Do Koszalina powrócił dr Krzysztof Majka, ostatnio ambasador RP w Korei Południowej. Mało kto w Polsce może być równie wiarygodnym źródłem wiedzy na temat obecnej sytuacji na Półwyspie Koreańskim podzielonym na dwa państwa jednego narodu niż nasz rozmówca.

 

– Podział Korei na komunistyczną Koreę Północną i Republikę Korei (inaczej Koreę Południową) trwa od 1953 roku i jest jednym z ostatnich reliktów zimnej wojny. Czy Koreańczycy chcą zjednoczenia? A może „południowcy” boją się, że zjednoczenie pochłonie ich dobrobyt?

– Formalnie podział Półwyspu Koreańskiego nastąpił wcześniej, jako konsekwencja ustalenia stref wpływów zwycięskich mocarstw po II wojnie światowej. W sierpniu 1948 r. proklamowano utworzenie Republiki Korei z prezydentem Li Syng Man na czele, a we wrześniu tego samego roku Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną, gdzie premierem został Kim Ir Sen. Po zawieszeniu działań militarnych w 1953 r doszło do podpisania jedynie rozejmu, a nie traktatu pokojowego i ustanowienia strefy demarkacyjnej. Strefa ta ostatecznie rozdzieliła Półwysep Koreański i utrwaliła podział na dwa państwa. Formalnie więc oba kraje pozostają w stanie wojny. Warto w tym kontekście wspomnieć, że swój udział w nadzorowaniu zawieszenia broni na półwyspie ma również nasz kraj. Polska obok, Szwecji i Szwajcarii jest członkiem tzw. Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych, a nasi oficerowie biorą czynny udział w pracach komisji. Z politycznego punktu widzenia jest to ważny wkład naszego kraju w utrzymywanie pokoju w tym newralgicznym miejscu na Ziemi, doceniany przez stronę południowokoreańską.

Przez blisko siedem dekad oba koreańskie kraje podążały różnymi politycznymi i ekonomicznymi drogami, co przy braku jakichkolwiek dobrosąsiedzkich relacji i możliwości kontaktowania się obywateli spowodowało, że mimo etnicznego powinowactwa poczucie wspólnoty między nimi maleje. Efektem tego jest zauważalny, w miarę upływu lat, spadek poparcia dla zjednoczenia obu krajów, tym bardziej, że nie wiadomo jak praktycznie taki proces mógłby przebiegać, jak go sfinansować i jaki byłby przyszły polityczny system po zjednoczeniu. Badania sondażowe wskazują, że poparcie dla zjednoczenia obu Korei po stronie południowej jest wyraźnie większe wśród ludzi starszych niż wśród ich synów i córek. Młode pokolenie wydaje się być bardziej zorientowane na inwestowanie w siebie i swój dobrobyt niż ponoszenie kosztów zjednoczenia. Hipotetyczne koszty zjednoczenia są trudne do oszacowania i zależne od tego, jak miałoby ono przebiegać. Nie ulega jednak wątpliwości, że ich gros musiałoby ponieść południowokoreańskie państwo, a byłaby to wielokrotność jego obecnego PKB. Tak więc kraj ten musiałaby zacisnąć pasa na co najmniej następne pół wieku.

_1040068

– Korea Południowa z państwa na starcie słabszego (w 1953 północ była ekonomicznie silniejsza) stała się potęgą gospodarczą nie tylko w skali lokalnej i ma obecnie PKB wyższe od Korei Północnej 15-krotnie. Jak to się udało?

– Dane ekonomiczne KRLD są objęte tajemnicą państwową. Stąd duża rozbieżność wszelkich szacunków. Według źródeł południowokoreańskich różnica potencjałów gospodarczych wyrażana w PKB obu krajów jest znacznie większa. Faktem jest, że jeszcze w latach 70. gospodarka północnokoreańska uznawana była za silniejszą niż południowokoreańska. Po tym okresie wolnorynkowy model rozwoju Korei Południowej oraz polityka zaciskania pasa i mądrych inwestycji okazała się znacznie efektywniejsza niż komunistyczny model przyjęty na Północy. Ważnym elementem stymulującym rozwój kraju była też pomoc finansowa Stanów Zjednoczonych w postaci różnego rodzaju pożyczek i grantów. Szacuje się, że w latach 1946-78 osiągnęła ona wartość ok. 60 bln USD – to jest niewiele mniej od pomocy udzielonej przez USA całej Afryce w tym samym czasie. Koreańczycy wyegzekwowali również znaczne fundusze od Japonii w ramach reparacji za okres skolonizowania. Pieniądze te zostały bardzo dobrze zainwestowane w rozwój infrastruktury, a także nowe technologie i gałęzie przemysłu. Inwestowano również w rozwój nauki i edukację. Pęd do edukacji oraz silna konkurencja na tym polu jest tam tak wielka, że niedawno rząd musiał wprowadzić zakaz korepetycji po godzinie 22.00. Ważnym elementem wzrostu gospodarki Republiki Korei była też strategia wspierania rozwoju własnych przedsiębiorstw, szczególnie produkujących na eksport. Dzięki temu markę Korei budują dzisiaj takie korporacje jak Samsung, LG, Hyundai, zaliczane do najcenniejszych marek świata.

 

– Korea Południowa ma burzliwą historię – w tym okres junty wojskowej i represji, które według różnych szacunków pochłonęły nawet milion ofiar śmiertelnych. W tym niemal 50-milionowym społeczeństwie podziały polityczne nadal są ostre a czasy nie tak dawnej dyktatury musiały pozostawić po sobie u wielu poczucie krzywdy. Jak Koreańczycy sobie z tym radzą?

– Oczywiście, pamięć o burzliwych czasach istnieje i rzutuje na polityczne preferencje społeczeństwa, co ujawnia się w wyborach parlamentarnych i władz lokalnych. Bywa też częstokroć przedmiotem gorących debat i burzliwych manifestacji, czego byliśmy ostatnio świadkami na ulicach Seulu i wielu innych koreańskich miast. Koreańczycy są jednak społeczeństwem wychowanym w tradycji konfucjańskiej, podkreślającej znaczenie harmonii w kształtowaniu porządku społecznego, a także wartości podporządkowania się celom nadrzędnym – w tym przypadku zapewniającym rozwój kraju. To pomaga im w nabieraniu swoistego dystansu do własnej historii. Pracując w ich otoczeniu nie mogłem oprzeć się przeświadczeniu, że mają wbudowany w głowie chip wyznaczający „czerwoną kreskę”. Zbliżając się do niej potrafią tłumić własne emocje i różnice zdań. Są przy tym bardzo ambitni, mają poczucie własnej wartości jako społeczeństwo i naród, co pomaga w budowaniu pozytywnych emocji i kierowaniu ich ku przyszłości. Ponadto, zagrożenie ze strony nieprzewidywalnego sąsiada z Północy stanowi czynnik mobilizujący i zachęcający do poszukiwania consensu.

ipad zdjecia zm 819

– Jak radzą sobie ze świadomością tego zagrożenia z Północy, gdzie reżim komunistyczny rozbudowuje arsenał nuklearny i zapowiada zniszczenie „konkurencji”? Mają zorganizowaną samoobronę? Uczy się ludzi zachowania na wypadek nagłego ataku?

– Seulska metropolia leży w odległości ok. 50 km od strefy zdemilitaryzowanej, stanowiącej de facto granicę między obiema Koreami. Oznacza to, że niemal połowa obywateli kraju znajduje się w bezpośrednim zasięgu „tysięcy luf” broni konwencjonalnej, skierowanej na miasto z Północy. Do tego dochodzi wyraźny postęp w rozbudowie arsenału nuklearnego. Mimo to w ciągu swojej sześcioletniej misji ambasadora, nie zaobserwowałem śladów paniki. Regularnie powtarzające się groźby reżimu w Pjongjangu, iż zmienią Seul „w morze ognia”, uodporniły mieszkańców Seulu. Można odnieść wrażenie, że groźby wywołują większe poruszenie w świecie niż samej Korei. Niemniej jednak zagrożenia nie można lekceważyć. Przy takim nagromadzeniu wojska i sprzętu zawsze istnieje ryzyko wymknięcia się sytuacji spod kontroli i tragicznej w skutkach eskalacji działań militarnych. Kiedyś zapytałem generała dowodzącego amerykańskim kontyngentem w Seulu, czy należy się już bać. Odpowiedział, że według niego sytuacja jest pod kontrolą, ale „Krzysztof, co będzie jak wszyscy się mylimy?”. Z militarnego punktu widzenia wojsko musi być przygotowane również na negatywne scenariusze.
Koreańczycy mają silną armię, wspieraną przez armię amerykańską, której blisko 30-tysięczny kontyngent stacjonuje na terenie ich kraju. Są dobrze przygotowani na wypadek wojny. Posiadają też dobrze zorganizowaną samoobronę. Jeszcze nie tak dawno co tydzień, a obecnie co miesiąc, w Seulu wyją syreny i mieszkańcy ćwiczą ukrywanie się w schronach, którymi są najczęściej stacje metra. Istnieją szczegółowe plany obrony miast, obejmujące również coraz liczniejszą grupę obywateli zagranicznych.

 

– Wróćmy do gospodarki. Koreańczycy postawili na specjalizacje, które nie były dla nich oczywiste: elektronikę, przemysł samochodowy i odnieśli sukces. Polska ma w Pana ocenie szansę pójść ich śladem?

– Korea jest przykładem spektakularnego cudu gospodarczego XX wieku. Nie na próżno mówimy o tym kraju „Miracle on the River Han” (Cud nad rzeką Han). Sukces tego kraju może być inspiracją i wzorem dla wielu innych, również Polski. Bezpośrednie przenoszenie recept rozwoju gospodarczego z jednego kraju na drugi jest jednak ryzykowne. Wynika to, przede wszystkim, z różnych uwarunkowań politycznych, gospodarczych i kulturowych, w których rozwijała i rozwija się dana gospodarka. To co zawsze podziwiałem u Koreańczyków, to myślenie kategoriami przyszłości, a nie tylko dnia dzisiejszego. Technologie przyszłości otrzymują solidne wsparcie rządu, a ich rozwój ma zapewnić koreańskim firmom pozycję światowego lidera w perspektywie kilku najbliższych lat. Są również bardzo skuteczni we wdrażaniu nowinek technologicznych do przemysłu. Droga od badań naukowych do ich transferu do gospodarki jest znacznie krótsza i efektywniejsza niż w Polsce, a bez wdrożenia nie można mówić o innowacjach.

Zofia i Krzysztof Majkowie 1

– Fenomenem jest stopień skomputeryzowania społeczeństwa koreańskiego. Niemal każde gospodarstwo domowe, nawet na licznych tam niewielkich wyspach, ma dostęp do szybkiego Internetu. Jak oni to zrobili?

– Osiągnęli to właśnie dzięki perspektywicznemu myśleniu i konsekwentnemu inwestowaniu w technologie innowacyjne. Może cieszyć, że w Polsce pojawiło się zrozumienie tego problemu. Przykładem tego może być chociażby Strategia na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego, która zakłada, że po polskich drogach ma jeździć milion aut elektrycznych do roku 2025. Sceptykom może to wydawać się mrzonką, ale postępu nie można osiągnąć bez stawiania ambitnych celów.

 

– Jacy są Koreańczycy na co dzień? Spędził Pan wśród nich wraz z małżonką sześć lat. Znaleźli Państwo tam przyjaciół?

– Koreańczycy są, przede wszystkim, bardzo ambitni, pracowici i dumni ze swojej narodowej przynależności. Myślę, że w tym zakresie moglibyśmy się wiele od nich nauczyć. Źle znoszą jakąkolwiek krytykę własnych poczynań czy też dotyczącą sytuacji w ich kraju. Chcą być na czele i mają wrodzony instynkt konkurowania. Dążą do tego, aby zawsze być „the best” i „number one”, co dla obcokrajowców może być denerwujące, a nawet bywa przyczyną oziębienia kontaktów. Są bardzo rodzinni i przywiązani do swojej tradycji. Normalne jest, że młodzież wypożycza hanboki, czyli stroje narodowe i z dumą paraduje w nich po ulicach miast. W rodzinie nadal dominującą rolę odgrywa mężczyzna/ojciec, choć wpływy Zachodu i emancypacji kobiet są coraz wyraźniejsze. Przy pierwszym kontakcie zachowują się z dużą rezerwą, kontrolując emocje, szczególnie w odniesieniu do obcych. Po bliższym poznaniu okazują się bardzo towarzyscy, gościnni i uwielbiają śpiewać. W Korei jest wiele klubów karaoke, gdzie wynajmuje się na godziny pokoje do śpiewu i tam bywa najlepsza zabawa. Jest to powszechne i bez barier wiekowych czy też związanych z zajmowaną pozycją społeczną. Proszę sobie wyobrazić ministra spraw zagranicznych który razem ze swoimi wiceministrami występuje, śpiewając na koncercie charytatywnym przed współpracownikami i korpusem dyplomatycznym. Myślę, że u nas byłby z tym problem.
W ciągu sześciu lat pobytu w Korei poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi. Prowadząc aktywną działalność promującą polską kulturę, a jednocześnie będąc otwartym na otaczającą nas „koreańskość”, mieliśmy oboje z żoną okazję zaskarbić sobie sympatię miejscowego środowiska, miejscowych mediów oraz zyskać przyjaciół, z którymi nadal utrzymujemy kontakty. Niewątpliwie cieszący się wysokim poważaniem status dyplomaty ułatwiał nam to zadanie. W Korei status dyplomaty jest poniekąd zbliżony do statusu celebryty.

 

– Najpierw Pan dwa lata temu, a ostatnio pani Zofia, zostali Państwo honorowymi obywatelami Seulu. To pierwszy taki przypadek, by ambasadorska para została w ten sposób wyróżniona. Musieli się Państwo czymś szczególnym zasłużyć. Z czego wyniknęły te honory?

– W Korei spotkało nas wiele zaszczytów. Był to efekt naszej aktywności w nawiązywaniu kontaktów na różnych szczeblach i w różnych środowiskach oraz pełnego zaangażowania w promowanie kultury własnego kraju i rozwijanie współpracy międzynarodowej, co wpisywało się w strategię władz miejskich Seulu. Byliśmy również aktywni współpracując ze środowiskami koreańskimi i członkami korpusu dyplomatycznego w działalności charytatywnej oraz edukacyjnej wśród młodzieży. Działając jako para ambasadorska, uzyskaliśmy efekt synergii. Małżonka działała aktywnie w licznych organizacjach kobiecych, a ja na bardziej formalnym poziomie. Reguła wydaje się być prosta, ale honory przychodzą, jak uzyska się wyższy od przeciętnego poziom rozpoznawalności, a miejscowe środowisko doceni autentyczność zaangażowania.

110727-A-SV709-030 zdjecie z Panmujon 2011

– Kiedy pełnił Pan funkcję ambasadora RP w Korei Południowej dużą wagę przykładał Pan do promocji w tym odległym kraju polskiej kultury. Korzystali na tym również artyści z Koszalina. Czy Pana następca będzie kontynuował te działania?

– Rzeczywiście wielu artystów z Koszalina oraz kraju wzięło udział w organizowanych cyklicznie międzynarodowych sympozjach i miesięcznych plenerach. Z naszego regionu zaprezentowali się w Korei tacy artyści jak Zygmunt Wujek, Zbigniew Murzyn, Krzysztof Rećko-Rapsa, Romuald Wiśniewski, Danuta Nawrocka oraz Michał Stefani. Jesteśmy oboje z małżonką dumni, że koszalińscy artyści poprzez swoją artystyczną twórczość znakomicie promowali Polskę, a ich prace zachwycały Koreańczyków. Niektórzy z nich dodatkowo wystawili swoje dzieła w prestiżowych galeriach takich jak np. Samsunga w centrum Seulu. Pamiętam, że budziło to pewnego rodzaju zazdrość wśród artystów koreańskich, dla których owe galerie nie były dostępne. Czy tego rodzaju działalność będzie kontynuowana pod nowym kierownictwem ambasady? To pytanie raczej do mojego następcy. Każdy ambasador ma pewną swobodę w kształtowaniu konkretnych działań i priorytetów promocyjnych.

 

– Jakie ma Pan plany na najbliższy czas? Jakaś kolejna misja dyplomatyczna, czy raczej mniej absorbujące sprawy?

– Odpowiem dyplomatycznie. Czas pokaże. Wszystkie opcje są możliwe.

 

– Już wkrótce rozpoczną się Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2018 w Pjongchang. Czy nie żal Panu, że skończył pan misję ambasadorską przed tym wielkim sportowym wydarzeniem?

– Misje ambasadorskie trwają zwykle cztery lata. W moim przepadku było to równe sześć lat, a więc nie mam powodu do żalu. Oczywiście, wspaniale byłoby witać i kibicować polskim sportowcom w Korei, ale na pewno będzie ich w tym entuzjastycznie wspierać Polonia, która w Korei jest wprawdzie nieliczna, ale dynamiczna. Drużynę naszych narciarskich skoczków mieliśmy okazję witać rok temu w Seulu, podczas ich sportowych zmagań w Japonii i Korei. Jestem przekonany, że oprócz sportowych wyczynów, szczególnie imponujący będzie również program artystyczny otwarcia i zakończenia olimpiady. Koreańczycy nie przegapią tej wielkiej szansy promowania swojego kraju. Są w tym prawdziwymi mistrzami i nie żałują na te cele pieniędzy. W 2011 r. miałem okazję być gościem na ceremonii otwarcia Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce w Daegu. Było to pasjonujące widowisko i przeżycie, które do dzisiaj pamiętam. Warto też wspomnieć, że podczas ceremonii otwarcia drużyny obu koreańskich krajów przemaszerują razem pod wspólną flagą. Oba kraje wystawią także wspólną reprezentację kobiet w hokeju na lodzie. Z politycznego punktu widzenia jest to bardzo ważne wydarzenie. Miejmy nadzieję, że olimpiada przyczyni się do trwałego złagodzenia napięcia na Półwyspie i będzie stanowić zaczyn do szerszej współpracy obu wrogo dzisiaj nastawionych krajów. Oznaczałoby to, że spełniła swoją pokojową misję.

SAM_1818


 

Krzysztof Ignacy Majka (ur. 1949) – ukończył studia na Politechnice Gdańskiej, następnie uzyskał stopień doktora. Pracował jako nauczyciel akademicki na Politechnice Koszalińskiej. Był konsulem RP w Mumbaju, a w latach 1997–2001 był senatorem IV kadencji (AWS). Później objął stanowisko ambasadora RP w Indiach. W 2011 mianowany ambasadorem RP w Republice Korei. Małżonka ambasadora, pani Zofia Majka, aktywnie wspierała męża w promocji Polski na kolejnych placówkach dyplomatycznych, jakie obejmował.