Te romantyczne i piękne obiekty mrugają z dala na wróżbę szczęśliwego powrotu i na pewność, że jest ląd i jest siedlisko. Są wyjątkowe także jako obiekty architektoniczne, historyczne, a nawet miejsca zaręczyn i ślubów.

Ojciec z synem zapuścili się na dorsza aż do miejsca zwanego dziś Orlą Ławicą. Zaskoczył ich szkwał, młody wypadł z łodzi. Gdy ustało, ojciec daremnie wypatrywał syna, aż wrócił ze straszliwą wieścią. Oszalała z bólu matka wystawała odtąd na brzegu w nadziei, że jakaś łódź przywiezie rozbitka. Rybak ustawił maszt, na którym wieczorami wieszał druciany kosz z płonącym torfem, aby bodaj dusza raz po raz znalazła drogę do domu. Ale że maszt się przewracał, mężczyzna wymurował wieżę. Zamieszkał w niej z żoną, by ze szczytu świecić żeglującym, a izbę na piętrze wynajęli rybakowi, który był zbyt stary, by wychodzić w morze, za to umiał przewidzieć pogodę i ostrzec osadę.

Ustecka latarnia nadal świeci, choć już światłem elektrycznym, piętro wynajmuje ostrzegająca stacja meteo, a tu gdzie czekała nieszczęsna matka, stoi pomnik Ludziom Morza z postacią kobiety wypatrującej syna. Jedni mówią, że cudem ocalały młodzieniec trafił na Bornholm podjęty przez duńskiego szypra i pewnego dnia powrócił, inni – że dusze rodziców i syna czasem opuszczają Niebo i spotykają się w świetle latarni. Ale o to trzeba już spytać obecnego latarnika Piotra Witkowskiego, który sam wymyślił tę legendę, bowiem żadna latarnia morska nie powinna się obejść bez legendy.

1

 

Jedna prywatna

W Polsce świeci 15 latarni. Od zachodu: Świnoujście (najwyższa – 62 m, wysokość światła 68 m n.p.m.), Kikut (mała – 18,2 m, ale ma najwyższe światło – 91,5 m n.p.m., bo wysoko stoi), Niechorze, Kołobrzeg, Gąski, Darłowo, Jarosławiec, Ustka, Czołpino, Stilo, Rozewie (największy zasięg – 26 Mm, tj. 48,15 km, zarazem najstarsza – 1822 r.), Jastarnia (najniższa – 13,3 m), Hel, Port Północny i Krynica Morska. Trzy z nich są niedostępne: Kikut (bezobsługowy, nie ma komu przyjąć turystów), Jastarnia i Port Północny, gdzie letnicy zakłóciliby pracę przyległego kapitanatu. I odwrotnie: jest latarnia nienawigacyjna, ale otwarta – Gdańsk Nowy Port. Jeszcze nie do zwiedzania, choć już po remoncie, jest nienawigacyjna Rozewie II. Ponadto – otwarty obiekt w Sopocie, nie będący już jednak latarnią, oraz zdewastowana Góra Szwedów na Mierzei Helskiej.

Większość należy do Urzędów Morskich w Szczecinie, Słupsku i Gdyni, jedna jest miejska (Kołobrzeg, aczkolwiek wydzierżawiona w prywatne ręce, przy czym światło zachował urząd), jedna należy do Słowińskiego Parku Narodowego (Czołpino), jedną zawiaduje Towarzystwo Przyjaciół Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku (Rozewie II) i jedna jest prywatna. Kupił ją sobie obywatel Polski i Kanady Stefan Jacek Michalak.

 

Wiedział, że będzie jego

Pan Michalak zamieszkał w Kanadzie w 1969 r., a w 1991 wrócił do Polski i odtąd dzieli czas między Montreal i Gdańsk, gdzie kupił od państwa opuszczoną zabytkową latarnię Gdańsk Nowy Port – nieczynną od 1984, gdy wzniesiono latarnię Port Północny. – Jako kilkuletni chłopiec mieszkałem w Gdańsku i światło starej latarni zostało mi w sercu – opowiada. – Gdy z Montrealu jeździłem do letniskowego domku przy ujściu Rzeki Świętego Wawrzyńca, gdzie jest masa latarni, przypominała mi się ta gdańska. Kiedy tu przyjechałem i stwierdziłem, że nikt jej nie chce, wiedziałem, że będzie moja, mimo że była w okropnym stanie, a może właśnie dlatego.

Nowy latarnik zadbał o mury, okna, podłogi i dach, a nawet dał słabe światło, żeby było widać, jak latarnia działa. Jednak do historii przejdzie to, co zrobił nad światłem: rekonstrukcja kuli czasu – jest takich może pół tuzina na świecie. Do czasu wynalezienia radia było ich 200. Idąc w górę w samo południe po impulsie telegraficznym z centrum mierzenia czasu (w przypadku Gdańska z obserwatorium astronomicznego w Berlinie), kule pokazywały żeglującym dokładny czas, co było na morzu warunkiem precyzyjnego określania pozycji i zatem prawidłowego kursu. Teraz impuls jest radiowy, dociera do 70-kilogramowej kuli Jacka Michalaka z Europejskiej Centrali Czasu pod Frankfurtem nad Menem. Latarnia miała już dosłowne pięć minut: względem rozkazu Hitlera o ataku na Polskę o 4.45 pancernik Schlezwig-Holstein spóźnił się o trzy minuty, za to punktualnie zaczął cekaem z latarni, zniszczony już drugim strzałem przez nasze działo 75 mm z Westerplatte.

 

Czy latarnie muszą świecić

– Powinny. Także w czasach GPS-u wskazującego drogę – uważa kmdr prof. Mariusz Wąż, dyrektor Instytutu Nawigacji i Hydrografii Morskiej Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. – Należy mieć alternatywne metody wyznaczania pozycji, autonomiczne i wolne od zakłóceń. Takim źródłem informacji są gwiazdy i właśnie latarnie – gwiazdy na lądzie. Każdy nasz absolwent zna klasyczne, niezawodne sposoby orientacji na wypadek wad lub nawet celowych zakłóceń satelitarnych czy „padnięcia” współczesnych urządzeń. Poza tym pływają małe jednostki słabiej wyposażone. Kiedyś koledzy poprosili mnie o przeprowadzenie kupionego jachtu ze Świnoujścia do Gdyni. Okazało się, że był goły, poprzedni właściciel zabrał wszystko. Ale znałem charakterystykę mijanych latarni (cykl impulsów i przerw, inny dla każdej). Z daleka widzi się tylko jasne punkciki, czasem trzy naraz, ale dzięki charakterystykom wiedziałem, gdzie jesteśmy. To nam pozwoliło stanąć tuż przed poligonem Jarosławiec-Ustka i przeczekać ostrzał.

 

Jednak po co latarnik

Kiedyś włączał i wyłączał, dziś robi to czujnik zmierzchu, brzasku i mgły. Gdy się przepali żarówka, automat przesunie i włączy zapasową, a zarazem wyśle SMS do centralnego serwisu w Darłowie, który przywiezie nową. W razie zaniku energii sam włączy się agregat. – A jednak w Stanach Zjednoczonych ukazują się ogłoszenia, że potrzeba latarników na wyspach. To oznacza, że mimo automatyki trzeba w tych latarniach być, choćby po to, żeby zadbać o soczewki i szybę laterny czy o posesję – tłumaczy Piotr Witkowski.
Stefan Jacek Michalak przetłumaczył w sieci artykuł z kanadyjskiego „National Post”: gdy trwała tam automatyzacja latarń i rugowano latarników, dobitnie ujął się za nimi John Duncan, konserwatywny poseł z wyspy Vancouver i minister ds. Indian: „Ostatnie latarnie morskie naszego kraju obsługiwane przez latarników nie stracą ich. Latarnie obsługiwane przez żywą załogę są ikonami ważnymi dla bezpieczeństwa publicznego, naszej suwerenności państwowej i nauki”.

 

Powrót naszych latarników

– Pogłoski o naszym wymarciu są przesadzone – uśmiecha się Piotr Witkowski, prezes stowarzyszenia Latarnik skupiającego środkowopomorskich latarników, ich rodziny, ludzi morza i sympatyków z Polski. Ale było źle. W latarniach podległych Urzędom Morskim w Szczecinie i Gdyni nic się nie działo, gdy urząd słupski w 2006 r. zwolnił swoich latarników – od Kołobrzegu przez Gąski, Darłowo, Jarosławiec i Ustkę do Czołpina. – Sąd nakazał nas przywrócić, bo nie było podstawy prawnej zwolnienia, ale że urząd zdążył rozdysponować nasze etaty, poszliśmy na kompromis z nowym dyrektorem i efekt z grubsza jest taki, że latarnicy na środkowym Wybrzeżu mają dziś po części etatu, ale też pracują na innych stanowiskach urzędu, przy czym za latarnictwo płaci nam stowarzyszenie Latarnik z biletów, zarazem dokładając się do remontów obiektów – tłumaczy prezes Latarnika.

Pokoleniowi

– Ja się tutaj wychowałem – mówi Waldemar Kulik o usteckiej latarni, gdzie jego ojciec pracował w latach 50-70., a potem pracował on sam. – W dzieciństwie stale tu byłem, zwłaszcza że nawet latem nic się nie działo, a wieczorami bronowali plaże, żeby widzieć ślady uciekinierów. Światła na ostrogach wejścia do portu były wtedy na gaz; pamiętam jak ojciec targał do nich butle na wymianę. Lubiłem latać na górę do lampy. Kiedy sam zostałem latarnikiem, lubiłem tam czytać – w dzień, nocą było więcej pracy, chociaż dzięki automatyce i tak miałem lżej niż ojciec. A on miał lżej niż np. dawni latarnicy w Czołpinie, gdzie przed prądem był olej, który na linach wciągali szybem w środku latarni. Czemu czytałem akurat na szczycie? Są szczęśliwe dziecięce miejsca, w których po latach czujemy się najlepiej.

Marek Żuchowski z Jarosławca to średnie z trzech pokoleń latarników. Został poczęty w Czołpinie, gdzie latarnikiem był tato Zygmunt, w latach 1948-64. Ponieważ latarnia jest w lesie, miał konika i bryczkę, a na zimę sanie, żeby jeździć przez bagna „do świata”, czyli do Smołdzina. Zygmunta przeniesiono do latarni Jarosławiec, gdzie w 1979 obiekt przejęli po ojcu synowie Marek i Ryszard (gdy Ryszard umarł, zastąpiła go wdowa). Od dwóch lat latarnikiem jest Łukasz, syn Marka, wnuk Zygmunta. Marek: – Równolegle rybaczyłem i wiem, ile znaczy latarnia. GPS to wygoda, ale potrafi wysiąść choćby od wiązki radarowej, a takie rzeczy jak na złość trafiają się w sztormie.

 

15 latarni w 15 dni

Wspomniany już kmdr Wąż z Akademii MW jest entuzjastą latarni. Z tej okazji wykonał z rodziną rajd specjalny: 15 latarni w 15 dni. Wzięli namiot i odwiedzili autem wszystkie czynne. – Bałem się, że dla rodziny może to być nudne, ale na koniec syn mówi: „tato, powtórzmy” – opowiada profesor. – Zabawnie było w Rozewiu, bo mieszkamy 25 km obok, w Redzie, a mimo to postawiliśmy namiot i honorowo zaliczyliśmy obiekt. Na każdą weszliśmy i nocowaliśmy jak najbliżej, najbliżej dało się w Niechorzu. Czy pod latarnią jest ciemno? Właśnie w Niechorzu przeciwnie, bo ta ma iluminację w stronę lądu. Każda ma coś w sobie. Urzekły nas np. obiekty w Ustce i Darłowie – niewysokie, ale ciekawie rozbudowane architektonicznie.

 

26 latarni w 45 minut

Jeszcze krótsze odwiedziny latarni to spacer Parkiem Miniatur Latarni Morskich w Niechorzu. Wierne kopie w skali 1:10 stoją przy trasie ułożonej na wzór faktycznej linii Wybrzeża. Są też latarnie już nieistniejące i stojące przy naszych stacjach polarnych, jedyna w Europie sprawna rekonstrukcja kociołka Wulkana w skali 1:1 (żuraw z koszem na płonący węgiel, sięga 14 m), a także pięciometrowy „Dar Pomorza” z realistycznymi scenkami na pokładzie i katedra w Kamieniu Pomorskim, która zajęła modelarzom 10 miesięcy. – Co rok wzbogacamy kolekcję, właśnie nam przybył kościółek w Trzęsaczu. Można go oglądać w całości i w fazach powstawania ruiny – zachęca dyr. Marta Sury.
Przebłyski latarni

Popularne stały się Paszporty Blizy (bliza – po kaszubsku latarnia), w których turyści zbierają stemple odwiedzanych latarni, co wciąga, a z czasem uprawnia do odznak miłośników i zniżek za wstęp.
W czerwcu odbyła się niezwykła impreza promująca latarnie: Bałtycka Sztafeta, czyli bieg ze światełkiem dniami i nocami na zmianę, z wbiegnięciem na wszystkie latarnie; na odcinkach specjalnych dołączały grupy lokalne, razem biegło 430 osób. W przyszłym roku też pobiegną.
Co rok w trzecią sobotę sierpnia jest Noc Latarni Morskich – w Kołobrzegu, Gąskach, Darłowie, Jarosławcu i Ustce. Tym razem przypadnie to 18 VIII, a wiodące będą Gąski, gdzie zaplanowano Piknik Latarnika. Wymienione wieże będą bezpłatnie dostępne do północy. Prezes Witkowski: – W nocy latarnia żyje i tylko wtedy można poczuć jej duszę.

 

Autor: Marek Zagalewski / Foto: Marek Zagalewski, Grupa Specjalna Płetwonurków RP z Katowic, Latarnia Gdańsk Nowy Port, Stanisław Składanowski, Park Miniatur Latarni Morskich w Niechorzu