Pochodząca z Koszalina dyrygentka, Marzena Diakun, zdobywa światową sławę. Jej kariera nabrała rozpędu, gdy na dwa sezony została asystentem dyrektora orkiestry Filharmoników Radia Francuskiego. Dziś jest zapraszana przez znane europejskie i światowe orkiestry.

fot.Ĺ ukaszGiza_RuchMuzyczny4Od dziecka marzyła o pracy z orkiestrą. To starszy brat Tomasz – obecnie skrzypek w orkiestrze Filharmonii Bałtyckiej – przygotował dla niej pierwszą batutę. – A w 1992 roku dostałam od niego pierwszą partyturę, miałam wtedy 11 lat. Niedawno ją odnalazłam – opowiada z uśmiechem. – To był I Koncert Fortepianowy Piotra Czajkowskiego. Właśnie przygotowuję się do wykonania tego utworu.

Tata – profesor na Politechnice Koszalińskiej, specjalista w zakresie budowy maszyn – w młodości uczył się gry na skrzypcach. Mama – analityk medyczny (na emeryturze) – śpiewała w chórze Szpitala Wojewódzkiego. W domu słuchało się muzyki poważnej. Rodzice nie opuszczali piątkowych koncertów w Filharmonii. Wraz z nimi brzmienie orkiestry symfonicznej poznawała kilkuletnia Marzena. – Potrafiłam z zainteresowaniem wysłuchać dwugodzinnego koncertu. Zawsze wpatrzona byłam w postać, która stała na podium. Każda dziewczynka marzy, by stać się księżniczką. A ja chciałam być dyrygentem!

Podstawową szkołę muzyczną ukończyła z wyróżnieniem. – Ale przy wyborze szkoły średniej było dużo wątpliwości. Zastanawialiśmy się, czy zawód związany z muzyką da córce przyszłość – przyznaje tata, Jarosław Diakun.

– Wiedzieliśmy, że bycie artystą to nie jest raj na ziemi – dodaje pani Marzena. – Dobrze radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi. Rozważałam więc, czy pójść w ślady taty i przygotować się do studiów technicznych, czy może tak jak mama pomyśleć o analityce medycznej albo biotechnologii.
Bez trudu dostała się do I LO im. Stanisława Dubois. – Nie wytrzymałam i po roku dodatkowo zapisałam się do średniej szkoły muzycznej – mówi. Uczyła się w klasie fortepianu Celiny Monikowskiej-Martini. Pogodzenie nauki w obu szkołach nie było łatwe – lekcje do wieczora, liczne egzaminy, dwa końcowe recitale w szkole muzycznej i przygotowania do matury w liceum. – To była ciężka praca. Ale warto było! Koszalińska szkoła muzyczna miała bardzo wysoki poziom. Studia okazały się tylko uzupełnieniem. Pomijam dyrygenturę, bo tego człowiek uczy się dopiero na uczelni.

 

„Jestem trochę uparta”

Studia na wymarzonym kierunku? To nie jest tak oczywiste, nawet w przypadku najlepiej przygotowanych kandydatów. Na dyrygenturę wybierają się osoby, które są już znane profesorom.

– A ja przyjechałam znikąd. Bardzo dobrze zdałam egzaminy wstępne. Mimo to były próby, by mnie przenieść na chóralistykę albo na teorię muzyki – wspomina. Ale dopięła swego. – To prawda, trochę jestem uparta.
Siła, wytrwałość, nawet upór – w tym zawodzie to bardzo pożądane cechy. – Na estradzie mam przed sobą kilkadziesiąt osób, często są to muzycy z wieloletnim doświadczeniem. Trzeba ich przekonać do swojej wizji utworu. Po prostu postawić na swoim.

Marzena Diakun czyni to od lat. Już jako 20-letnia dziewczyna poprowadziła finałowy koncert Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Perkusyjnej, w którym wystąpiła także orkiestra Filharmonii Koszalińskiej. Potem w naszej filharmonii była asystentem Jerzego Maksymiuka. A dzięki Markowi Traczowi, pod którego okiem także zdobywała dyrygenckie szlify, odbyła pierwszą zagraniczną trasę koncertową po Niemczech, Szwajcarii, Danii i Chinach. Swoje umiejętności dyrygenckie doskonaliła u wielkich europejskich mistrzów. W 2006 roku ukończyła studia podyplomowe w klasie prof. Urosa Lajovica w Wiedniu. Była asystentem Andrzeja Boreyki podczas koncertów z Berner Symphony Orchestra w Szwajcarii. Pod jej batutą grali muzycy niemal wszystkich polskich orkiestr symfonicznych, w tym tych najbardziej prestiżowych – Filharmonii Narodowej w Warszawie i Katowickiej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia.

Jako dyrygent gościnny współpracowała z orkiestrą Czeskiego Radia, orkiestrą symfoniczną z São Paulo, operą w Göteborgu, a także z orkiestrami we Francji i Wielkiej Brytanii. W 2007 roku została laureatką II nagrody na 59. Konkursie Dyrygenckim w ramach Festiwalu Praska Wiosna. Była też półfinalistką konkursów w Barcelonie i Londynie.

Stało się o niej głośno, gdy w 2012 roku jako pierwsza Polka zdobyła II nagrodę Srebrną Batutę na IX Międzynarodowym Konkursie im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach – jednym z najbardziej prestiżowych konkursów dyrygenckich na świecie. Wkrótce potem wygrała konkurs na asystentkę Mikko Francka – dyrygenta Orchestre Philarmonique de Radio France w Paryżu. W efekcie filharmonicy Radia Francuskiego kilkanaście razy grali pod batutą polskiej pani dyrygent, a koncerty transmitowało francuskie radio i telewizja. – To był kamień milowy w mojej karierze – tłumaczy. – Wiele osób mogło zobaczyć mnie na żywo albo wysłuchać transmisji radiowej. To otworzyło przede mną francuski rynek muzyczny.

Pokonawszy setki kandydatów, zdobyła roczne stypendium Boston Symphony Orchestra – poprowadziła serię koncertów na renomowanym festiwalu Tanglewood w USA. Wkrótce potem jeszcze jeden sukces: specjalne stypendium przyznaje Marzenie Diakun Marin Alsop – jedna z najbardziej uznanych współczesnych dyrygentek w świecie, szefowa Baltimore Symphony Orchestra.

 

fot.Ĺ ukaszGiza_RuchMuzyczny5Znów trzeba się przebijać

W Polsce też o niej pamiętają. Uhonorowana została nagrodą Prezydenta Koszalina „Artysta Roku” i Koszalińskim Orłem oraz nagrodą Kreatywni Wrocławia. Wyróżniona przez ministra kultury odznaką „Zasłużony dla kultury Polskiej”. I wreszcie ta jedna z najbardziej cenionych przez artystów nagród – Paszport Polityki. Marzena Diakun zdobyła ją w dziedzinie „muzyka poważna” za 2016 rok. – Paszport był dla mnie zaskoczeniem, bo od jakiegoś czasu rzadziej występuję w Polsce, więc ktoś musiał o mnie sobie przypomnieć – przyznaje laureatka. – To bardzo cenna dla mnie nagroda, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, jakiej klasy muzycy byli do niej nominowani. I to, jacy ludzie z tygodnika „Polityka” decydowali o przyznaniu Paszportów. To intelektualiści, prawdziwa elita.

„Nominowana za konsekwentny rozwój kapelmistrzowskiej osobowości i kariery, mimo braku wsparcia albo wręcz jakby wbrew woli polskiego środowiska” – napisał jeden z krytyków muzycznych o kandydaturze do Paszportu Marzeny Diakun. – Ta ocena trafia w samo sedno – przyznaje pani dyrygent, dodając, że muzykom, zwłaszcza tym młodym, nie żyje się w Polsce lekko. Jeśli kończy się studia u profesora, który zarazem jest szefem jakiejś orkiestry albo ma z nią stały kontrakt, jest nieco łatwiej. Profesor wprowadzi młodego artystę w „muzyczny obieg”, ułatwi koncertowanie z innymi zespołami. – Mój profesor nie miał dyrektorskiej posady – zaznacza Marzena Diakun. – Sama musiałam więc zabiegać o kontrakty w filharmoniach. Żeby się przebić, układałam ciekawe programy, zabiegałam o stypendia, działałam jako asystentka.

Pomogły nagrody w konkursach – dzięki nim stała się bardziej rozpoznawalna. Częściej otrzymywała zaproszenia do prowadzenia orkiestr. – Teraz to ja decyduję, co chcę zagrać – przyznaje. Od jakiegoś czasu zresztą zabiega już raczej o to, by grać z dużymi orkiestrami ze świata. – I znów jestem człowiekiem znikąd. Znów muszę się przebijać.

W świecie jest wielu artystów, konkurencja jest ogromna. Ale Marzena Diakun nieźle sobie z tym radzi. Kilka dni przed naszą rozmową wróciła z Johannesburga (RPA). Wcześniej poprowadziła cztery koncerty orkiestry symfonicznej São Paulo (pomocy w organizacji udzielił Instytut Adama Mickiewicza). Koncertowała w Gijon i Oviedo (Hiszpania), Koszycach (Słowacja), Bursie (Turcja). – Pomaga mi kontrakt z agencją. Kalendarz na 2018 rok jest już zapełniony. Powoli zapełniają się też terminy na rok 2019.

 

Rewelacyjna wizja utworu

Czy prawdą jest, że bardzo zdyscyplinowane są orkiestry skandynawskie, a te z Italii na przykład to zbiór indywiduów? – Nie zauważyłam, by pierwiastek narodowy miał jakiś wpływ na pracę z orkiestrą – odpiera tezę Marzena Diakun, dodając, że wyzwaniem dla dyrygentów są najlepsze zespoły. Czołowe orkiestry świata składają się bowiem z wybitnych muzyków, którzy często robią też solową karierę. To indywidualiści, którzy znają swoją wartość. Trzeba umieć do nich dotrzeć. – Dyrygent musi mieć rewelacyjną wizję utworu i musi ich do tej wizji przekonać. Tak można przełamać opór. To dotyczy świetnych zespołów w Niemczech i Francji, z którymi pracowałam, ale także czołowych polskich orkiestr – Filharmonii Narodowej czy Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Ci muzycy także się bardzo szanują.

Wygrywa się muzykalnością, ograniem. Dobre orkiestry wymagają od dyrygenta wysokich kwalifikacji. – W Paryżu dawali mi do zrozumienia, że jestem z Europy Wschodniej – z krańców cywilizacji. Ale potem już dobrze się rozumieliśmy, zostałam przyjęta do ich grona.

Bywają sytuacje trudne. Pani Marzena przypomina zdarzenie z festiwalu Hectora Berlioza w Lyonie. – Muzycy z tamtejszej filharmonii co roku na zakończenie grają tę samą symfonię Berlioza. Przyjeżdżają sławy dyrygentury. W którymś roku mnie przypadło dyrygowanie tą orkiestrą. Chciałam wprowadzić coś swojego. Było bardzo trudno. Bardzo się stawiali, oponowali, że przecież wiedzą, jak to się gra.

 

Marzena_Diakun_fot_Lukasz_Rajchert_hi_res-23Pot musi spływać, krew musi się lać

Panuje przekonanie, że dyrygowanie to zajęcie dla mężczyzn, choć coraz częściej słychać o paniach, które stoją na czele orkiestr. – W „Washington Post” czytałam, że jest moda na dyrygentki, ale to nieprawda – ocenia pani Marzena. – Kiedy kobieta staje za pulpitem dyrygenckim, zaczyna się sceptycyzm: „A nie wiadomo, jak to będzie”.
Dyrygentura tymczasem to bardzo trudny zawód zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Przygotowanie koncertu wymaga ogromnej pracy. Być może nawet 90 procent czasu to indywidualna praca dyrygenta: trzeba utwór przemyśleć, „przepracować”. – Czasem na przygotowanie materiału poświęcam miesiąc, dwa. Bywa, że pracuję tydzień, ale intensywnie: kilka, kilkanaście godzin dziennie – opowiada Marzena Diakun. – Dyrygowanie to praca z ludźmi, ale w którymś momencie trzeba umieć się odizolować, odseparować. Muszę mieć „ugotowane” na trzy dni i biorę się do roboty – dodaje z uśmiechem.

Potem jest kilkudniowa praca z orkiestrą. Efekt końcowy, czyli to czego słuchają melomani, to najważniejszy, ale jednak ułamek pracy. – Jestem bardzo wymagająca – zarówno wobec muzyków jak i samej siebie – przyznaje. W jej opinii w większości orkiestr dąży się obecnie do tego, by się przyjemnie pracowało. – A ja uważam, że pot musi spływać, krew musi się lać. Trzeba dać z siebie wszystko. Dla dobra sztuki!

 

Po koncertach na rower

W 2010 roku w krakowskiej Akademii Muzycznej Marzena Diakun obroniła doktorat, w 2017 uzyskała stopień doktora habilitowanego. Od sześciu lat prowadzi klasę dyrygentury symfoniczno-operowej w macierzystej uczelni Akademii Muzycznej we Wrocławiu. – Lubię pracę ze studentami, bo to są już w jakimś stopniu ukształtowani ludzie – dodaje. – Bycie wykładowcą daje mi ogromną satysfakcję. Mam już doświadczenie z pracy z orkiestrami, mogę się nim dzielić i widzę, jak studenci odkrywają tajemnice dyrygentury.

Przyznaje jednak, że nie zazdrości przyszłości adeptom sztuki. – To nie jest łatwy zawód. Orkiestr nie ma dużo, rynek jest nasycony, trudno dostać kontrakt, o etacie już nawet nie wspominam.

Czy między działalnością koncertową a pracą na uczelni jest czas na życie prywatne? – Musi być odskocznia, bo bym oszalała – śmieje się pani dyrygent. – Chętnie chodzę do teatru. Lubię wysiłek fizyczny – wędrówki po górach, rower. Z zamiłowania jestem żeglarzem. Lubię żeglarstwo śródlądowe, wypady na Pojezierze Drawskie. Ale nie stronię od mórz, zwłaszcza tych cieplejszych, na przykład w pobliżu Grecji. Choć ostatnio znajomi coraz rzadziej dzwonią z propozycją wyjazdu. Zbyt często im odmawiałam, bo trudno mi było znaleźć czas. Obiecuję sobie, że się poprawię.