Adam Staciwa ma dwie kolekcje: doznań z wypraw do miejsc niewydeptanych oraz masek i włóczni z tych zakątków świata. Właśnie wrócił z Wietnamu, a już ma bilety na indyjskie Adamany. Weźmie kubek, grzałkę i zmianę bielizny; skuter i akwalung wypożyczy tam. Pod koniec opowiadania dojdzie do kwestii, jak tanio to osiąga.

 

Woń spokojnej biedy

– Kiedy ląduje się w Afryce, uderza fala ciepła, a w dzień też silnego światła. Mniej oczywisty, a za pierwszym razem zaskakujący i przytłaczający jest zapach tropiku. Nie spotkałem go nigdzie na świecie. Nie chcę powiedzieć, że to smród brudu i potu, ale określiłbym go wonią ubóstwa. Od razu jednak dodam, że nawet jeśli czyjś dobytek to chwilowo kiść bananów, które skądś dokądś niesie, a w lepszym razie koza, to nie znaczy, że jest on nieszczęśliwy. Nie spieszy się do pracy, nie nęka go kredyt. Coś złowi, urwie albo znajdzie, sprzeda te banany i znów odpocznie w cieple, chroniony liśćmi przed deszczem. A czas nie istnieje. Jak autobus przyjedzie, to wsiądzie, obojętne o której.

 

Zmarły też ma czas

– To jest w jednym miejscu na świecie: region Tana Toraja na wyspie Sulawesi, Indonezja: niezwykłe pogrzeby. Ciało zmarłego przechowuje się nawet do dwóch lat w specjalnym domku przy obejściu rodziny albo zgoła w sieni. Jest w drewnianym sarkofagu. Podszedłem jak najbliżej, żadnej woni. Po tej zwłoce pogrzeb trwa kilka lub kilkanaście dni, zależnie od statusu zmarłego. Jest dużo mięsa i gości. Nam się trafił pochówek najbogatszego człowieka we wsi, na 400 osób. Na ten rejon mieliśmy cztery dni i akurat taka okazja! Belg i Holender, których spotkaliśmy, czekali 20 dni.

 

Danie bez perfum

– Za najlepszą uważam kuchnię tajską, ale zarazem w Azji mam największy problem: muszę pilnować, bo prawie do wszystkiego dodają świeżego imbiru, którego nienawidzę – jakby ktoś perfum dolewał. Chętnie smakuję świeże owoce i owoce morza. Jeden z kolegów gustuje w osobliwościach: świnka morska w Peru, wąż w Wietnamie, kambodżańskie żaby, gulasz z jąder koguta z grzebieniem na Węgrzech. Nawiasem mówiąc, wszystko to smakuje jak kurczak. Toteż wolę dobrze przyrządzoną rybę albo zupę.

 

Odradzam

– Nie piję innej wody niż z hermetycznej butelki ani świeżych, rozrzedzanych nieznaną mi wodą soków. Żadnego surowego mięsa, w tym ryb. Przed wyjazdem szczepię się na wszystko. Unikam aglomeracji – nie tylko dlatego, że już je znam. Są niebezpieczne bandycko. Caracas, Lima, Sajgon. Problem w tym, że nie sposób zanurzyć się w kontynencie bez lądowania w stolicy, gdzie i dobę trzeba spędzić do odlotu dalej. W Limie, gdy odpoczywaliśmy w parku św. Marcina, jedni zaczęli nas zagadywać, a ręce drugich przez szczeliny w oparciach ławek macały nasze plecaki. W Tbilisi, gdy wysiedliśmy z metra z aparatami na szyjach, jacyś młodzi zaczęli szybko się zbliżać i wyciągać noże, ledwo wskoczyliśmy do taksówki.

Jak liczyć kasę

– Przejazd ponad 200 km z Armenii do Gruzji kosztuje 15 dolarów, a 2 km w stolicy Gruzji – 25. Ale ważniejszy jest przelot. Kasę liczę na pół roku przed, promocje lotnicze spinam z moim czasem. Nieraz o kierunku decydują zniżki: kiedy celowaliśmy w Kolumbię, hitem okazało się Kuala Lumpur w Malezji – 1100 zł w obie strony licząc dolot z Helsinek, gdy normalnie 6000. Ostatnio koledzy beze mnie, bo nie mogłem, pojechali pociągiem do Gdańska, a potem: Gdańsk-Eidhoven (tanie linie), Eidhoven-Amsterdam (pociąg) i Amsterdam-Meksyk za 750 zł w obie strony, razem mniej niż 1000. W styczniu – Ocean Indyjski. I znów: celowaliśmy w Sri Lankę (państwo na wyspie Cejlon na południe od Indii), ale nic taniego do Colombo (stolica) nie było, za to wpadliśmy na promocję Madras-Andamany i Nikobary, a wtedy już tylko kwestią czasu było znalezienie taniego połączenia Gdańsk-Bengaluru w Indiach niedaleko Madrasu (Ćennaj), skąd już tylko 1400 km na archipelagi; Nikobary są niedostępne dla turystów z powodów wojskowych, ale na Andamanach sześć z 576 wysepek tak, a że są dodatkowe linie z kontynentu, 100 dolarów w dwie strony wystarczy. Dużo łatwiej jest niż kiedyś też dzięki e-wizom.

Zaraz uciekamy z miejsc popularnych, gdzie zedrą z nas w hotelu, lokalu i na ulicy. Frycowe zapłaciliśmy na Bali, gdzie ograbili nas przy wymianie pieniędzy, a jedzenie było kuriozalnie drogie, bo trafiliśmy na plażę dla bogatych surferów, zarazem poskąpiliśmy na krem i tamtejsze słońce spaliło nas tak, że na maści wydaliśmy trzy razy tyle. Tymczasem na prowincji Wietnamu czy Laosu jest ciekawiej i starczy 15 dolarów na dzienne wyżywienie ze spaniem. Gdzie się da, warto się wtopić w miejscowych: jeść na targu, na uliczce, spać pod strzechą. Inna sprawa, że choć złupią, nie da się nie być w takich miejscach jak Machu Picchu.

 

Odmienność zanika

– Różność to wartość. Przyroda pod tym względem się trzyma. Ale bardziej ciekawią mnie ludzie. Jeszcze zdarzają się inni. W zeszłym roku pojechaliśmy spotkać górali w Indiach. Mieli mnóstwo tatuaży i duże przedmioty w uszach, łącznie z buteleczkami. Później był Wietnam. Skuterami robiliśmy wypady z kolejnych miast: do stu wodospadów, do reliktowej spółdzielni herbacianej. Komuna, ale biedy nie ma, a już w Hanoi handel aż huczy i hotele takie, że głowa mała. Świat jest coraz bardziej zunifikowany, a przez to mniej ciekawy. Wszędzie ta sama sieć McDonald’s i to samo KFC, co w Koszalinie; tę samą plastikową rybkę czy przysłowiową ciupagę kupię w Kołobrzegu, Sajgonie i Limie, tyle że bez wydłubanego słowa „Zakopane”. Ugandyjczyk śpi na klepisku w chacie bez prądu, ale komórkę ma; doładuje na słupie w centrum wsi. Chcąc świat chłonąć i zaspokajać ciekawość, trzeba szukać coraz dalej. Dlatego jadę nie tylko wietnamskim autobusem z miejscami do spania, ale laotańskim – na beczkach ze śledziami czy workach z ryżem, a na dachu tarcica i 15 skuterów. A że trafiam na biedę… To uczy pokory i dystansu. Biednie nie znaczy głupio. Zarazem gdy wracam stamtąd, dociera do mnie, że nie wyłączą mi prądu parę razy dziennie i że mam sedes.

 

Maski – przewaga białego

– Początkowo zwoziłem dużo i co popadło, a pierwsze maski kupowałem w Belgii na pchlim targu. Teraz od masek odchodzę, bo nie ma gdzie wieszać, poza tym goście boją się w nocy. Interesują mnie już wyłącznie autentyki używane przez tubylców; nie są dla turystów, ale tam sprzedadzą wszystko – przewaga białego. Przywożę jedną, dwie rzeczy, za to wysmakowane i różnorodne: fetysze, grzebienie, fajki, jałmużniczki. Weź pan to do ręki. Ładne i ciężkie? Heban! Wypicowane dla turystów. Do rytuału nie użyją tak drogiego drewna. Z drugiej strony na dodatki zamiast rafii użyją plastikowych koralików i szkiełek – takie czasy, ale to też jest oryginalne. Te małe na ścianach to maski paszportowe, noszone przez wędrujących Afrykanów na ramieniu lub piersi dla identyfikacji międzyplemiennej. Duże służą celom kultowym i rytualnym. Stare, wartościowsze maski są lekkie. Na niektórych zachowały się włosiaste dodatki z rafii. Włócznie – te stuletnie, które pan próbuje, mają dużą wartość. Ale są od kolekcjonerów europejskich, bo w Afryce już ich nie ma, tam mają strzelby.