Tomasz Ogonowski: człowiek słowa. Pisze reportaże, piosenki, spektakle. W ubiegłym roku oczarował dzieci i dorosłych baśniową „Strażniczką magicznego lasu”. W Bałtyckim Teatrze Dramatycznym trwają próby kolejnej bajki, a w tzw. międzyczasie napisał tekst najlepszego spektaklu BTD ostatnich lat, musicalu „Czekając na sygnał”. W zamyśle ma spektakl sf, oczywiście książkę i bajkę dla dorosłych. Twierdzi, że dzieci to widzowie bezkompromisowi, dziennikarstwo w pisaniu nie przeszkadza, a bajką można opowiedzieć o rzeczach najważniejszych. Premiera „Wirusa-świrusa… i całej reszty” już 9 grudnia br. w koszalińskim BTD.

 

Jakie bajki czytałeś w dzieciństwie?

Miałem to szczęście, że moja świętej pamięci babcia, osoba bardzo wykształcona, zadbała, żebym szybko nauczył się czytać. Czytałem od czwartego roku życia. Jak już zacząłem, to czytałem i czytałem. Wszystko, niemal obsesyjnie. Przerobiłem całą literaturę dziecięcą. Kiedy miałem osiem lat, zacząłem czytać powieści J.R. Tolkiena, generalnie literaturę fantasy i fantastykę. Moją ukochaną bajką było „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a. Nie wiedzieć czemu, zawsze najbardziej podobał mi się Ropuch.

 

Czytasz bajki współczesne?

Raczej nie, ale fantasy i fantastyka to gatunki poniekąd bajkowe.

 

Co cię w nich pociąga?

Dobra fantastyka, ta z najwyższej półki, potrafi uwypuklić problemy ogólnoludzkie. Na przykład Philip K. Dick, zdiagnozwany paranoik, pisał kierowany swoim zaburzeniem, a jego historie dziejące się na innych planetach służyły opisaniu atmosfery zagrożenia płynącego z poczucia braku własnej tożsamości. „Amerykańscy bogowie” Neila Gaimana to opowieść o upadku religii itd. Nie jestem zwolennikiem hard science fiction. Nie interesuje mnie, jakie paliwo leje się do maszyn przyszłości. Podobają mi się książki, które używając sztafażu fantastyki, głęboko dotykają nas samych, pozwalają pokazać wielkie problemy i to mnie pociąga.

 

Masz pomysł na taką teatralną historię sf?

Mam pomysł na dwójkowy tekst o parze, która wyrusza w podróż kosmiczną w poszukiwaniu obcych cywilizacji, a na statku mija im całe życie. Latami są zamknięci w ograniczonej przestrzeni, przechodzą różne etapy, kochają się, kłócą, starzeją, kot im umiera, ale nie mogą rozstać, wyjść. Oczywiście niczego nie odkrywają, a kosmos okazuje się być pusty. Ich relacje w tej zamkniętej puszce – to mnie interesuje.

ogon1

W bajkach, które piszesz, da się czytać teorię baśni – sięgałeś do tekstów badaczy gatunku? Roberta Bettelheima, Władimira Proppa?

Oczywiście. Kiedy pracuję nad czymś – tworzę tzw. śmietnik. Przez długi czas nie wychodzę z biblioteki. Zbieram różne impulsy, które docierają do mnie z zewnątrz, pozostają we mnie, pracują i z nich potem rodzi się tekst. Jedną z tych gałęzi jest teoria baśni. „Morfologię bajki” Proppa znam na pamięć. On napisał właściwie wszystko na temat konstrukcji bajki – jest trzydzieści dziewięć możliwych rozwiązań scenariuszowych, i cześć! Faktycznie – trudno coś nowego wymyślić, choć staram się wybiegać poza te warianty. W najnowszej bajce „Wirus-świrus” wymyśliłem odwróconą postać tzw. donatora. Zazwyczaj jest to starszy człowiek, który poddaje bohaterów próbie, a jeśli wyjdą z niej zwycięsko – są przez niego hojnie nagradzani. U mnie jest odwrotnie: donator to postać negatywna.

 

Jak według ciebie powinno się pisać dla dzieci?

Ja traktuję dzieci bardzo poważnie. Nie szczypię się, gmatwam akcję, mimo że często słyszę, że za bardzo. Uważam po prostu, że dzieci się w tym połapią. Pamiętam, jak sam odbierałem bajki – lubiłem rzeczy nieoczywiste, skomplikowane. Dorośli nie doceniają percepcji dzieci.

 

Najpierw wymyślasz bohatera czy ideę?

W przypadku „Wirusa-świrusa” – od idei. Nie zdradzę za wiele, ale pomysł jest taki, że rzecz się dzieje w telefonie komórkowym. A zaczęło się od wspomnianego Proppa, który twierdził, że funkcją baśni jest wyjaśnianie tego, co jest nie do ogarnięcia umysłem. Dlatego niegdyś tworzono mity i legendy – by objaśniać nieobjaśnialne. Telefony komórkowe są rodzajem jakiejś na poły baśniowej sytuacji – tak naprawdę: kto wie, na czym to polega, że naciska się jakiś guzik i rozmawia z kimś na drugim końcu świata? I to bez kabla. Równie dobrze Gandalf mógłby machnąć różdżką, i bach: mamy połączenie. Dla mnie jest to zupełnie niejasne. Więc wymyśliłem, że akcja spektaklu będzie miała miejsce w telefonie, co ma jeszcze posmak dydaktyczny. W ramach przygotowań do pisania spotkałem się z panią zajmującą się uzależnieniami u dzieci. Okazała się, że mamy plagę telefonoholizmu. Więc na ogół zaczyna się od pomysłu, później jest etap „śmietnika”, a potem idzie szybko.

 

Piszesz w dyscyplinie?

Nieee, absolutnie. Nie umiem tak pisać. Mam dni, kiedy nie napiszę słowa, a potem siadam i piszę cały akt. Jestem wtedy autystyczny, nieprzyjemny, szorstki wobec ludzi, łażę po mieszkaniu, palę papierosy. Przypominam ośmioletniego chłopca, który idzie ulicą, wali kijem w ziemię i gada do siebie.

 

Dziennikarstwo w pisaniu dla teatru pomaga czy przeszkadza?

Nie wiem, czy to ma jakiś związek. Pomaga być może przy dramaturgii, która wymaga porządku i logistyki. Trzeba analizować, co ma sens, co nie, co zakłóca rytm. Biorę więc wielkie arkusze papieru pakowego, sklejam, rysuję strzałki, kwadraty, kółka; rozrysowuję akcję. Doświadczenie dziennikarskie przydaje się przy tworzeniu dialogów. Pochwalę się, bo mogę: umiem je pisać. Przeszkadza czasem chęć zbytniego układania formalnego tekstu. W pracy literackiej to się nie sprawdza, trzeba puścić opowieść luzem.

Pisanie to jedno, a przeniesienie tekstu na scenę – drugie. Do dramaturgii też się specjalnie przygotowujesz?
Nie, ponieważ mam ogromne zaufanie do ludzi, którym oddaję tekst. To osoby, które zęby zjadły na teatrze. Od razu mi mówią, co nie chwyci. Moje doświadczenie – a zrobiłem dla teatru już sześć rzeczy – jest nadal niczym wobec wiedzy aktorów Wojtka Rogowskiego, Żanetty Gruszczyńskiej-Ogonowskiej czy Michała Siegoczyńskiego. Oddaję im płaski tekst, a oni tworzą z niego figury geometryczne, które nagle zaczynają żyć.

 

Czyli nie obrażasz się na krytykę, cięcia, zmiany?

Absolutnie. Żanetta, reżyserka „Wirusa-świrusa”, ostatnio pocięła mi scenę straszliwie, płakać mi się chciało, ale przekonała mnie, że fragment nie pcha historii do przodu. Mam tendencję do „przegadywania” opowieści. Jak każdy autor chciałbym upchać w tekst jak najwięcej słów, mam ich całe worki. Teatr to inna materia. Jest w nim dużo zwierzęcości, instynktu, energii i temu trzeba się poddać. Pilnuję natomiast sensu i tu walczę, kłócę się.

 

Czemu w takim razie zamiast pisać bajki-książki, zdecydowałeś się pisać je dla teatru?

Trochę przypadkiem. Dyrektor BTD, Zdzisław Derebecki, kilka lat temu dał bardziej doświadczonym aktorom mozliwość reżyserowania bajek, co jest bardzo fajne. Ja z kolei robiłem wcześniej dramaturgię do „Kali babek”, „Cykora, bojącej duszy”, „Nocy poety”, pisałem piosenki itd. Któregoś dnia dyrektor zaproponował, że skoro napisałem dramaturgię do „Cykora”, może napisałbym coś swojego. Tak powstała „Strażniczka magicznego lasu” (premiera w 2016 roku – przyp. am). W tym roku było podobnie – spotkałem dyrektora, zapytał, czy coś piszę – opowiedziałem swój pomysł z telefonem, zachwycił się nim, więc go realizuję. Poza tym, jak wspominałem, podoba mi się ten moment, gdy figury ożywają. Autor książkowy coś traci, bo nigdy nie zobaczy swojego dzieła w 3D. Lubię też pracę kolektywną, z którą mam do czynienia w teatrze, to, że aktorzy wkładają w pracę swoją duszę, doświadczenie i z tego powstaje całość.

 

Projekt kolektywny „Czekając na sygnał” został przyjęty fantastycznie. Pracując nad tym spektaklem, czuliście, że robicie coś dobrego?

Może nie miałem poczucia, że to będzie dobre, ale raczej, że w tej naszej zespołowości jest ogromny power. Towarzyszyło mi ono cały czas. Wiedziałem, że mimo przeszkód, które się po drodze pojawiały, mimo zawiści – jest w nas energia i co by się nie działo, zrobimy to. Mówię to bez żadnej hipokryzji. Niepewność jest zawsze. Budzisz się w nocy i myślisz „Boże, a jak to nie wyjdzie?”. Zaraz premiera „Wirusa”, więc miewam takie momenty.
W kuluarach przed premierą „Strażniczki magicznego lasu” usłyszałam, jak mówisz do kolegi, że jesteś strasznie – mówiąc delikatnie – zestresowany.

Tak, bo dzieci są bezlitosne, bezwzględne. Nie dadzą się nabrać. Największą nagrodę „odebrałem” na premierze „Strażniczki”. Byłem naprawdę mocno „zestresowany”, na widowni obok mnie usiadła pani z siedmiolatkiem typu „pan profesor”: garnitur, rogowe okulary, elegancki i bardzo poważny. Pomyślałem: „Recenzent. Dlaczego usiadłem akurat tutaj?”. Cały czas spoglądałem na niego z niepokojem. Przez pierwszą część siedział spokojnie, bez ruchu. Nagle, ten cichutki chłopiec dosłownie wyskoczył z fotela, zaczął wymachiwać rękami i szaleć. To było mega wzruszające. Poczułem ulgę, że wyszło, udało się, dzieciom się podoba. W takiej chwili mam w nosie, co ktoś napisze w recenzjach. Chodzę na spektakle, obserwuję dzieciaki – jak się dobrze bawią, jestem wniebowzięty.

 


 

ogon3

Tomasz Ogonowski (rocznik 1967). Pochodzi ze Szczecina, mieszka w Koszalinie. Dziennikarz, reportażysta, wydawca („Głos Koszaliński”, „Głos Pomorza”, „Gazeta Wyborcza”, TVN – oddział szczeciński). Człowiek kultury – miłośnik i znawca muzyki, literatury. Dramaturg i autor piosenek. W Bałtyckim Teatrze Dramatycznym zrealizował: „Carskiego syna”, „Kali babki”, „Noc poety” (dramaturgia), „Cykor – bojąca dusza” (dramaturgia, piosenki), „Strażniczka magicznego lasu” (tekst, dramaturgia, piosenki), „Czekając na sygnał” (tekst, dramaturgia).