Rozpoczynamy cykl, w którym będziemy prezentować literackie rekomendacje według bardzo subiektywnego klucza. Dlatego nie zawsze będą to nowości, ale zawsze – teksty warte czasu i uwagi. Oto pierwsze propozycje naszego felietonisty Tomasza Ogonowskiego.

 

Mistrz i MałgorzataBułgakow, a nie Bułhakow

W tłumaczeniu Krzysztofa Tura, który poświęcił spory kawał życia pracy nad „Mistrzem i Małgorzatą” wszystko jest inne. Odważna, ale i logiczna decyzja o przywróceniu rosyjskiej wersji nazwiska Bułgakow rosyjskiemu przecież pisarzowi. To wbrew czytelniczemu przyzwyczajeniu Polaków, którzy z bliżej nieznanych powodów karmieni byli jako jedyni na świecie ukrainizowaną wersją: Bułhakow (nawet słownik w Wordzie uparcie poprawia mi „g” na „h” kiedy piszę tę recenzję). Inne jest też już pierwsze zdanie książki (magia pierwszych zdań wielkich powieści to zresztą temat na osobną książkę). Pierwsze zdanie w kanonicznym tłumaczeniu brzmiało tak: „Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwóch obywateli.” Tymczasem ten sam początek u Tura brzmi: „W porze upalnego wiosennego zachodu na Patriarszych Stawach pojawiło się dwóch obywateli”. W pierwszej chwili aż się zatrząsłem. Jak to? A gdzie „Patriarsze Prudy”? Ale po chwili zobaczyłem przy słowie „zachodu” odnośnik do przypisu na końcu książki. I tam dopiero odkryłem bogactwo pracy Krzysztofa Tura, który wyjaśnia skąd takie tłumaczenie, jakie są konotacje czasu powieści z ewangelicznym Wielkim Tygodniem i co z tego wynika, itd. To właśnie te niezwykle erudycyjne przypisy (a jest ich aż 75) stanowią o wielkości nowego tłumaczenia, także semantycznie odmiennego od poprzednich. Czytelnik zaczyna dotykać głębi myśli Bułgakowa (który pracował nad swoim dziełem dwanaście lat), a zapewniam Państwa, że jest to podróż niezwykła. Kolejnym elementem godnym podkreślenia są odniesienia do fragmentów, które sam Bułgakow wyrzucił z pierwotnych wersji przewidując ich usunięcie przez sowiecką cenzurę. Te akapity zostały zachowane jedynie w brulionach pisarza. Teraz mamy okazję się z nimi zapoznać, co jest kolejną niebywałą przygodą czytelniczą. Jednym słowem, dostajemy do ręki przekład wyjątkowy. To lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników „Mistrza i Małgorzaty”, a także tych, którzy dopiero zaczną swoją przygodę z arcydziełem Bułgakowa.

Michał Bułgakow: „Mistrz i Małgorzata” (nowe tłumaczenie), Wydawnictwo „Fundacja Sąsiedzi”

 

James Brown

James Brown, konglomerat sprzeczności

Podczas lektury tej książki dojmujące jest jedno odczucie: McBride wie o czym pisze. To dziennikarz i wykładowca na Uniwersytecie Nowojorskim, ale także bardzo dobry saksofonista jazzowy. A przede wszystkim Afroamerykanin, tak jak bohater jego biografii. I to wychowany w slumsach w pobliżu posiadłości Jamesa Browna, będącego wtedy u szczytu sławy. Jest to więc książka bardzo osobista, nasycona odnośnikami do własnej muzycznej biografii i znajomości realiów „czarnego południa”, skąd pochodził James Brown – prosty chłopak z prowincji, któremu udało się odmienić bieg historii muzyki. Tak jak większość geniuszy Brown był konglomeratem sprzeczności. Autor największych hitów, który nie znał nut i – jak opisuje to McBride – pisał piosenki mówiąc swoim muzykom: „Idzie to tak… i dośpiewywał: la, la, la”. Człowiek, którego majątek wycenia się na ponad 100 milionów dolarów, a który nigdy nie oddał ani jednego centa do banku, bo po prostu nie ufał bankom. Chował pieniądze w butach, pudłach, specjalnych pokojach – sejfach, które kazał budować w swoich posiadłościach. Tą paranoję świetnie opisuje McBride: „Któregoś dnia ktoś go zapytał: <<Panie Brown, gdzie mamy szukać pieniędzy, jeżeli kiedyś coś się panu stanie?>> Brown siedział przy biurku. Miał przed sobą notatnik. Nabazgrał jedno słowo i przekręcił notes, by można było zobaczyć co napisał. Słowo brzmiało: >>Kopcie>>”. Wreszcie człowiek, który rozdawał pieniądze potrzebującym, a jednocześnie okrutnik nakładający kary finansowe na swoich muzyków, który zbudował całą siatkę płatnych szpiegów donoszących mu, czy ktoś z jego otoczenia źle się o nim nie wyraża. Furiat, który bił swoje żony, a jednocześnie adoptował szóstkę ich dzieci. Ale przede wszystkim geniusz muzyczny i sceniczny. Jest w książce McBride’a sporo żalu do Ameryki, dla której liczą się tylko pieniądze, a artysta – bez względu na skalę talentu – jest tylko maszynką do ich pomnażania. Bo „Załatw publikę i spadaj” to nie tylko biografia, którą czyta się z wypiekami na twarzy. To także bardzo dobry reportaż o Stanach Zjednoczonych.

James McBride: „Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul”, Wydawnictwo „Czarne”

 

 

APACZE 3Karol May zmyślał, ale tylko trochę

We wczesnym dzieciństwie zaczytywałem się w powieściach przygodowych o Dzikim Zachodzie autorstwa Karola Maya, Niemca który zawitał do Stanów Zjednoczonych dopiero w 15 lat po opublikowaniu swojej pierwszej powieści o szlachetnym wodzu Apaczów pt. „Winnetou, der Rote Gentleman” (pol. „Winnetou, czerwonoskóry dżentelmen”). Już sam tytuł tego grafomańskiego dzieła wskazuje, w jaki sposób May przedstawiał Apaczów. Winnetou był piękny, szlachetny, szaleńczo odważny. Mało jadł i chyba w ogóle nie spał, bo cały czas czuwał nad bezpieczeństwem swoich białych braci. A czuwał jak nikt! I tak dalej, i tak dalej… Do książki Sweeney’a zabrałem się więc z ogromnym apetytem na prawdę o Apaczach. Ta ostatnia okazała się jednak bardzo zaskakująca. Po pierwsze tytuł „Apacze” jest nieco mylący: książka jest tak naprawdę historią ich najsłynniejszego wodza Cochise’a i ludu Chiricahua (grupa Apaczów Zachodnich), do którego przynależał. Po drugie… Cochise okazał się być bardzo podobny do wymyślonego przez Maya Winnetou. Jak pisze Sweeney: „(…) był postacią złożoną, ujmującą, o wyostrzonej inteligencji, wspaniałym wyglądzie i nieprzeciętnych zdolnościach”. Po lekturze „Apaczów” muszę publicznie oddać jedno Karolowi Mayowi: był grafomanem, ale dobrze przygotowanym. I chociaż historia Cochise’a pełna jest nieobecnej u Maya brutalności (na przykład jego własna żona w przypływie ataku szału pogryzła mu ręce do kości), to nie należy zapominać, że prawdziwy wódz Apaczów żył w czasach krwawych wojen i bezlitosnej eksterminacji Indian. To, że Sweeney’owi udało się doskonale połączyć te westernowe wątki biografii Cochise’a z rzetelnym, naukowym podejściem historyka powoduje, iż „Apaczy” czyta się jednym tchem. Minusem książki są natomiast ilustracje: szesnaście zdjęć pustej prerii, jakichś wzgórz i kanionów, w których brak choćby cienia dynamiki, wręcz odstręcza od lektury. Na szczęście to tylko zbędny dodatek, najwyraźniej nieprzemyślany przez amerykańskiego wydawcę.

Edwin Sweeney: „Apacze”, Państwowy Instytut Wydawniczy

1200px-Rüdiger_Safranski_Frankfurter_Buchmesse_2015

Czas budzi grozę

Temat arcytrudny, na którym połamał sobie zęby niejeden filozof. Przykładem niech będzie Martin Heidegger, którego słynne „Bycie i czas” (niem. Sein und Zeit) zdaje się być dzisiaj, po niemal stu latach od wydania, jeno metafizycznym bełkotem. Z czasem jest bowiem dokładnie tak, jak napisał św. Augustyn w swoich „Wyznaniach”: „Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem”. Wydaje się jednak, że Safranski znalazł sposób na pisanie o tym zjawisku w sposób bezpieczny, a jednocześnie niezwykle zajmujący. Jego nasycony ogromną erudycją wykład na temat czasu to przegląd idei stworzonych przez ludzkość, przetykany ciekawostkami i własnymi przemyśleniami. Fenomen przemijania jest tu przedstawiany na dziesięć różnych sposobów, od „czasu nudy” poprzez „czas uspołeczniony” aż do „gier z czasem”. Przyjrzyjmy się na przykład nudzie. Safranski stawia tezę, że nie ma czasu pozbawionego zdarzeń, zawsze coś się dzieje. Natomiast stan nudy jest tym momentem, w którym spotykamy się nie ze zdarzeniami, tylko z samym upływem czasu. Z czasem jako takim. Albo ze zdarzeniami, których nie zauważamy, na przykład dlatego, że stały się czynnościami rutynowymi. To przerażające i bardzo niebezpieczne momenty. Jak pisał Goethe w swoich pamiętnikach: „Opowiadają o pewnym Angliku, że powiesił się, żeby nie być zmuszonym ubierać się i rozbierać codziennie”. Grozę budzi także zetknięcie śmiertelnego człowieka z bezgranicznym czasem wszechświata. Czas staje się wtedy jakimś rodzajem wiecznie głodnego potwora. Nic dziwnego więc, że w tradycji greckiej bóg Kronos, który pożarł swoje dzieci był często mieszany z Chronosem, bogiem czasu.. Ale czas może mieć także inne, bardziej społeczne funkcje. Na przykład być wykładnią oszalałej dyktatury, która chce zagarnąć władzę nad każdym aspektem życia człowieka. Najbardziej jaskrawy przykład takiego zachowania dali Niemcy, którzy w 1940 roku, po militarnym zajęciu Holandii narzucili jej obywatelom przesunięty o godzinę i czterdzieści minut czas niemiecki.

Rüdiger Safranski: „Czas. Co czyni z nami i co my czynimy z niego”, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”