Zaczyna się jak na mitingu AA. Anonimowi Aktorzy przedstawiają widzom siebie i okoliczności, jakie przywiodły ich do Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Nie są to ścieżki kariery, raczej szlaki ewakuacyjne z aktorskiego niebytu, zjazdy z trasy zakończone nieoczekiwanie długim postojem, podróże w nieznane, z biletem w jedną stronę. Opowiadają zabawnie, choć spomiędzy żartów wyłaniają się życiowe dramaty, rozpady związków i małżeństw, bieda, alkoholizm. To z życia, a z głowy: brak perspektyw, alternatyw, zmęczenie, wypalenie, frustracja, cynizm i zwykłe wkurzenie. Na siebie, rzeczywistość, Koszalin, Polskę. Historie są różne, a jednak do siebie podobne, bo przecież każdy z aktorów obnażających się przed nami z życia i duszy, wolałby spełniać się u Krystiana Lupy, a przynajmniej w Wałbrzychu, tymczasem gra w BTD, w mieście koło Mielna. Na prowincji, która podobno jest w głowie, ale głównie w życiorysie.

Do filmowego pierwowzoru, „Aktorów prowincjonalnych” Agnieszki Holland spektakl nawiązuje luźno zarysem fabuły, imionami bohaterów i punktem wyjścia: słynny warszawski reżyser przyjeżdża do małego teatru, by wystawić wielkie „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego. Mniejsza o szczegóły, film to tylko pretekst, by pokazać, jak niewiele się zmieniło od kiedy klasyk kina moralnego niepokoju święcił triumfy, perfekcyjnie diagnozując realia teatralnego życia.

Reżyser przyjechał i po prostu JEST. Pomysłu brak, rozmowy brak, za to samozadowolenia, egzaltacji i buty jest w bród, co świetnie ogrywa Bartosz Budny. Na koniec otrzymujemy cekiny, taniec synchroniczny i Konrada w stroju kosmonauty. Znamy to? Znamy. Na scenie BTD w ciągu kilku ostatnich lat widzieliśmy to wiele razy. Chaotyczne inscenizacje pełne absurdalnych rozwiązań, dramaturgiczne elipsy udające ciszę, a kryjące intelektualną pustkę, kamuflowanie słabości wymyślną scenografią i kostiumem, napuszone eksplikacje reżyserów i dramaturgów nieczytelne w dziele właściwym plus słabość do improwizacji, najlepszej przyjaciółki dyletantów zazwyczaj uzbrojonych na wszelki wypadek w trzy pistolety – awangarda, kontrowersja, otwarta interpretacja – gotowe odstrzelić każdą wątpliwość, krytykę, pytanie o sens. Te manewry aktorom znane są na pamięć, a że stoją na linii ognia, pierwsi zbierają cięgi za reżyserski narcyzm i indolencję, choćby stawali na głowie, by jakoś obronić sceniczną hucpę.
Na prowincji można wszystko, bo prowincja ma niewiele do wyboru. Można tu wystawić badziewie, poćwiczyć rzemiosło, bezkarnie bredzić o „sztuce”. Można zostawić zespołowi inicjatywę i wziąć za to kasę. Można schlebiać tandecie i nazywać ją rozrywką. Aktor jest od grania. W chałturach, lekturach i zapchajdziurach. W komercji, bo teatr musi zarabiać na siebie, w wypocinach drugorzędnych i przebrzmiałych reżyserów, przemielonej po tysiąckroć klasyce, czasem „współczesności” realizowanej przez „nazwisko”, choć to potencjalnie wartościowe spotkanie często kończy się jak w niniejszym spektaklu parodią pracy. Dzieło zdarza się po to, żeby za nim latami tęsknić.

O tym są „Aktorzy koszalińscy, czyli komedia prowincjonalna” w reżyserii Piotra Ratajczaka. Otwartym tekstem mówią o tym, jak jest na scenie, w kuluarach, dyrektorskim gabinecie i w domu po premierze. Wypełniony realiami koszalińskimi spektakl dotyka spraw niekomfortowych, wymagających dystansu od wszystkich, włącznie z dyrektorem i choćby za tę odwagę należą się brawa. Prawda nie zawsze się opłaca, bywa niewygodna, ale zawsze dotyka najdelikatniejszych emocjonalnych strun, a przez to widzów. Nie trzeba aktora rozebrać, żeby wydawał się na scenie nagi i bezbronny wobec publiczności, której zwierza się głównie z porażki. Nie ma to jednak nic wspólnego z tanim ekshibicjonizmem. Aktorzy nie pragną pocieszenia czy współczucia, raczej zrozumienia, a może tylko wysłuchania. Wiedzą przecież, że najlepsze teatralne sceny nie są z gumy i zmieszczą jedynie niewielką część całej masy pretendentów, z których każdy przecież – cytując słowa spektaklu – chciałby zagrać ramię w ramię z Januszem Gajosem. Pozostali muszą znaleźć dla siebie alternatywę i najczęściej – jeśli po drodze nie zrezygnują z zawodu – lądują w jedynym z pięćdziesięciu teatrów, który odpowiedział na wysłane CV, mając nadzieję, że głód grania, tworzenia i rozwoju nie rozbije się od razu twardo o ziemię.

Spektakl jest piątym realizowanym przez Piotra Ratajczaka z koszalińskim zespołem, będącym tym razem wykonawcą, podmiotem i tworzywem dramatu. Nie wiem czy zamierzenie, ale reżyser zrobił aktorom BTD prezent. Pozwolił im mówić. Swoim głosem, o sobie, autentycznych zdarzeniach z życia zawodowego i prywatnego, o nałogach, rozczarowaniach i marzeniach zapewne bliskich kolegom z innych prowincjonalnych scen bez większego dla teatralnego świata znaczenia. Jednak, co uważam za niezwykle ważne, dopilnował granic, dzięki czemu nie uczestniczymy w zbiorowym seansie terapeutycznym ani gorzkich żalach, ale jednak przedstawieniu teatralnym o dobrze wyważonych proporcjach. Momentami śmiesznym do łez, dobrze napisanym, ale też gorzkim jak cukierek z lukrecji.
W wywiadzie sprzed kilku lat Piotr Ratajczak powiedział, że przyszłość kultury według niego jest w niewielkich ośrodkach i jak widać jest temu przekonaniu wierny. Problemem prowincji – także kulturalnej – nie jest bowiem to, że z definicji jest marginesem wielkich miast, ale jej lekceważenie i niewiara, że nawet w małym teatrze może powstać coś ważnego, autentycznego i chwytającego za serce. Jak ten właśnie spektakl.

„Aktorzy…” zamykają tegoroczny sezon Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Pierwszą premierą kolejnego ma być… „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego.

 

 


 

Reżyseria i opracowanie muzyczne: Piotr Ratajczak; tekst: Piotr Rowicki, Piotr Ratajczak; scenografia i kostiumy: Grupa Mixer; plastyka ruchu: Arkadiusz Buszko; obsada: Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, Dominika Mrozowska, Beata Niedziela, Żaneta Kamila Kurcewiczówna, Bartosz Budny, Marcin Borchardt, Wojciech Kowalski, Artur Paczesny, Wojciech Rogowski, Jacek Zdrojewski.