Bieżący rok Sejm przez aklamację ustanowił Rokiem Pamięci Powstania Wielkopolskiego. To dobra okoliczność, by podążyć za losem, który trzykroć rzucił Wielkopolan do Koszalina.

Powstanie wielkopolskie sprzed 100 lat nie było pierwszym. W roku 1806 wszystko działo się szybko. Po rozgromieniu Prusaków 14 X w podwójnej bitwie pod Jeną-Auerstedt Napoleon 27 X tryumfalnie wkroczył do Berlina. Kolejno poddawały się pruskie twierdze, a osobliwie Szczecin: pod miasto podeszły o zmroku ledwie dwa pułki w sile 500 huzarów wobec dział i kilku tysięcy obrońców, lecz sławny fantazją gen. Lasalle kazał rozpalić setki ognisk na znak siły oblężenia, po czym zażądał poddania twierdzy – 1 XI załoga złożyła broń. Poznań pruscy żołnierze opuścili 2 XI na samą wieść o Francuzach. Ci przybyli 3 XI, a 6 XI gen. – Jan Henryk Dąbrowski i Józef Wybicki z cesarską misją tworzenia polskiego wojska. 7 XI uznaje się za początek powstania – wydano odezwę cytując cesarza: „Obaczę, ieżeli Polacy godni są bydź Narodem”. Powstańcy opanowali Kalisz, Konin, 10 XI Gniezno. Ogłoszono też mobilizację i pospolite ruszenie, oddziały powstańcze przekształcono w regularną armię. Wielkopolanie ci niebawem wejdą na Pomorze.

 

Niepokorny koszalinianin Braun

Napoleon szedł do Wisły, tymczasem na jego tyłach – w Kołobrzegu – trwał opór. Zbierali się tu rozbitkowie z innych bitew i ozdrowieńcy, m.in. Ferdinand von Schill. Zgromadził ochotników i prowadził kąsającą wojnę podjazdową. Służący w jego oddziałach junkrzy byli ostoją patriotyzmu prusko-pomorskiego. Schill zapuszczał się pod Szczecin, Wałcz i Lębork. W Koszalinie był kilka razy. Psuł francuską komunikację, ale i przywoływał do porządku zdrajców, którzy zdążyli przysiąc wierność cesarzowi Francuzów, ten bowiem na zajętych terenach zostawiał dotychczasowych urzędników, tylko żądał lojalności.

Jeden odmówił: koszaliński referendarz sądowy Ernst August Braun, naturalnie zwolniono go. W 1813 zaciągnie się do pruskiej armii, a w 1816 zostanie burmistrzem i będzie nim 43 lata, najdłużej ze wszystkich gospodarzy Koszalina. W tym czasie miasto zyska pierwsze 24 latarnie, drogi do Rokosowa, Sianowa, Bobolic i Mielna oraz status stolicy rejencji – Braun nakaże budowę jej siedziby przy dzisiejszej ul. Słowackiego (policja). Spocznie w 1859 na cmentarzu przy obecnej ul. Kościuszki, splantowanym 100 lat potem.

 

Pierwszy koszaliński Mazurek

Napoleon w końcu dostrzegł pomorskie zagrożenie, tym bardziej, że Kołobrzeg i Gdańsk mogły morzem przyjąć pomoc angielską. Wysłał korpus z oddziałem gen. Michała Sokolnickiego (dowódca i żołnierze z Wielkopolski), który m.in. zdobył Słupsk. Jednak Sokolnickiego odwołano do oblężenia Gdańska (7 III-27 V 1807). Koszalin zajęły w marcu wielonarodowe oddziały Włocha Pietro Teuliégo, które ponadto obległy Kołobrzeg. Tyle że słabymi siłami. Dopiero gdy wzięcie Gdańska było pewne, w kwietniu odesłano stamtąd pod Kolberg 1. pułk piechoty księcia Antoniego Pawła Sułkowskiego (dowódca i żołnierze z Wielkopolski). Pierwszy rzut w Sianowie skręcił ku Bałtykowi, by przez Unieście dotrzeć do Kołobrzegu; drugi rzut z dowódcą wszedł do okupowanego przez Francuzów Koszalina Bramą Młyńską koło dzisiejszego muzeum. – A ponieważ szła orkiestra, postawiłbym pewną luźną tezę – mówi historyk Tomasz Katafiasz. – Co mogli grać żołnierze pułku z dywizji Dąbrowskiego, żeby w obcym mieście dodać sobie animuszu? Marsylianki pewnie nie znali. Stawiam więc tezę, że było to koszalińskie prawykonanie Mazurka Dąbrowskiego, 19 IV 1807.

 

3 Maja pod Kolbergiem

Trwało wielonarodowe oblężenie Kołobrzegu. Dla obrońców także Polacy byli najeźdźcami. 3 V 1807 pod twierdzą nasi żołnierze świętowali rocznicę konstytucji. – Żołnierze polscy! Pod Kolbergiem obozujemy. Od czasów Chrobrego nasz regiment na łonie województw gnieźnieńskiego i poznańskiego utworzony, pierwszy chorągwie wojskowe polskie na Pomorzu rozwija – głosił w kazaniu ks. kapelan Ignacy Przybylski. Zdaniem dr. Katafiasza słowa te wskazują na świadomość oblegających, iż kiedyś ta część Pomorza była polska, i na nadzieję, że będzie.

 

 

Bohaterskie miasto

W maju 1807 roku skapitulował Gdańsk. Bonaparte zniecierpliwiony przewlekłą walką o kołobrzeską enklawę, udzielił rad i wysłał posiłki. Wobec przewagi oblegających, strat oblężonych i pożarów szturm generalny zapewne by się powiódł. Jednak 2 lipca dotarł kurier z wieścią o zawieszeniu broni w związku z układami w sprawie Prus między władcami Francji i Rosji – na barce pośrodku granicznego Niemna w Tylży. Pomorskie miasto przeszło do legendy jako niezdobyta Festung Kolberg, czego w 1945 roku nie omieszka wykorzystać minister Goebbels zlecając ostatni fabularny film III Rzeszy pt. „Kolberg”.

 

Kołobrzeg centrum kontrabandy

W Tylży Napoleon wymusił dołączenie Rosji i Prus do handlowej blokady Anglii, co objęło też porty, m.in. w Darłowie i Kołobrzegu. Jednak kwitł przemyt. Towar docierał na statkach brytyjskich pod fałszywą banderą neutralnych USA lub zawczasu przekładano go na barki pruskich handlarzy. Gdy go „wykrywano”, zamiast niego palono na pokaz skrzynie z trocinami, a szmugiel wędrował w głąb Prus. Niektórzy kołobrzeżanie się wzbogacili: kupiec Plüdemann jako wiano dla córki Almy, która wyszła za armatora Braunschweiga, zbudował pałac przy ul. Ujście (dziś Armii Krajowej). Pałac Braunschweigów znany pod spolszczoną nazwą Brunszwickich jest teraz siedzibą Muzeum Oręża Polskiego.

Pistolet kawaleryjski z manufaktury w Saint-Étienne, model AN XIII, wytwarzany w latach 1804-05. Muzeum Regionalne w Szczecinku.

Pistolet kawaleryjski z manufaktury w Saint-Étienne, model AN XIII, wytwarzany w latach 1804-05. Muzeum Regionalne w Szczecinku.

Orły złote i srebrne

„W blaskach i cieniach napoleońskich orłów. Prusy – Pomorze – Polska 1807”. Taką rocznicową wystawą dr Katafiasz uczcił w ub. roku w Muzeum w Koszalinie fakty sprzed 210 lat. Eksponaty sprowadził z muzeów, archiwów i kolekcji prywatnych na Pomorzu, w Wielkopolsce i Warszawie. Szczególną ozdobą były żołnierzyki roboty kołobrzeskiego nauczyciela historii Ireneusza Piecyka – ośmiu narodowości, które wystąpiły w walkach na Pomorzu. Obok tak złożony kirys: napierśnik z Człuchowa, naplecznik z Piły, buty i pałasz ze Szczecinka. Dyrektor Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie oddał na koszalińską wystawę popiersie cesarza ze swojego gabinetu. I czapki rekonstrukcji Jacka Jaworskiego, który robił wojskowe stroje do filmu Andrzej Wajdy „Pan Tadeusz”. Prawie nie ma oryginalnych czapek i mundurów, ponieważ weterani kazali się w nich chować.

 

Buty szeregowca Marciniaka

Przykładem odmiennej bytności Wielkopolan na Pomorzu jest dziadek dr. Katafiasza Ludwik Marciniak. Jako pruski poddany służył przymusowo w latach 1905-07 w 11 kompanii III (fizylierskiego) batalionu 7. Pomorskiego Pułku Piechoty „von der Goltz” Nr 54. Batalion III stacjonował w Koszalinie (I i II w Kołobrzegu). – Jest taka opowieść rodzinna o wojskowych butach dziadka – opowiada dr Katafiasz. – W koszalińskiej jednostce rekruci pobierali sorty ze stert jak leżało: gacie, spodnie… Przy próbujących mierzyć buty kapral pytał: „Pass gut?”. Po odpowiedzi negatywnej walił lagą przez plecy, więc brali jak leci i wymieniali się w salach koszarowych. Ludwik wytrzymał razy tak długo, aż dobrał rozmiar już w magazynie. Był twardzielem, co pokazuje też inny incydent: gdy po służbie zarządzał niemieckim majątkiem, zobaczył, że właściciel niemal zajeździł konia. Podbiegł, wyrwał szpicrutę i smagnął jeźdźca. Wypowiedziano mu, lecz z opinią najwyższej próby.

W armii niemieckiej w niedziele wyjście do kościoła pododdziałami było obowiązkowe. Ewangelicy szli do swojego, katolicy do swojego itd. Katolik Ludwik chodził do św. Józefa opodal katedry, zbudowanego w XIX w. m.in. z myślą o Polakach w armii pruskiej. Pamiątkami z tego okresu są dwa zdjęcia wizytowe Ludwika, wykonane w koszalińskim zakładzie Emila Ziemera w Rynku. Na odwrocie jednego jest napis małego Tomka Katafiasza: dziadek mój to jest. Już będąc historykiem dopisał nazwę pułku. Zwracają uwagę białe rękawiczki i czarne półbuty – elegancki strój jak na szeregowca.

W pomorskich oddziałach Wielkopolanie stanowili większość. Wynikało to z niemieckich podziałów administracji wojskowej: rejencja bydgoska prowincji poznańskiej (z Gnieznem) należała do korpusu armijnego w Szczecinie, dlatego rekruci z gnieźnieńskiej części Wielkopolski służyli w Koszalinie czy Kołobrzegu, a ci stąd – na terenie wspomnianej części Poznańskiego.

Polska szabla z początku XIX w. Możliwe, że tego egzemplarza użyto w walkach na Pomorzu. Zbiory Muzeum Narodowego w Szczecinie.

Polska szabla z początku XIX w. Możliwe, że tego egzemplarza użyto w walkach na Pomorzu. Zbiory Muzeum Narodowego w Szczecinie.

Wieszaki Pestachowskiego

Do I wojny światowej na Pomorzu osiedlała się wielkopolska inteligencja – w Wielkopolsce Niemcy niechętnie zatrudniali w sądownictwie, szkolnictwie czy administracji wykształconych Polaków, bo groziło to wzmocnieniem żywiołu polskiego. Na Pomorzu nie obawiano się, gdyż uważano, że jest wystarczająco niemieckie. Przybywali też kupcy. W XIX w. osiedlił się w Koszalinie polski Żyd z Gniezna nazwiskiem Pestachowski. Miał sklepy z odzieżą, do której dodawał wieszaki ze swym nazwiskiem, z czasem wszakże pisanym przez „y” na końcu. Muzeum i koszalińscy kolekcjonerzy mają wieszaki z nazwiskiem Wielkopolanina.

 

Skauci z 1918 roku

Powstańcy wielkopolscy z 1918/1919 mieli z Pomorzem związek nietypowy. Po opanowaniu w Poznaniu stacji telegraficznej obsada polska składała się głównie ze skautów – przemyślnych chłopaków znających niemiecki. Pruska łączność nie była przerwana, więc przechwytywali część korespondencji, np. między wciąż zajętym przez Niemców Lesznem a Berlinem. Gdy okazało się, że w ważnej dla Prusaków twierdzy kołobrzeskiej też pełnią służbę Polacy (zapewne jeszcze nie zdołali zdezerterować, bo na Pomorzu nie było to łatwe), skauci zaczęli wymieniać z nimi informacje o wrogu.

 

Koszalińska kompania

W przeciwieństwie np. do Słupska Koszalin ma ulicę Gnieźnieńską. – Po 1945 roku w celu zasiedlenia tych ziem władze centralne organizowały przenosiny; dla Koszalina m.in. wybrano okręg Gniezna – tłumaczy dr Katafiasz. Pierwszy transport 500 gnieźnian dotarł nad Dzierżęcinkę w maju 1945 roku. Jak zauważa dr Wojciech Grobelski, emerytowany żołnierz, historyk i regionalista, nie można wykluczyć, iż część znała miasto… z pruskiej służby przed I wojną. Zarazem badacz tych dziejów, nieżyjący już Józef Maciej Sprutta wśród Wielkopolan przybyłych tu w różnych latach po II wojnie doliczył się aż 57 uczestników powstania. – Trzymali się razem, w związku powstańców i ZBoWiD-zie. Na uroczystościach występowali jako zwarta grupa i się wyróżniali – wspomina dr Grobelski. – Mieli szarostalowe mundury i miękkie rogatywki. Tylko jeden był zielony, a rogatywkę miał z niebieskim otokiem. Ten był śląski. Ale przedtem mógł być wielkopolskim.

Ostatni „koszaliński” powstaniec – ppor. Józef Mansfeld – zmarł 9 IV 1991 r. w wieku lat 91. Do powstania poszedł jako 18-latek. Po postrzale uznano go za zabitego i umieszczono w kostnicy, skąd odzyskawszy nocą przytomność, wrócił do powstania; drugą ranę dostał od bolszewików służąc pod rozkazami gen. Hallera. W Koszalinie osiadł w 1979, żeby być bliżej przybranej córki – nomen omen przy Powstańców Wielkopolskich. Dr Grobelski tych 57 nazywa koszalińską kompanią strzelecką. To m.in. jego staraniem za zgodą rodzin na nagrobkach umieszczono porcelitowe owale odznak wojsk wielkopolskich ze Szczerbcem do połowy wysuniętym na znak gotowości.

Mają też powstańcy od 2010 mały cmentarny obelisk z ręki Zygmunta Wujka, także Wielkopolanina. Gdy odsłaniano pamiątkę, znano nazwiska 30 powstańców. Tych i pozostałych 27 – jak to ładnie ujął dr Grobelski – wydobył z ziemi dla pamięci pan Sprutta. Niewiele rzeczy po nich zostało. Podczas uroczystości w 2014 córka ppor. Franciszka Gabrysiaka, koszalinianina w latach 1945-87, ofiarowała Stowarzyszeniu Przyjaciół Koszalina jego mundur z odznaczeniami, obecnie w zbiorach muzeum.

 

 

„Czuwaj, Wiara!”

Koszalin to po Poznaniu drugi ośrodek pod względem rozległości studiów nad powstaniem, m.in. za sprawą prof. dr. hab. Bogusława Polaka, który z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu przeniósł się na Wydział Humanistyczny Politechniki Koszalińskiej i jest autorem m.in. monografii „Powstanie Wielkopolskie 1918/1919”.

Ale jest też pamięć bardziej… żywiołowa. Grupą młodszego pokolenia pamiętającą o powstańcach jest Wiara Lecha z Ustronia Morskiego (Wiara działa w całej Polsce i na co dzień kibicuje Lechowi Poznań, a do Ustronia zjeżdża na letnie spotkania). W Ustroniu jest ich kilkudziesięciu, większość to z pochodzenia Wielkopolanie, w tym potomkowie powstańców. – Pradziadek Władysław Socha i stryj dziadka byli w powstaniu – mówi mieszkający w Kołobrzegu Sebastian Karczewski z Wiary Lecha. Co rok 27 XII, w rocznicę powstania, przyjeżdżają do Koszalina zapalić lampki na mogiłach powstańców, a potem na capstrzyk przy obelisku. – Wizerunek kibiców się zmienia – tłumaczy Sebastian. – Łączymy wsparcie klubu z patriotyzmem wielkopolskim i narodowym. To powstanie jest trochę zapomniane, chociaż zwycięskie.

 


 

Dr Tomasz Katafiasz – do niedawna kierownik działu Muzeum w Koszalinie, obecnie w Akademii Pomorskiej w Słupsku. Prezes słupskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego i założyciel w 2015 koła w Koszalinie. Redaktor i współautor książki „Na tułaczym szlaku” o powstańcach listopadowych. Przez Towarzystwo Pamięci Powstania Wielkopolskiego 1918/1919 uhonorowany nagrodą Dobosz Powstania Wielkopolskiego (wśród 96 laureatów są profesorowie Bogusław i Michał Polakowie, współscenarzysta „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy” Stefan Bratkowski i twórca historycznych programów TV Bogusław Wołoszański). Dr Wojciech Grobelski, ppłk Straży Granicznej w st. sp., adiunkt w Muzeum Obrony Przeciwlotniczej, wiceprezes Stowarzyszenia Przyjaciół Koszalina. Autor m.in. „Historii garnizonu w Koszalinie”. Prowadzi uroczystości w rocznice powstania wielkopolskiego.