegów poradził mi, żebym sobie wybił z głowy jakieś remonty, rozebrał ruinę a cegłę sprzedał. Nie posłuchałem i krok po kroku zaczęły się tu zmiany.

Na pierwszy ogień poszły stropy, bo pozarywały się od samej góry. Były drewniane, wszystkie od dachu po piwnice zwalone. Pan Jerzy wspomina: – Kiedyś przywiozłem belki stropowe, też rozbiórkowe, ale w dobrym stanie – długie na 12 metrów, z dobrego, żywicznego drewna. Kiedy przyjechałem następnego dnia, bo wtedy jeszcze tutaj nie mieszkałem, belki były pocięte na kawałki nadające się do łatwego wyniesienia. Trudna, smutna sprawa. Najpierw zaśmiałem się w bezradności, a potem pomyślałem, że jak będę materiały zwozić, to one będą znikać. Ale tak się złożyło, że pewna pani chciała zamieszkać w odludnym miejscu i bardzo jej Policko odpowiadało. A miała cudownego psa, kaukaza, który robił porządek ze wszystkimi amatorami cudzej własności. Od tej pory nikt nie próbował niczego „buchnąć”. Jeden znajomy potem mi powiedział: „Słuchaj stary, w tym Policku ktoś ma oswojonego niedźwiedzia”. Ja oczywiście wiedziałem o jakiego miśka chodziło. Potem już szło jakoś do przodu. Gdzieś w krzakach znalazłem skrzydła okienne. Były już stropy i tak kawałek po kawałku remontowaliśmy tę smętną ruinę.

 

Państwowe, czyli niczyje

Zaraz po wojnie dwór był podzielony na mieszkania. W sposób kompletnie bezmyślny i przypadkowy. Rodziny dostały po dwa pokoiki i trochę miejsca w budynkach gospodarczych. Ale zamysł, żeby przesiedleńcy zaczęli gospodarować, szybko upadł.

– Ludzie w dworze nie chcieli mieszkać – wspomina stary mieszkaniec Policka. – Pewnie dlatego, że wszyscy byli na kupie, nikt się nie czuł jak u siebie. Kto mógł, ten uciekał.

W końcu powstał PGR. Przejął dwór i budynki gospodarcze. Ktoś wymyślił, że trzeba zrobić remont. Wykonano go w sposób urągający wszelkim zasadom budownictwa. Na przykład na środku dużych pomieszczeń postawiono belki podtrzymujące stropy. Na początku dwór służył za biura PGR-u. Z czasem zostały one przeniesione do Wyszeborza i Kłanina.

Kolejne przeznaczenie dworu: wczasowisko dla dzieci z głębi Polski i dorosłych z Łodzi. Tak więc budynek funkcjonował latem, a przez większą część roku stał pusty i nieogrzewany. W końcu, w 1974 roku, budynek został ostatecznie porzucony. Przybywało dziur w dachu, woda lała się na stropy. Zaczęło się niszczycielskie domino. Wszystko zapadło się do środka.

Kilkunastoletni pustostan spowodował, że okoliczni mieszkańcy zamiast szukać drewna na opał w lesie, przychodzili po nie do dworu i wynosili z niego deski, belki, wszystko co się dało.

Jerzy Bokiej opisuje: – Kiedy przejąłem to miejsce, były to właściwie tylko mury. Nawet grzejniki zostały wyrwane. Kuchnia ulokowana w piwnicy, która służyła wczasowiczom, została do cna rozszabrowana.

Nad niektórymi rzeczami aż chciało się zapłakać. Ktoś na przykład tak przebudował klatkę schodową, że nie można było już powrócić do pierwotnego rozwiązania. Ktoś piękne kolumny zamurował w ścianach. Wnętrze straciło charakter dworu. Powstała za to przestrzeń przypadkowo podzielona na klitki. Poczwara a nie dwór.

– To była straszliwa dewastacja dobra kultury materialnej – mówi pan Jerzy. – Później znalazłem jeszcze w jakiejś dokumentacji ślady idiotycznego pomysłu, który na szczęście nie doszedł do skutku. Ktoś wymyślił, by zrzucić dach i zrobić z dworu taki typowy klocek z płaskim dachem. Dziękować Bogu, że tak się nie stało. W zabytkowym parku stałby klocek, który pasowałby w nim jak pięść do nosa.

Jak to wszystko odbudować? Na czym się oprzeć? Niestety, nie było nigdzie planów pierwotnych. Nawet w Pommern Zentrum w Lubece nic na temat dworu się nie zachowało. No może niezupełnie nic, bo na prośbę o plany nadszedł stamtąd list, w którym skrupulatnie wyliczono, jakie wyniki gospodarcze osiągał przed wojną gospodarz Policka. Tak więc wiadomo było, ile hodowano owiec, krów i koni. Ile zbierano żyta, owsa i siana. Ile ryb wyłowiono ze stawów i ile drewna pozyskano na opał zimowy.

Ostatni niemiecki właściciel prowadził gospodarstwo na obszarze 400 hektarów. Nazywał się Carl von Mecke. W 1938 roku wybudował domki dla robotników rolnych, powstały one prawdopodobnie na podstawie dawnych domków folwarcznych, pewnie drewnianych. Dzisiaj ten teren jest w dużej części zalesiony – to część obszaru Maszkowa.

Siedlisko w dzisiejszej postaci powstało w XIX wieku, choć najstarszy budynek – owczarnia – pochodzi z drugiej XVIII wieku. Sam dwór wybudowano w 1858 roku jako siedzibę rodu von Unruchów. Park krajobrazowy o powierzchni 2,7 hektarów, założony łącznie z dworem, przechodzi w las należący do kompleksu Góry Chełmskiej. Pośród 27 gatunków drzewostanu znajduje się w nim aż pięć pomnikowych okazów: buk odmiany purpurowej, dąb bezszypułkowy, jedlica, platan klonolistny i żywotnik olbrzymi; są również robinie i szpaler lip drobnolistnych.

Część należy do nadleśnictwa Manowo, które zaniedbało to miejsce mimo że park jest w ścisłym rejestrze zabytkowych założeń. Leśnicy wycięli tylko suszki, uprzątnęli złamane drzewa i zapomnieli o parku, który wygląda teraz jak część lasu.

 

Żadne zdjęcie i żadne słowa nie są w stanie oddać uroku "bieszczadzkich" wzgórz Policka

Żadne zdjęcie i żadne słowa nie są w stanie oddać uroku „bieszczadzkich” wzgórz Policka

 

Wskazówki profesora

Bokiejowie zamieszkali we dworze w 1994 roku. Część wnętrza nadal była odcięta kotarą, bo dalej trwały prace remontowe. Trudne, bo – jak wspomnieliśmy – bez pierwotnych planów budowli.

Ale wtedy gospodarze poznali profesora Włodzimierza Bronic-Czerechowskiego. To znany architekt i urbanista pracujący na stałe w Londynie. Pokazali mu okolice, a on stał się przyjacielem Policka. To profesor wykonał pierwsze rysunki, a potem projekt koncepcyjny odrestaurowania dworu.

Jerzy Bokiej wspomina: – Na bazie jego pomysłów zrobiliśmy dokumentację techniczną. Dwór nabrał charakteru. Może bardziej był do dwór nawiązujący do tradycji polskich, a nie pruskich, lecz na pewno nie był to już zrujnowany, pusty gmach. Żal, że nie dało się odtworzyć oryginalnej klatki schodowej. Wnuk Carla von Mecke, który nas kiedyś odwiedził, pamiętał ją. Niestety, żeby wrócić do tamtego stanu, trzeba by było przebudować z połowę dworu. Niektóre powojenne nieprzemyślane modyfikacje poczyniły nieodwracalne szkody. Śladem tamtej klatki schodowej zostało tylko nadproże, które odsłonięte pozostawiliśmy i dzisiaj te gołe cegły wskazują jej miejsce.

To, co się dało, państwo Bokiejowie odtworzyli z największą starannością, zresztą pod okiem konserwatora zabytków. – Czasami ludzie mówią, że nie warto brać w swe ręce zabytkowych obiektów, bo konserwatorzy utrudniają życie. To bzdura. Wszystko co mówi konserwator z czegoś wynika i dobrze służy obiektowi. W tym dworze dużo jest z nas samych, z naszej wrażliwości. Mebli oryginalnych nie było wcale. Kupowaliśmy rozmaite sprzęty gdzie się dało. Czasami było to ratowanie jakichś elementów dosłownie z gnojówki. Tak było na przykład z zabytkowym stołem, w którym musieliśmy odtworzyć nogi, ale reszta w postaci blatów, które dzięki zmyślnemu mechanizmowi można było rozsuwać tworząc dużą powierzchnię, była w dobrym stanie.

O ile konstrukcja dworu nadawała się do remontu, oficyna była tak zniszczona, że trzeba ją było ją rozebrać do cna i postawić od nowa, w dawnym kształcie. Tutaj również pomagał profesor Bronic- Czerechowski. Dzięki jego podpowiedzi szczyt oficyny wychodzący na staw jest jedną wielką taflą szkła dzięki, czemu stworzone w oficynie mieszkanie jest doskonale doświetlone.

 

 

 

 

Na dokładkę zabytkowy Gasthof

Jak by było mało kłopotów z tym, co w Policku, Jerzy Bokiej wziął sobie na głowę jeszcze jeden: – Mijałem tę chałupę stojącą na rozstaju dróg w Mścicach wiele razy. Coraz bardziej chyliła się ku upadkowi. W końcu zapadła decyzja, że zostanie rozebrana. Coś takiego miało pójść w niwecz? Postanowiłem, że ją uratuję i przeniosę na swój teren.

Najpierw belka po belce starannie została rozebrana, a później tak samo uważnie złożona nad mniejszym z polickich stawów. Jasne było, że na przykład okna nie nadawały się do niczego. Zostały wymienione na współczesne. Nie byle jakie, bo wykonane na zamówienie przez rzemieślnika a nie w fabryce.

Składanie wielkie chałupy z XVIII wieku, która przez lata pełniła funkcję gościńca (niem. Gasthof) trwało kilka razy dłużej niż jej rozbieranie. Technologia zachowana została z dokładnością prawie stuprocentową. – Niektóre belki zmurszały i trzeba było je wymienić – tłumaczy pan Jerzy. – Czasami w ich miejsce ściągałem również stare rozbiórkowe elementy z innych miejsc, a czasami szły nowe. Wszystko jednak było łączone tradycyjną metodą, bez gwoździ a jedynie z wykorzystaniem drewnianych dybli. Podobnie z glinianymi ścianami. Najpierw kawałki drewna owinięte słomą, na to kolejne warstwy gliny, na wierzch zaprawa gliniana z mąką żytnią.

Tak jak we dworze, wyposażenie w większości pochodzi z targów staroci i giełd. W efekcie chałupa jest pełna starych mebli, może niejednorodnych w stylu, ale zawsze z charakterem. Nieliczne z nich są rekonstrukcjami albo stylizacjami. Ale nawet w nich zachowane zostały cechy kultury jamneńskiej, oryginalnego zjawiska które wytworzyło się w odizolowanych od świata przez większą część roku wsiach nad jeziorem Jamno – głównie w Jamnie i Łabuszu (nazwy Jamund i Labus – mimo wieków niemieckiego panowania na Pomorzu, zachowały ślady słowiańskiego pochodzenia).

 

Nowy etap

Państwo Bokiejowie dokonali wielkiej rzeczy. Ale czują niedosyt, bo wiedzą, że Cichy Dwór jak nazwali swoje agroturystyczne gospodarstwo, nie wyczerpuje możliwości tego miejsca.

A potencjał jest potężny. Podziela taki pogląd również profesor Bronic-Czerechowski. Spod jego ręki pochodzi szkic koncepcji zagospodarowania całości tego obszaru. Być może stanie się on kiedyś punktem wyjścia do dalszego zagospodarowania Policka, tak jak rysunki profesora były podstawą do odtworzenia dworu i oficyny. Znajdujemy w szkicu duży pensjonat lub hotel z funkcją sanatoryjną. Pod lasem może powstać osiedle domów pod roboczą nazwą „Wieś Pomorska”. Jerzy Bokiej tłumaczy: – To część naszego obszaru podzielona na 32 działki budowlane, niektóre nawet dwuhektarowe. Byłoby cudownie, gdyby eleganckie domy nawiązywały architektonicznie do dawnego budownictwa pomorskiego choćby na zasadzie cytatu. Coraz mniej pozostało świadectw, oryginalnych pomników kultury materialnej tych ziem, a warto pamiętać, że ten styl pomorski kształtował się przez setki lat na podglebiu słowiańskim z elementami przywiezionymi przez osadników pochodzących z Holandii i Niemiec. Powstało coś oryginalnego i niepowtarzalnego, co niestety wskutek wojny i jej konsekwencji niestety się zaciera.

Teren, gdzie miałoby powstać osiedle, to blisko 12 hektarów, otoczone lasem z piękną ekspozycją i nasłonecznieniem. Można sobie wyobrazić, że przy zaangażowaniu jakiegoś dewelopera można by tu stworzyć enklawę budownictwa mieszkaniowego o wyjątkowym charakterze. Na dodatek gdyby naprawić istniejące kiedyś drogi, leśne osiedle funkcjonowałoby de facto na obrzeżu Koszalina w odległości podobnej jak na przykład Stare Bielice.

Reszta terenu, przeznaczona na cele rekreacyjne, mogłaby przyjąć funkcję profesjonalnego, 18-dołkowego pola golfowego. Byłby to olbrzymi wydatek, bo szacuje się, że koszt dla jednego dołka to nawet 300 tysięcy euro. – Były już nawet wstępne rozmowy na ten temat, ale nie doprowadziły do ostatecznych decyzji – mówi pan Jerzy.

Władze województwa zastanawiały się nad stworzeniem sieci pól golfowych jako turystycznej atrakcji regionu, dlatego już w 2003 roku zleciły opracowanie odpowiedniej analizy. – Także nas odwiedzali eksperci i w ich opinii nasz teren do tego nadaje się idealnie. Aż czuję się nieswojo, powtarzając słowa jednego z nich, który stwierdził, że w Polsce nie spotkał tak idealnego do tego celu terenu – podkreśla Jerzy Bokiej.

Rzeczywiście, teren jest bardzo rozległy, z kępami drzew, naturalnymi oczkami wodnymi, a przede wszystkim z pofałdowaniem jak marzenie golfisty. Wspomniany plan tworzenia sieci pól golfowych na Pomorzu trafił jednak do szuflady – golf to nadal w Polsce elitarny. Jeśli jednak wziąć pod uwagę doświadczenia Europy Zachodniej, liczba graczy może szybko wzrosnąć… o ile zwiększy się dostępność pól do gry.

Ciekawe pod tym względem są doświadczenia Algarve, najpopularniejszego regionu turystycznego Portugalii. Na odcinku 70 kilometrów działa tam 30 pól golfowych. Choć to drugi, po Islandii, najbardziej nasycony infrastrukturą golfową obszar na świecie, żeby tam zagrać, trzeba zapisać się na listę oczekujących. W Holandii jest jeszcze tłoczniej – na jeden klub przypada 1800 graczy w sezonie (w Polsce – zaledwie 200 osób, pięć razy mniej niż w Hiszpanii czy Skandynawii). Dlatego golfiści z zagranicy chętnie przyjeżdżają do nas na turnieje i grę rekreacyjną. I robiliby to częściej, gdyby w Polsce było więcej pól z funkcjonującą obok profesjonalną bazą noclegową.

Jerzy Bokiej kwituje: – Starania, by Policko stało się czymś więcej niż tylko kawałkiem naszego raju, nie znajdują zrozumienia u administracji. W starostwie spotkaliśmy się nawet z oskarżeniem o prywatę. Na miłość boską, to co zrobiliśmy, nie służy wyłącznie nam! To jest zachowanie pewnej wartościowej substancji, uratowanie od zniweczenia świadectw przeszłości, zabytków kultury materialnej, których na tym terenie nie mamy w nadmiarze. Wysiłki i wydatki poniesione w związku z ratowaniem chałupy z Mścic nigdy, w żaden sposób nie zwrócą nam się w sensie finansowym i biznesowym. Ale nigdy nie wybaczyłbym sobie, gdybym tego nie zrobił. Dla mnie to jest to po prostu wewnętrzny nakaz, zupełnie naturalny. Nie ukrywam, że jest mi przykro, kiedy widzę, że nie wszyscy to rozumieją, a zwłaszcza urzędnicy, którzy (wydawać by się mogło) powinni być zadowoleni, że ktoś ich w jakiś sposób wyręcza. Mam więc nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto dysponując zapleczem finansowym dostrzeże w tym, co da się tu zrobić, szansę dla siebie. Chętnie z kimś takim połączymy siły.