Co prawda poziom 8. Koszalińskich Konfrontacji Młodych m-teatr” (11-17 września) nie był porywający, nie wyłonił ani wybitnego twórcy, ani spektaklu, jak miało to miejsce w ubiegłych latach i martwi coroczne okrajanie go z wydarzeń towarzyszących, ale festiwal wciąż pozostaje jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych. Co cieszy, pokazane w Koszalinie spektakle w większości to adaptacje tekstów współczesnych, często młodych dramaturgów i pisarzy.

 

W konkursie zmierzyło się sześć spektakli: „Mosdorf. Rekonstrukcja”, reż. Beniamin M. Bukowski z Teatru Nowego z Poznania, „In Dreams Begin Responsibilities (Zobowiązania rozpoczynają się w snach)”, reż. Magdalena Szpecht z Teatru im. J. Słowackiego z Krakowa, „Piłkarze”, reż. Krzysztof Szekalski z Fundacji Teatru BOTO z Warszawy, „Coś pomiędzy” reż. Tomasz Cymerman z Teatru im. J. Kochanowskiego z Opola, „Horror show” reż. Anika Idczak z Nowego Teatru im. Witkacego ze Słupska oraz „Rewolta”, reż. Filip Gieldon z Bałtyckiego Teatru Dramatycznego im. J. Słowackiego z Koszalina. Poza konkursem pokazane zostały „Czekamy na sygnał” BTD, „Český díplom” PWST oraz „Trzech muszkieterów” Teatru Montownia. Po dyskusjach „m-gadugadu-teatr” miały miejsce czytania dramatów w wykonaniu aktorów BTD.

 

Koszalińskie Konfrontacje Młodych „m-teatr” werdyktem jury w składzie Anna Smolar, Jacek Wakar i Adam Orzechowski wygrał spektakl „In Dreams Begin Responsibilities”, będący wyrazem najsilniejszej tendencji współczesnego teatru – próby poszukiwania nowego sposobu komunikacji z widzem. Jury doceniło: „(…) twórcze odczytanie opowiadania Delmore’a Schwartza. (…) stworzenie odrębnej formy z pogranicza teatru i instalacji, która wytwarza pole wolności i zaprasza widza do poszukiwania własnych reguł uczestnictwa.” O ile odrębna forma i pogranicze to właściwe wskazanie, o tyle wolność i ustalanie własnych reguł nijak się ma do spektaklu, w którym widza nie zaprasza się do rozmowy, ale do niej zmusza. Bardzo dosłownie, czyniąc go ruchomą scenografią, widzo-aktorem, częścią akcji stwarzającej ją zawsze od nowa, nieco inaczej. Gościem nieswojego snu. Dla widza, który nie znosi interaktywnych działań w teatrze – koszmar. Ta niechęć dla twórców spektaklu – jak wspominali podczas dyskusji – była kluczowa, zatem postanowili ją złamać w sposób godny terapii behawioralno-poznawczej. Lądujemy więc na scenie z aktorami i na co trafimy, na to bęc. Mamy się przechadzać, obserwować i zatrzymywać tam, gdzie skupi się nasza uwaga. Wybierać, co chcemy oglądać.

Efekt dyskusyjny. Nie pamiętam, o czym była ta historia. Nie miałam szansy skupić się na tekście, przeciskając przez tłum współtowarzyszy. Gdy dotarłam już do którejś ze scen, zazwyczaj się ona kończyła. Od początku do końca udało mi się obejrzeć epizod, w którym aktorka układa wieżę z książek na brzuchu kolegi, po czym oboje uprawiają coś w rodzaju czułych zapasów i nie rozbiło to mojego uniwersum. Co jakiś czas spotykałam aktora, który częstował mnie wypisanym na kartce pytaniem, na przykład o relacje z matką, choć ominął mnie przymus rozmowy. Mówiąc szczerze, po kilkunastu minutach miałam dość biegania, czyhania na sceny, uchylania kontaktu, którego nie pragnę i nie potrzebuję. Rezygnuję więc, staję w miejscu i czekam, aż coś samo pojawi się na mojej drodze. Patrzę w ekran, który wyświetla tekst sztuki w języku angielskim, choć po polsku słucham go w audio i mam wrażenie wzięcia udziału w przedsięwzięciu pretensjonalnym i wydumanym jak tytuł. Inni widzowie ustalają reguły uczestnictwa brutalniej – siadając na widowni, czyli de facto ignorując zaproszenie twórców spektaklu do określonego zachowania.

 

Z ośmiu konkursowych spektakli znacznie ciekawsze jest „Coś pomiędzy”, również igrające teatralną formą i jej gatunkami, ale uzasadniające tę grę treścią. Spektakl meta językiem opowiada o meta emocjonalności pokolenia zawieszonego pomiędzy młodością a dorosłością. Bohaterowie – An i Jan – para bezrobotnych trzydziestolatków kręci film o sobie i swoim związku, pozostając obok niczym obserwatorzy własnego życia, a nie jego uczestnicy. Tak bardzo skupieni na analizowaniu swoich emocji, że w realu ich nieodczuwający. Odcięci od świata, aspołeczni, pogrążeni w wymyślonych sytuacjach i ułudach. W gruncie rzeczy nie mają nic do powiedzenia sobie, o sobie, a jedyne czego są pewni, to że nie są szczęśliwi. Niezaprzeczalnie śmieszny spektakl według tekstu Martina Heckmannsa jest wizją niezwykle smutnej pustki pokolenia narcyzów i hipsterów, życia w rutynie, hipokryzji i nadawaniu mu sensu na siłę. Poniekąd musicalem, trochę happeningiem, parodią. Artystycznie inspirujący, choć niekomfortowy dla widzów odnajdujących na scenie lustrzane odbicia własnego życia.

 

Godzien uwagi jest też spektakl inaugurujący festiwal „Mosdorf. Rekonstrukcja”, ze wszystkich w zestawie najbardziej klasyczny w formie. Jako jedyny w Koszalinie, choć jeden z wielu w Polsce, próbujący diagnozy współczesności, odwołujący się do społecznych napięć i aktualnych dyskusji, kolejny „tykający” bohaterów skrajnej prawicy. Przedstawienie jest próbą odtworzenia paradoksalnego i niejednoznacznego życiorysu Jana Mosdorfa: intelektualisty, antysemity, filozofa, publicysty, przywódcy Obozu Narodowo-Radykalnego, a jednocześnie więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz, rozstrzelanego – według wielu źródeł – za pomoc Żydom. Postać arcyciekawa, wręcz wymarzona dla teatru publicystycznego. Co ważne, reżyser nie stara się Mosdorfa na siłę rozkładać na czynniki pierwsze, a raczej ze strzępków jego biografii tka uniwersalną opowieść o pokrętności ludzkiego losu. Nachalnie nie ocenia, choć trudno nie odczytać stosunku do postaci w osobie narratorki (Antonina Choroszy, zeszłoroczna laureatka nagrody publiczności dla najlepszej aktorki), która opowiada historię Mosdorfa w tonie rezygnacji, oskarżenia, smutku. Po spektaklu odbyła się jedna z najlepszych dyskusji z cyklu „m-gadugadu-teatr”, pełna śmieszno-strasznych anegdot, ale i ważnych pytań choćby o wpływ prywatnego światopoglądu na wybory artystyczne.

 

W drugiej trójce konkursowych pozycji znalazły się najbliższe nam w sensie dosłownym – słupski „Horror Show” i koszalińska „Rewolta”. Poza tym interesujący projekt „Kibice”, którego – niestety – nie udało mi się obejrzeć. „Rewoltę” recenzowaliśmy na łamach „Prestiżu” jako spektakl niespecjalnie udany, choć w tym zestawieniu nie przepada on w przedbiegach. Przedstawienie sąsiadów, pokazane jako ostatnie, wystawione niestety o nieludzkiej porze i na Małej Scenie obejrzała tylko grupka ściśniętych jak sardynki w puszce widzów. Odprawieni z kwitkiem nie mają jednak powodów do rozpaczy, bo z konkursowych propozycji, ta była najsłabsza. Szkoda, bo nazwisko autora adaptowanej powieści – Łukasza Orbitowskiego – budziło spory apetyt. Akcja z Krakowa przeniosła się do Słupska, odmalowanego w dość podobnym klimacie, choć wielkie miasto i pomorskiego średniaka różni, wydawałoby się, wszystko. Świat przedstawiony to surrealistyczny, kiczowaty, senny koszmar, pełen obrzydliwości, odstręczających miejsc i postaci, gdzie komizm miesza się z grozą i w zasadzie na tym opis można skończyć, gdyż estetyka opowiadania jest w nim pierwszoplanowym bohaterem. Dla porządku – odtwórca głównej roli Filip Gurłacz został przez publiczność uznany najlepszym aktorem festiwalu.

 

Główny kierunek działań teatralnych – te pojęcia lepiej oddają strukturę przedstawień – młodych reżyserów to eksperyment – na formie, teatrze i jego widzach. Mieszanie środków artystycznych i dziedzin sztuki – kamera w roli rekwizytu to już standard, powoli staje się nim dziś piosenka, czy szerzej – intencjonalnie używana muzyka. W m-teatrowych spektaklach coraz mocniej czuć to, czym przesiąka dziś także film, a może i cała kultura – niepokój. Wyrażany wprost, wobec konkretnych postaw i okoliczności, ale też wewnętrzny, mający źródło w emocjach, relacjach, będących odbiciem egzystowania w niespokojnych czasach. Twórcy sięgają po tematy rozpadu wartości, zagrożenia, śmierci, uwikłania w historię i nietrwałości międzyludzkich układów zbiorowych i prywatnych. Próbują tę bombę rozbrajać śmiechem, choć schodzi on z twarzy niepokojąco szybko.