Tak można skomentować tegoroczną 42. edycję Festiwal Polskich Filmów Fabularnych (po kilku latach eksperymentów organizatorzy wrócili do najstarszej nazwy) w Gdyni. Impreza jest wprawdzie niepełnym – bo brakuje wielu produkcji komercyjnych i niezależnych – ale jednak wciąż najważniejszym przeglądem rocznej produkcji kina polskiego. Z dużymi nadziejami jeździmy we wrześniu na wschodnie wybrzeże, bo im więcej produkcji, tym większa szansa na połów pereł.
Niestety, w tym roku pereł zabrakło, co tylko podtrzymuje pewną odkrytą przez nas dawno temu prawidłowość, a nawet dwie. Pierwsza mówi, że raz na kilka lat przychodzi gorszy rok dla polskiego filmu, tak jakby filmowcom brakowało inwencji albo poczuli się zmęczeni. Druga, ta nowa, że festiwale bez premiery nowego filmu Wojciecha Smarzowskiego są zawsze nieco słabsze. Oczywiście, to tylko żart, przesada, ale patrząc na ostatnie lata z niecierpliwością wyczekujemy przyszłorocznej edycji imprezy – reżyser „Wołynia” pracuje nas nowym filmem.

Trudno w tym roku odnaleźć tak wyraziste jak w latach poprzednich prawidłowości tematyczne i gatunkowe wśród nowych produkcji filmowych. Najwyraźniej minęły czasy hipsterskie, czyli modnych opowieści o modnej młodzieży wielkomiejskiej (tylko „Reakcja łańcuchowa” Jakuba Pączka), a opowieści w sowizdrzalskim stylu „nicnierobimytaksobiesiedzimyigadamy” stały się passe. Zaskoczeniem była obecność – pierwszego od lat – filmu animowanego („Twój Vincent”, reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman).

 

Mieszane odczucia

Nie zawiedli rzemieślnicy kina: Urszula Antoniak („Pomiędzy słowami”), Łukasz Palkowski („Najlepszy”), natomiast rozczarowali doświadczeni filmowcy: Juliusz Machulski („Volta”), zwłaszcza Robert Gliński („Czuwaj”). Cieszy bardzo, że większość spośród filmów w konkursie głównym stanowiły w tym roku debiuty.

Krótki komentarz do nagród. Werdykt nas nie zaskoczył, Złote Lwy dla „Cichej nocy” Piotra Domalewskiego to czysta formalność, film nie miał konkurencji. Srebrne Lwy dla „Ptaki śpiewają w Kigali” Joanny Kos Krauze i wielkiego nieobecnego Krzysztofa Krauze, który premiery nie doczekał i przegrał walkę z chorobą, to również żadne zaskoczenie. Głośny i wyczekiwany ostatni film pary reżyserskiej może budzić mieszane odczucia, ale zawiera w sobie kilka różnych i ważnych symboli, które należało w ten sposób uhonorować.

 

Pożegnanie mistrzów

Nagroda za reżyserię „Pokotu” dla Agnieszki Holland i Kasi Adamik jest do strawienia jedynie w sąsiedztwie innej wiadomości, że za debiut reżyserski i scenariusz nagrodę otrzymała Jagoda Szelc, twórczyni filmu „Wieża. Jasny dzień”, który zrobił na nas największe wrażenie. Warto zapamiętać to nazwisko. O Jagodzie Szelc będzie głośno, to talent niespotykany, wyposażony w siłę, konsekwencję i niezwykłą pomysłowość artystycznych i wizualną.

Nagrodzony film warto obejrzeć również z powodu jego wieloznacznej wymowy i licznych odniesień do sfer, które w czasach pogardy dla zdrowego rozsądku nabierają nowego znaczenia.

Gdynia to również pożegnania. Dwa lata temu, podczas festiwalu, pożegnaliśmy reżysera Marcina Wronę. Tuż po ubiegłorocznym odszedł mistrz, jeden z najważniejszych twórców polskiej i światowej kinematografii, Andrzej Wajda. W tym roku, w czasie trwania festiwalu – Grzegorz Królikiewicz, klasyk kina polskiego, jeden z najważniejszych dokumentalistów swojego pokolenia; scenarzysta, pedagog i profesor sztuk filmowych. Artysta miał być gościem specjalnym 42. FPFF.

Podczas gali rozdania nagród nie poświęcono im czasu, nie znaleziono miejsca na pożegnanie, nie wspomniano o nich słowem. Wstyd.

 


Piotr Pawłowski

 

Czlowiek z magicznym pudełkiem (3)

„Człowiek z magicznym pudełkiem”

 

Rozczarowanie. „Człowiek…” miał zdetronizować pierwszy sukces filmowy Bodo Koxa, „Dziewczynę z szafy”, tymczasem stał się dla utalentowanego reżysera poważną lekcją pokory. Co zawiodło? Pomysł, czyli scenariusz, ale nie rozwinięcie idei, lecz jej ekspozycja.

Wygląda to trochę tak, jakbyśmy usiłowali dostać się do domu bez drzwi. Czujemy, że ta wizja jest konkretna i kompletna, reżyser chce nam powiedzieć coś ważnego, ale stracił głos, więc na gesty, a bez znajomości języka migowego, próbuje skomunikować się z nami. Po kwadransie prób z naszej i jego strony obojętniejemy, przechodzimy obok historii, która mija się z nami o milimetry.

Wśród młodych widzów, którzy na nowo odczytują klasykę, np. „1984”, „Solaris”, odkrywają siermiężne polskie kino postapokaliptyczne, np. Andrzeja Żuławskiego, Piotra Szulkina, film Koxa ma jednak szansę na drugie życie. Czy stanie się kultowy? Jeżeli tak, to w sposób niezamierzony lub w odpowiedzi na słowa twórcy: „Nie jest to produkcja historyczna ani futurystyczna, a opowieść o miłości, która jest, była i zawsze będzie taka sama”.

Reżyser sięga po sprawdzone w science fiction instrumenty: mroczną przyszłość, globalny konflikt, zagubionych bohaterów, okruchy miłości, podróże w czasie, stygmaty katastrofy, ale nie korzysta z nich do stworzenia czytelnej partytury. Zresztą, to nie dziwi, przyznaje bowiem, że w gatunku jest nowicjuszem, a dopiero po filmie zaczął sięgać do kanonu. Użył zatem młotka do łowienia ryb. Szkoda, że najwyraźniej świadomie.

Reż. Bodo Kox, wys. Olga Bołądź, Piotr Polak, Sebastian Stankiewicz (premiera: 20 października 2017).

 

 

Zgoda_3

„Zgoda”

 

Jeden z ciekawszych filmów roku i festiwalu. Sprawnie zrealizowane, wciągające, ale nieprzytłaczające, choć momentami pretensjonalnie zagrane kino gatunkowe ze świetną rolą epizodyczną Tomasza Sapryka. „Zgoda” nie ma szans na dużą widownię, ale wpisuje się w nowy kanon kina wojennego, którego twórcy stawiają ważne pytania i odplamiają naszą historię. Czasami nie potrzeba odpowiedzi, wystarczy rzetelnie opowiedzieć historię.

„Śląsk 1945 roku. Franek usiłuje ocalić ukochaną Annę, osadzoną w obozie pracy dla ówczesnych zdrajców i byłych żołnierzy niemieckich, założonym przez SB” – opis filmu niepotrzebnie go stygmatyzuje na mroczne kino historyczne z wątkiem miłosnym, a więc w tamtych czasach dramatycznym, na tle chaotycznych rozliczeń powojennych. Nie jest to kino weekendowe, ale ma w sobie ładunek emocjonalny, który warto wpuścić do krwiobiegu, by łatwiej rozumieć to, co dzisiaj dzieje się w Polsce.

Zawsze i wszędzie byliśmy i jesteśmy podzieleni, a naszą cechą narodową jest niejednoznaczność. Śląsk to czy Pomorze, Warmia czy Mazury, Polak był i jest Polakiem z dowodu i poczucia, ale nie z korzeni i historii, bowiem nad naszymi głowami przetoczyły się największe burze stuleci i mamy we krwi ślady kilku nacji. „Z tak ciężkim bagażem nie można żyć normalnie” – pomyślałem po projekcji. Co więcej, zdajemy sobie sprawę, jak groteskowe znaczenia ma w Polsce słowo: zgoda. Zamiast porozumienia zawsze niesie ze sobą widmo zemsty.

Reż. Maciej Sobieszczański, wys. Julian Świeżewski, Jakub Gierszał, Zofia Wichłacz (data premiery: 13 października 2017).

 

 

2acd6ed0c35a3f6b53cf1e9af90d.1000

„Pomiędzy słowami”

 

Inne polskie kino. Od lat pracująca poza granicami ojczyzny reżyserka sięga po symbole i wartości rozdartej konfliktami Europy, żeby na tle problemów uchodźstwa, obcości i wykluczenia, w gruncie rzeczy wiecznej samotności człowieka, uświadomić nam prawdę najstarszą, że dom może być tylko jeden i w jednym miejscu.
Inspirująca historia dwujęzyczna, z realnymi bohaterami, świetnie udźwiękowiona (nagroda na festiwalu) i opowiedziana oszczędnymi środkami wyrazu. Co więcej, w konwencji czarno-białej, która tematowi przydaje ostrości i wymowności. Właściwie bez zbędnych scen (poza nagością Jakuba Gierszała) i ocen. Wyrazista rola Andrzeja Chyry.

Ojciec w średnim wieku przyjeżdża do syna, który w Berlinie robi błyskotliwą karierę prawniczą. Widzą się pierwszy raz. Michael wypłukał już z siebie polskiego Michała. Mężczyźni są dla siebie i dla otoczenia obcy; takimi pozostaną.

Przykład kina z opóźnionym zapłonem. Emocje towarzyszące oglądaniu nijak się mają do refleksji po napisach końcowych. Podobnych filmów, czysto opowiedzianych i dających do myślenia, brakuje w polskim kinie. Siłą „Pomiędzy słowami” są dialogi. Urszula Antoniak pozostaje wyczulona na słowa, naturalność. Wreszcie dostajemy portret zwyczajnych ludzi w niezwyczajnych okolicznościach, ale bez patosu, banału i krzywej krzywd narodowych.

Reż. Urszula Antoniak, wys. Jakub Gierszał, Andrzej Chyra, Christian Löber (premiera światowa: 8 września 2017).

 

 

Cicha noc

„Cicha noc”

 

Lektura obowiązkowa, najlepszy film sezonu i festiwalu, odkrycie reżyserskie, debiut roku. Pełne uznanie, zasłużone nagrody, dobre recenzje. Oby był to przebój na miarę np. „Botoksu” Patryka Vegi, ale w zupełnie innej kategorii wagowej.

Pracujący w Holandii Adam wraca do rodzinnego domu na Boże Narodzenie. W rodzinie (wieś ma tu wymiar symboliczny) trwają przygotowania do wieczerzy, ale co najważniejsze są tu wszystkie polskie postaci narodowe: zalkoholizowany dziadek, przegrany ojciec, także walczący z uzależnieniem, trzymająca wszystkich w ryzach, zmęczona matka, siostra z przemocowym mężem, zagubiony brat z ambicjami, który chce stąd za wszelką cenę uciec itd.

„Cicha noc” to również nasz faworyt, na który zagłosowaliśmy w plebiscycie dziennikarzy. Mądre, proste, realistyczne kino z wyrazisty postaciami, przywodzące na myśl filmy Wojtka Smarzowskiego (zwłaszcza „Wesele”, z uwagi na tematykę i sposób narracji).

Reżyser nie uległ pokusie przesterowania historii, których setki znamy z polskiej rzeczywistości. Znamy, ale czekamy na finał, bo może jednak tym razem komuś uda się coś z tego piekła ocalić. Atutem filmy jest też jego kameralność, poza otwarciem akcja rozgrywa się w kilku ścianach.

Znakomite role w większości nieogranych aktorów i dwa kapitalne duety: Dawid Ogrodnik (syn) i Arkadiusz Jakubik (ojciec) oraz tego pierwszego i Tomasza Ziętka (bracia).

Reż. Piotr Domalewski, wys. Dawid Ogrodnik, Tomasz Ziętek, Agnieszka Suchora (premiera: 24 listopada 2017)

 

 

 

Wieża. Jasny dzień
„Wieża. Jasny dzień”

 

Taki debiut zdarza się raz na kilka lat. Taki, to znaczy wyrazisty, nowatorski, z autorskim podpisem. Jagoda Szelc jeszcze nie skończyła studiów, a już wyreżyserowała film, jakiego w polskiej kinematografii nie było, z nieopatrzonymi, choć fantastycznymi aktorami, o którym nie da się zapomnieć, a chce długo dyskutować, schodząc w coraz głębsze rejony interpretacji.

Osią fabuły jest uroczystość komunijna, z powodu której w domu położonym w dziko pięknej Kotlinie Kłodzkiej spotyka się rodzina, w tym Kaja, o której wiadomo tyle, że zniknęła „gdzieś” na wiele lat, a jej córkę, która właśnie przystępuje do sakramentu, wychowuje siostra Mula, oficjalnie matka dziewczynki. Przybycie Kai – a raczej „obcego” – jej obecność, milczenie, spokój, osobność coraz mocniej burzy spokój i porządek rzeczy w rodzinnej mikro skali, ale jest też – co się później okaże – częścią totalnej, nieuchronnej zmiany, która właśnie nadchodzi.

Pytanie tylko czego na co?

Wydaje się, że źródłem rewolucji jest potężna, metafizyczna energia miejsca i przyrody, podważająca i wymazująca dotychczasowe reguły funkcjonowania świata – w tym religię. Nic jednak w ekranowej rzeczywistości nie jest jednoznaczne, a oparte na domysłach i dychotomiach dających się czytać na nieskończenie wiele sposobów. Jak tytuł będący wskazaniem, że wątki rozegrają się między tym, co mocne, ziemskie i utrwalone a przestrzenią, światłem, początkiem nowego reprezentowanymi zresztą przez postawy sióstr.

Trudno przypisać „Wieżę” konkretnemu gatunkowi – łączy w sobie kino grozy, dramat psychologiczny i realizm magiczny, ale na pewno jest hipnotyzującym filmowym doświadczeniem, głęboko symbolicznym, niedefiniowalnym i – przed wszystkim – niepokojącym.

Reż. Jagoda Szelc, wys. Anna Krotoska, Małgorzata Szczerbowska (premiera: 18 września 2017)

 

Atak paniki_2
„Atak paniki”

 

Przez króciutki czas od premiery zdążył już zdobyć łatkę polskich „Dzikich historii” i choć porównania do hiszpańskiego filmu są komplementem, podobieństwa można się doszukać chyba tylko w punkcie wyjścia. Wspólnym mianownikiem dla kilku filmowych wątków są bohaterowie na skraju emocjonalnej eksplozji, ich tytułowy atak paniki wobec sytuacji kuriozalnych, groźnych, nagłych, bez wyjścia generujący serię niefortunnych zdarzeń.

Doznaje go między innymi: małżeństwo w samolocie, dziewczyna dorabiająca w porno filmikach w obliczu spotkania z koleżankami, szantażowany przez telefon kompulsywny gracz komputerowy i kobieta na randce, choć to tylko zaczątki wątków, których dynamika zmienia się niespodziewanie wraz ze spiętrzającymi się problemami. Kumulacja nastąpi na weselu, które – a jakże – zmieni się w koszmar.

Choć opis sugerowałby thriller, „Atak paniki” to komedia, co rzadkie w polskim kinie – inteligentna, i co jeszcze rzadsze – śmieszna. Oczywiście dla widzów, których bawi absurd, komizm sytuacyjny i czarny humor. Kapitalnie zagrana – warto do kina wybrać się choćby dla Doroty Segdy i Atura Żmijewskiego i wątku „samolotowemu”, choć ryzykujemy śmiertelne zniechęcenie do latania, a także Magdaleny Popławskiej i jej aktorskiego popisu uhonorowanego zresztą nagrodą dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Kolejny znakomity debiut ze świetnym, precyzyjnym scenariuszem, błyskotliwymi dialogami. I spora zawsze mile widzianej dawki życiowej ironii.

Reż. Paweł Maślona, wys. Dorota Segda, Artur Żmijewski, Magdalena Popławska, Grzegorz Damięcki, Julia Wyszyńska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Bartłomiej Kotschedoff (premiera: 19 stycznia 2018)

 

 

 

Twój Vincent
„Twój Vincent”

 

Olśniewający filmowy eksperyment. Animacja, kryminał, romans, biografia, film o sztuce i dzieło sztuki w jednym. Rodzaj hołdu złożonego jednemu z najważniejszych artystów wszech czasów, który za życia zdołał sprzedać dwa obrazy, a po śmierci stał się legendą.

Główny bohater stara się odkryć zagadkę tajemniczej (nierozwiązanej dotąd) śmierci Vincenta z okruchów pamięci osób, które go znały, i z którymi spędził ostatnie chwile. W każdej z tych opowieści van Gogh ma nieco inną twarz, a wydarzenia inny przebieg, ale ze wspomnień finalnie wyłania się dojmująco smutny obraz człowieka przeraźliwie samotnego, wrażliwego, odrzuconego, niekochanego i niedocenionego, choć całe życie zabiegającego o uwagę i zrozumienie.

Równorzędnym bohaterem „Twojego Vincenta” jest forma. To pierwszy na świecie pełnometrażowy film wyprodukowany w specjalnie stworzonej, innowacyjnej technice animacji malarskiej. Najpierw zrealizowane zostały zdjęcia z udziałem aktorów (w tym między innymi Jerome’a Flynna, Helen McCrory czy Saorise Ronan), potem zaś klatki filmowe (65 tysięcy!) pomalowało 125 artystów z całego świata, w tym wielu z Polski. Efektem jest imponujące wkładem pracy, wyobraźnią i pomysłem dzieło odmalowane pędzlem van Gogha, ale rękoma jego spadkobierców ożywiające postaci i miejsca z płócien mistrza. Wystarczy wspomnieć, że film do dystrybucji zamówiło już… 135 państw.

Reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman (premiera: 6 października 2017)
Ptaki śpiewają w Kigali

„Ptaki śpiewają w Kigali”

 

Rzeź w Rwandzie. Niewyobrażalne, nieludzkie i hańbiące człowieczeństwo zdarzenie, które trudno ogarnąć rozumem. Jak o czymś takim opowiedzieć? Jak opowiedzieć o ludobójstwie przeprowadzanym na polityczne zamówienie, przy niemym przyzwoleniu świata, kościoła, obciążającym traumą kolejne pokolenia?

Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauzę wybrali ciszę. Zamiast krwawych obrazów – symbolikę. Zamiast opowieści z piekła, opowieść o życiu po apokalipsie.

Bohaterki – Anna, ornitolożka i Claudine, rwandyjska uchodźczyni (aktorka przeżyła masakrę) – tkwią w letargu będącym obroną przed wspomnieniami o wojnie, z której udało im się uciec. Straciły tam bliskich, widziały ich okrutną śmierć. Łączy je wspólnota przeżyć, ale też wiele dzieli. Relacja jest więc nieoczywista, pełna skrajnych, czasem złych emocji.

To film trudny w odbiorze, introwertyczny, przytłaczający. Podany w awangardowej niemal formie, za pomocą nieruchomych, często poucinanych kadrów. Bez muzyki, z rozmytymi kolorami. Jest w tej postrzępionej narracji metoda. Mimo że nie opowiada niczego wprost, opowiada wszystko. Nie trzeba rozbryzgów krwi, by pobudzić wyobraźnię i poczuć grozę wymowy tych pozornie skromnych obrazów, powtarzaną zresztą przez Joannę Kos-Krauze: ludobójstwo może się zdarzyć wszędzie, w każdym kraju, w każdych czasach. Nikt nie jest bezpieczny.
Reżyserka film musiała skończyć sama. Krzysztof Krauze zmarł w czasie realizacji trwającej dziesięć lat. Tyle czasu trwało eksplorowanie i dokumentowanie przez twórców niezwykle ważnego dla nich tematu. Joanna Kos-Krauze ma w tym względzie wiedzę ekspercką. Mieszka w Rwandzie, a świadectw masakry słuchała od jej ofiar. Jest jedynym reżyserem na świecie, jakiemu Rwandyjczycy zaufali i pozwolili opowiedzieć o swoim dziedzictwie. Potwierdzają, że zrobiła to uczciwie.

„Ptaki śpiewają w Kigali” warto obejrzeć, choć jest to seans, po którym wychodzi się z kina, ale nie z historii.

Reż. Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze, wys. Jowita Budnik, Eliane Umuhire (premiera: 22 września 2017)