Syberia, zimno, głód, spanie pod gołym niebem, całodzienna wędrówka przez tajgę, gdzie człowieka napotkać trudniej niż dzikie zwierzę. Dla przeciętnego człowieka brzmi jak koszmar. Dla Artura ‚Szu’ Szuszkiewicza jak przygoda. W wyprawie survivalowej „Z łagrów Kołymy” wziął udział we wrześniu, na zaproszenie olsztyńskiej grupy Universal Survival. Nie była pierwszą w jego życiu, ale dotychczas najdalszą, najdzikszą i najbardziej wymagającą.

 

– Jak powstała wasza grupa?

– Chłopaków z Universal Survival poznałem na jednym z kursów, dwa lata temu. Odbyłem u nich trzy szkolenia, a potem zaproponowali mi współpracę przy kursach survivalu miejskiego w roli instruktora pomagającego przy realizacji scenariusza. W ubiegłym roku dostałem od nich zaproszenie na wyprawę do Finlandii, jednak ze względu na obowiązki zawodowe nie mogłem pojechać. Kiedy w tym roku zaproponowali wyjazd na Syberię, nie mogłem odmówić. Taka okazja już by się nie powtórzyła.

DSC01860

– Jaki był planowany przebieg trasy?

– Trasa zakładała podróż z Warszawy, przez Moskwę do Magadanu. Następnie wyjazd 500 km na północ do miejscowości Sinegorje nad rzeką Kołyma. Tam po przygotowaniu sprzętu scenariuszowego mieliśmy kierować się w stronę dopływu Kołymy, rzeki Bachapcia i stamtąd odbyć kilkudniowy marsz w górach porównywalnych do polskich Karkonoszy, a następnie wrócić do rejonu mostu drogowego pod Sinegorje, skąd startowaliśmy.

 

– Ale nie udało się jej zrealizować.

– Zakładaliśmy, że będzie ciężko, byliśmy dobrze przygotowani, ale wielu rzeczy nie przewidzieliśmy. Zawiódł nas sprzęt, a sama droga okazała się trudna do nawigacji. Kolega fotograf dostał znienacka tak wysokiej gorączki, że prawie nie było z nim kontaktu, ratownik natomiast miał silne bóle głowy. Podejrzewamy, że był to jet-lag po szybkiej podróży przez strefy czasowe, może różnica ciśnień. Biorąc pod uwagę te czynniki, szef zespołu zdecydował o zmianie trasy.

DSC01886

– Co w wyprawie było najtrudniejsze?

– Największym problemem było poczucie izolacji. Chodziliśmy po totalnym odludziu. Tereny Kołymy są górzyste, bardzo ciężkie, nie eksplorowane przez ludzi. Gór jest tyle, że nie mają nawet swoich nazw – szczyty opisują jedynie rzędne. Kiedy weszliśmy w głąb tajgi, las był tak gęsty, że 500 metrów pokonywaliśmy w godzinę.

DSC01901

– A zimno?

– Jeśli chodzi o wyobrażenie kontra rzeczywistość, temperatura wypadła najlepiej. W dzień było plus 24 stopnie, w nocy minus 3 stopnie. Krótko po naszym wyjeździe spadła do minus 10, czyli jak mówią Rosjanie pojawiły się „przymrozki”, a teraz jest tam 30 stopni mrozu przez całą dobę. Trzeba jednak pamiętać, że organizm niedożywiony i odwodniony mocniej odczuwa zimno.

 

– Jak planowaliście wyjazd?

– Najpierw odbywaliśmy konferencje telefoniczne – część chłopaków jest z Olsztyna, jeden z Warszawy i ja z Koszalina. Na krótko przed wyprawą spotkaliśmy się w domku pod Olsztynem, gdzie już z mapami planowaliśmy każdy dzień i dosłownie każdą godzinę wyprawy oraz najważniejsze – procedury bezpieczeństwa. Każdy uczestnik przed wyjazdem otrzymał swoją rolę. Ja byłem nawigatorem – moim zadaniem było między innymi lokalizowanie zespołu, informowanie, gdzie się znajdujemy i kierujemy w kolejnych punktach wyprawy. Kuba był szefem zespołu odpowiedzialnym za wszystkie decyzje, Michał był ratownikiem medycznym i zastępcą szefa, Witek skrybą, a drugi Artur – fotografem, który miał rejestrować wyprawę na zdjęciach i filmach. Jako jedyny w związku z tym miał wygodne buty, śpiwór i liofilizowane jedzenie.

DSC01980

– Opowiedz o idei wyprawy.

– Od początku celem była Kołyma, ale powstały dwie koncepcje scenariusza wyjazdu. Pierwsza – lecimy samolotem, który rozbija się na dzikim terenie. Wygrała jednak druga – historyczna, bardziej mi bliska ze względu na to, że zajmuję się rekonstrukcją – symulacja ucieczki więźniów obozu, którzy zgubili pościg i przedzierali się przez tajgę w celu znalezienia jakiegokolwiek schronienia. Nazwaliśmy ją „Z łagrów Kołymy”. Dużą rolę w przygotowaniach odegrały „Opowiadania kołymskie” Warłama Szałamowa, które były dla nas kompendium wiedzy. Pisał on między innymi, że z Kołymy nikt nigdy nie uciekł. Próby kończyły się wegetacją w tajdze przy –50 stopniach i dobrowolnym powrotem do łagrów. Strażnicy obozów często zresztą mówili, że to nie oni strzegą obozu, ale natura.

 

– Co ze sobą zabraliście?

– Przede wszystkim sprzęt asekuracyjny. Planując wyjazd, najwięcej czasu poświęciliśmy procedurom bezpieczeństwa. Nie zabraliśmy namiotów ani śpiworów, aby w miarę wiernie odwzorować warunki łagrowej ucieczki. Posłania codziennie budowaliśmy z chrustu, żeby odizolować się od zimnej i wilgotnej ziemi. Mieliśmy też zawoskowane bawełniane płachty, żeby osłonić się przed ewentualnym deszczem. Poza tym jeden wełniany koc na dwie osoby. Do ubrania: drelichowe komplety – spodnie i koszule, wełnianą koszulę i sweter plus waciakowy komplet roboczy i onuce zamiast klasycznych skarpet. Ja miałem podkute repliki butów wojennych Wehrmachtu. Rzeczy nosiliśmy w zaimprowizowanych na miejscu plecakach z patyków połączonych jutowymi sznurkami.

DSC02257

– Co jedliście?

– Nie mogliśmy zabrać jedzenia na więcej niż dziesięć dni. W końcu wzięliśmy racje na tydzień, co się wpisywało w scenariusz łagrowy. Szałamow opisywał, że co dziesięć dni wysyłano więźniów łagrów do „kąpieli”, a w tym czasie strażnicy sprawdzali i czyścili pomieszczenia z wszelkich ukrytych przez więźniów „skarbów” jak na przykład dodatkowe kromki chleba. Ostatecznie nasza dzienna racja żywnościowa wynosiła 200 gramów suchego chleba na osobę, 100 gramów kaszy gryczanej i kawałek wojskowej słoniny. Uzupełnialiśmy jadłospis trzema gatunkami jagód, herbatą z cedrowca i dodatkiem rośliny bagno. W lesie sporo było grzybów, ale baliśmy się zbierać mimo późniejszych zapewnień Rosjan, że są jadalne. Awaryjnie mieliśmy dwie puszki skondensowanego mleka, które zjedliśmy partiami przez dwa tygodnie i trochę owsianki.

 

– Niewiele jak na marszrutę po tajdze…

– Póki mieliśmy jeszcze siły na początku, nie było źle, ale od pierwszego dnia scenariusz łagrowego już wydzielaliśmy jedzenie. Z głodem można sobie różnie radzić. Na przykład jednego dnia zjeść ciut mniej, a następnego trochę więcej. W życiu bym się nie spodziewał, jak dobrze smakuje garść okruszków ze szmatki, w której przechowywaliśmy chleb. Wrzucaliśmy je do kubków z wodą, żeby napęczniały i wypełniały żołądek. Z samą wodą też był problem, bo choć wokół było mnóstwo górskich strumieni, zakładaliśmy dla bezpieczeństwa, że nie była zdatna do bezpośredniego spożycia. Za każdym razem trzeba ją było więc gotować. Mieliśmy też pakiety awaryjne, w których oprócz zapasowego kompasu i apteczki były też batony, gdyby potrzebny był strzał energii.

DSC02345

– A gdyby naprawdę coś się stało: kontuzja, poważny problem ze zdrowiem, wypadek?

– Mieliśmy system ratunkowy GPS Spot, nadajnik, z pomocą którego codziennie meldowaliśmy się do Polski, wysyłając sygnał OK i krótką informację o miejscu, gdzie znajdujemy się danego dnia. W razie problemu mogliśmy wysłać sygnał o problemach do Polski. Trzeci guzik to SOS, który przez satelitarne międzynarodowe centrum powiadamiania ratunkowego powiadamia wszystkie jednostki ratunkowe, jakie są w pobliżu danego miejsca. Nie wiemy, ile czasu zajęłoby dotarcie ratowników do nas, i czy w ogóle bylibyśmy widoczni dla jakiegokolwiek śmigłowca. Na szczęście nie musieliśmy tego sprawdzać.

 

– Mieliście zabezpieczenia „antyniedźwiedziowe”?

– Dwie trzymetrowe dzidy. Generalnie w tajdze trzeba się zachowywać głośno, żeby niedźwiedzia nie zaskoczyć i nie przestraszyć. Ostatecznie go nie spotkaliśmy, choć znaleźliśmy świeże odchody, więc w pobliżu na pewno gdzieś był. Pełniliśmy oczywiście nocne warty, żeby odstraszyć także inne zwierzęta.

 

DSC02110– Dużo ich było?

– Spotkaliśmy małego łosia i mnóstwo czarnych wiewiórek i małych gryzoni, które biegały nam po posłaniach. Generalnie zwierząt było mało, za to sporo owadów – komarów i wyjątkowo uciążliwych meszek, które pokonywały nawet moskitery. Żadne środki na nie nie działały, włącznie z używanymi przez wojsko brytyjskie w dżungli. Wszystkich nas pogryzły, do tej pory mamy ślady po ich ugryzieniach.

 

– W tak małej grupie jesteście na siebie skazani, zależycie od siebie. Co jest wtedy ważne?

– Warto jechać w dobrych relacjach, ewentualne napięcia rozwiązywać przed wyprawą, żeby potem nie mieć do siebie pretensji, które wpływają na atmosferę w całej grupie. Trzeba dobrze rozdzielić role i zrozumieć, z czym się wiążą. My byliśmy podzieleni tzw. buddy teamy (wspierający się koledzy). Moim partnerem był Witek. Nadawaliśmy na tych samych falach, mamy podobne poczucie humoru, co też niektórym może przeszkadzało. Cóż, różnie się odreagowuje stres, czasem, jak u nas, przez śmiech. Trzeba to zrozumieć, wszystko wyjaśniać na bieżąco.

 

– Niebezpieczna, odludna Syberia, brak jedzenia, zmęczenie. Co cię w tym kręci?

– Na pewno jest to wyzwanie i próba sprawdzenia się w ekstremalnych warunkach. Poza tym zawsze zakładam, że jeśli mam się czymś zajmować profesjonalnie, to muszę najpierw sam to wypróbować. Więc jeśli rekonstruuję jednostkę spadochronową – muszę sam skoczyć ze spadochronem. Jeśli mam prowadzić profesjonalne szkolenie survivalowe – muszę doświadczyć, co to znaczy być wychłodzonym, głodnym, stracić motywację.

 

– Mieliście jakiś luźniejszy moment w czasie wyjazdu?

– W drodze powrotnej musieliśmy wrócić po cywilny bagaż i ubrania, w których przylecieliśmy do Rosji, a które zakopaliśmy w lesie w wodoodpornych workach i oznaczyliśmy GPS-em. Przypadkiem spotkaliśmy niejakiego Siergieja, który zaproponował podwiezienie nas do mostu, gdzie czekały na nas bagaże, a potem dostaliśmy od niego propozycję noclegu w jego mieszkaniu, w pobliskim Sinegorje. Zostawił nas we własnym domu, tam się mogliśmy wykąpać, w sklepie kupić coś do jedzenia. Pomógł nam dotrzeć do Magadanu, załatwił hostel na pięć dni, bo ze względu na skrócenie trasy, tyle mieliśmy do wylotu do Polski. Zrezygnowaliśmy z tego, za darmo przenocował nas wtedy pastor jednego z kościołów protestanckich w mieszkaniu przeznaczonym dla gości. Dzięki ich uprzejmości mogliśmy zwiedzić sporą część Magadanu, pomnik Masku Skorbje (Twarz Cierpienia) ku czci więźniów łagrów, Zatokę Nagajewo, gdzie wyładowywano skazanych więźniów lagrów, muzeum geologii, a dzień przed odlotem poznani Rosjanie zabrali nas na całodniowe wędkowanie nad rzeką Ola (50 km na wschód od Magadanu) oraz wycieczkę nad Morze Ochockie i miejsce lądowania zwiadu geologicznego Jurija Bilibina w 1928 roku, dzięki któremu odkryto pokłady złota na Kołymie.

 

– Doceniasz wygody cywilizacji, kiedy wracasz z takich wypraw?

– U mnie działa to na zasadzie kontry, Kiedy prowadzę normalne codzienne życie – zaczynam tęsknić za lasem, górami, naturą. Jak jestem w trakcie ciężkiej wyprawy, marzę o jakimkolwiek elemencie cywilizacji, choćby prysznicu, suchych butach czy kołdrze. Zaraz po powrocie myślę o kolejnych wyprawach. I tak w kółko.

 

– Co masz teraz w planie?

– Odkładaną w czasie wyprawę do Maroka i przejście części Atlasu Wysokiego – zdobycie najwyższego szczytu Jebel Toubkal i terenów poza tradycyjnymi szlakami.