Był sylwester 1974. Romek miał 18 lat i chęć do zabawy z chłopakami z osiedla. Sypali ze słoików trochę proszku na chodnik i pukali w to młotkami, wtedy był huk. Za którymś razem musiało jeszcze się tlić, bo gdy Romek dosypywał, słoik wybuchł w jego lewej ręce.

 

– Nawet nie było krwawienia – wspomina, prowadząc samochód. Jedziemy ze Słupska do Koszalina na otwarcie galerii portretów koszalińskich olimpijczyków i paraolimpijczyków w hali Widowisko-Sportowej przy ulicy Śniadeckich. – Za to był strach, co teraz – ciągnie Romuald Rasiak. – Kobiety w sukniach, mężczyźni w lakierkach sunęli na zabawę, a ja już byłem po. Zatrzymałem taksówkę z balowiczami: zobaczyli rękę i bez pytań wysiedli. W szpitalu rozpacz: jak to – bez dłoni?! Odrzucałem fakty, a przez głowę akurat wtedy szły mi marzenia i się utrącały nawet gdy przestawałem patrzeć na rękę.

Arnhem 1980. Romuald Rasiak – najwyższy w polskiej reprezentacji paraolimpijskiej

Arnhem 1980. Romuald Rasiak – najwyższy w polskiej reprezentacji paraolimpijskiej

Był siatkarzem, atakującym – mierzy 189 cm. Grał już w lidze pomorskiej, z szansą na awans. – Co innego piłkarz, biegacz. Ale siatkarz gra rękami! – szalał, a najgorsze były noce.

 

Dziewczyny… Co teraz?! Zapraszano go na każdą prywatkę, dobrze tańczył. Obozy, wakacyjne miłości. Jaka przepaść! – uporczywie porównywał siebie sprzed i po wypadku. I już nie wiedział, co mu się śni, a co się dzieje naprawdę: – Nocami spadałem w otchłań, daremnie chwytając się jakichś witek, korzeni, w dzień odbijałem się między dołem a sztucznym lekceważeniem tego, co zaszło. Użalałem się nad sobą, a zarazem owijałem kokonem. Byłem wycofany strasznie.

 

Pierwsza wkroczyła ciocia z Wysokiego Mazowieckiego. Przyjechała z córką, rówieśnicą Romka, i zabrały go na wakacje. Zmiana otoczenia sprawiła, że zaczął się przekonywać do życia z ludźmi: – Ręka nie przeszkoda, kiełkowało we mnie. Potem się dowiedziałem, że ten wyjazd był skutkiem zmowy mojej matki z ciotką. Mama zachowała dystans, chociaż musiało ją to kosztować. Wspierała z wyczuciem, nie na siłę. Nie histeryzowała, nie litowała się. To ona dowiedziała się o istnieniu we Wrocławiu szkoły średniej z silnym wyczynowym sportem, współpracującej z ośrodkiem rehabilitacji.

 

Pojechał. Ale czy kosmetyczna proteza będzie praktyczna? W siatkówce zbija się jedną, lecz odbiera i podaje dwiema rękami. – Najpierw wątpiłem tak samo jak pan – nie przeczy Romuald Rasiak. – Jednak wyćwiczyłem elastyczną asymetrię. Skoro każda ręka pracowała inaczej, różnie je składałem odbierając na dyszel. Sędziowie byli bezlitośni – gwizdali za każdą podwójną, więc doszedłem do precyzji.
Auto prowadzi też precyzyjnie i nie potrzebuje żadnych ułatwień poza nawigacją, choć akurat do Śniadeckich łatwo dotrzeć z szóstki. Ma trochę żalu: jest słupszczaninem, ale też miał być w galerii, bo należy do stowarzyszenia niepełnosprawnych Start Koszalin i do Jantara, na którego prośbę wysłał swoje dossier i profesjonalne zdjęcie, tymczasem dowiedział się, że na jego portret zabrakło pieniędzy. Ale jedzie, bo ceni więź ze środowiskiem dawnych kadrowiczów.

 

Najważniejszy spośród medali Romualda Rasiaka

Najważniejszy spośród medali Romualda Rasiaka

 

– Do kadry było mi wejść najtrudniej – nie kryje. – Tym bardziej, że z wrocławskiego ośrodka wróciłem do Słupska. Jednak wciąż trenowałem z najlepszymi i grałem w I lidze, dojeżdżając do Wrocławia. Wkrótce dostałem list o powołaniu do reprezentacji. Jaka to była radość, duma! Również harówa, zgrupowania, zawody. W tych najważniejszych, na igrzyskach paraolimpijskich w Arnhem, już wygrywaliśmy finał z Izraelem 2:0, ale zawiodła pokora. Witając się z gąską, rozkojarzeni dostaliśmy 2:3. Ten niezagrany Mazurek Dąbrowskiego ciąży mi do dziś. Ale dopingowaliśmy kolegów z innych dyscyplin i przeżywaliśmy ich Mazurki. Medalowo polska 86-osobowa ekipa w Arnhem wyprzedziła 170 Amerykanów. Pyta pan, czemu w Arnhem, skoro igrzyska paraolimpijskie są zawsze w miastach zwykłych igrzysk – to był rok 80., czyli Moskwa. No ale przecież w Związku Radzieckim nie było niepełnosprawności, więc raz w historii gospodarze igrzysk nie zorganizowali zawodów dla nas. Na wysokości zadania stanęła w zastępstwie Holandia. To było spełnienie. Długo tym żyję, bo szanuję. W encyklopedii „Polscy medaliści olimpijscy i paraolimpijscy” od Paryża 1924 jestem na stronach 719 i 720. Mój krawat z emblematem igrzysk ma 37 lat, wiążę go na gale. Dzięki wyjazdom pozyskałem plejadę przyjaciół na całym świecie i wciąż koresponduję. Zobaczyłem, że nie tylko życie, ale świat jest piękny: przyroda Holandii, zabudowa Amsterdamu… A pierwsze, co zauważyłem – uśmieje się pan – to zapach tamtych stacji paliw, jakby perfumowany, a tu tylko ropa.

 

Jednak splendory i widoki musiały minąć. Koniec kariery jest trudny dla każdego zawodnika, a co dopiero tego, którego sport przywrócił życiu. Ze sprawnymi byłymi gwiazdami Romuald zaczął być gościem honorowym na szkolnych zawodach, wręczać medale, opowiadać. Mijamy drogę w stronę małego Kwakowa ze szkołą sportową. – Pan ma rację, że ci uczniowie nas nie pamiętają, a o paraolimpijskich sukcesach nawet nie słyszeli – zamyśla się były sportowiec. To jaki sens ma kontakt z dzieciakami? Po co im zamierzchłe dzieje? Miał tę rozterkę. I wtedy coś się zdarzyło.

 

W Kwakowie jest szkoła im. Polskich Olimpijczyków, a w niej zwyczaj, że każda pierwsza klasa dostaje za patrona wybitnego sportowca z regionu. Romuald także został patronem. Tego dnia oprócz pasowania na ucznia były zawody. Marysię z porażeniem nóg musiała nosić mama, ale w biegu przez ławkę nie dała rady. Rasiak wyrwał zza stołu prezydialnego, capnął dziewczynkę na ręce i tak ukończyła już wszystkie konkurencje. Wziął na honor więcej: skoro Marysia jest z nami, będzie uczestniczyć we wszystkim, też w majowych Biegach Olimpijskich na 8 km. Przez pierwsze trzy lata biegał z nią w plecaku, a gdy przybrała, bo przecież rosła, zabrał ją na rower, piątego roku na skuter. Potem poszła do gimnazjum, z czasem kształcić się dalej. Dawny patron do dziś utrzymuje serdeczny kontakt z absolwentką ekonomii UAM w Poznaniu – Marysią, co nie mogła przebiec ławki.
Wchodzimy do hali przy Śniadeckich. – Nie ma narodu, który nie ma pamięci! Wszyscy olimpijczycy są tu dziś z nami – otwiera galerię portretów Marian Sypniewski z PKOl. – Ale nie wszystkie portrety – komentuje cicho rozżalony Rasiak.

Bieg na 8 km w Kwakowie. Z Marysią w plecaku Romuald biegał przez lata 2004, 2005 i 2006.

Bieg na 8 km w Kwakowie. Z Marysią w plecaku Romuald biegał przez lata 2004, 2005 i 2006.

– Miało być 30, a jest 21 – przyznaje prezes Klubu Olimpijczyka Jantar Teresa Tałaj, inicjatorka galerii. – Jednak z różnych względów, nie tylko finansowych, a już na pewno nie dlatego, że pan Romuald jest ze Słupska. Brakuje także koszalinian, np. takiej znakomitości jak Dariusz Zelig. Ale w kwietniu będą w Koszalinie Wojewódzkie Dni Olimpijczyka i na tę okazję uzupełnimy kolekcję, a potem będziemy ją powiększać o nowych olimpijczyków i oby nam miejsca zabrakło.

Gdy dziewczynka przybrała, wziął ją na rower. Zdjęcie z roku 2007.

Gdy dziewczynka przybrała, wziął ją na rower. Zdjęcie z roku 2007.

– Teraz w lewo, wzdłuż Netto – podpowiada drogę powrotną Barbara. – To mój pilot, ma świetny zmysł orientacyjny – ocenia R. Rasiak. – Z Basią poznaliśmy się już jako dojrzali ludzie. Może dlatego od początku nie tłamsimy siebie, nie ingerujemy w ukształtowane już osobowości. Kluczem do tego, że nam dobrze, jest wzajemna akceptacja. Natomiast nie ma już z nami mamy Ireny. W 2011 przyjechała na Boże Narodzenie, bo przecież nie mogła być sama. I już została. Wymienialiśmy się z Basią, wciąż ktoś musiał być przy mamie. Była coraz słabsza, a zarazem wszystko chciała sama i nawet przy chodziku się przewracała. Ale nikomu nie można zabronić aktywności. Zabieraliśmy więc mamę nad morze, do lasu, do Gdańska. Jak odżywała! W aucie siadała jak najbliżej okna. A ja miałem nowy dosyt, że jestem potrzebny.

 

Znów mijamy zjazd na Kwakowo. – Zauważyłem – wraca do tematu srebrny paraolimpijczyk – że dzieci, kiedy słuchają tych naszych historii, widzą wzór; gdy dotykają naszych medali, działa to na ich własną wyobraźnię sportową. Uczeń nie widział nas w akcji, ale gdy stanął na swoim pierwszym podium, to zapamięta, że pogratulował mu ktoś, komu podano rękę na jego podium gdzieś na wielkiej imprezie światowej, a czasem ktoś, komu podano rękę, gdy spadał w czarną otchłań. Czasem, wie pan, gest jest ważny.

 

zdjęcie nr 1 - Leszek Doliński i Marian Tałaj

W hali przy ul. Śniadeckich 14 października br. odsłonięto stałą galerię koszalińskich olimpijczyków i paraolimpijczyków. Zaszła okazja, by wybitnym sportowcom zadać parę pytań.

 

W meczu z Armenią Robert Lewandowski po 37 latach pobił rekord Włodzimierza Lubańskiego w liczbie bramek dla reprezentacji. Lubański powinszował Lewemu, ale ciągle podkreśla, że przez kontuzję mógł zagrać w kadrze o wiele mniej meczów. Tymczasem Marian Tałaj (brąz w Montrealu) od 41 lat jest jedynym koszalińskim medalistą olimpijskim. Jak by zareagował, gdyby ktoś mu dorównał? MT: – Byłbym hamulcem, gdybym tego nie chciał. Nie można być zachłannym, trzeba umieć się dzielić.

 

Ryszard Fornalczyk reprezentował Polskę w igrzyskach paraolimpijskich aż sześciokrotnie, zdobywając cztery złote medale w wyciskaniu sztangi leżąc. Czy nie kusił go siódmy raz? RF: – Kusił. Ale przed Pekinem przejrzałem wyniki rywali i wyszło, że zająłbym 8-10 miejsce. Nie chciałem być w cieniu.

 

– Wsadź, wsadź! – wrzeszczeliśmy w sali KOSiR-u, gdy „Dolina” doskakiwał do kosza. Grali w niebieskich koszulkach i chyba czerwonych spodenkach. Finezyjne akcje kończone wsadami młodych koszykarzy MKS-u Znicz i błyskotliwe zwycięstwa: Zelig, Stroiński, Kropidłowski, Lisztwan i Leszek Doliński. Ciekawe, że nawet Wikipedia początki karier Dariusza Zeliga i Doliny datuje dopiero na SZS AZS. LD: – Ależ czasy pan pamięta! To był 1971-1972 rok. Ja nie pamiętam strojów Znicza; mam jakieś zdjęcie, ale czarno-białe. Składu też nie wymienię, chociaż dodałbym Rapacewicza; trener – Jerzy Olejniczak. Krótko graliśmy w WSI, ale było za ciemno i faktycznie przenieśliśmy się na Głowackiego. A w Wikipedii też zauważyłem, że pominęli mi Znicz. Wtedy tak skrupulatnie nie katalogowano sportu.