Razem z Łabuszem w przeszłości Jamno tworzyło enklawę, której odrębność była na tyle wyrazista, że etnografowie mówią wręcz o kulturze jamneńskiej. Przez wieki jako tzw. wieś miejska stanowiło własność Koszalina. Od siedmiu lat, czyli od momentu włączenia w granice miasta, Jamno stało się jednym z koszalińskich osiedli. Był to wyraźny impuls rozwojowy – przybywa nowych domów, a wraz nimi nowych mieszkańców. Kilkoro z nich zapytaliśmy o to, co sprawiło, że wybrali akurat Jamno na miejsce do życia.

Dawny charakter Jamna zatarł się przez powojenne dziesięciolecia. Jego śladami są jeszcze gdzieniegdzie resztki budynków z muru pruskiego albo postawionych metodą szachulcową. Więcej zachowało się w warstwie niematerialnej, bo współcześni mieszkańcy Jamna-Łabusza starają się zachować z tradycji jak najwięcej. Wystarczy tu wspomnieć motyw Julków, dobrych duszków, o których kiedyś pisał Gracjan Bojar-Fijałkowski, a których na dobre przywróciła zbiorowej pamięci emerytowana nauczycielka Emilia Szybista. To na podstawie jej literackiej pracy powstały ramy spektaklu teatralnego wystawionego przez amatorów najpierw na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie, a później również koszalińskiego amfiteatru – dla paru tysięcy widzów.

D

Nowi i starzy

„Jestem miejscowy” w Jamnie nie może właściwie powiedzieć o sobie nikt. Pierwsi polscy mieszkańcy pojawili się tutaj po II wojnie światowej. Przez długie dziesięciolecia liczba mieszkańców właściwie się nie zmieniała, bo nowych rodzin osiedlało się w Jamnie niewiele. Ale bywały takie. Odwiedziliśmy jedną z nich.

Siedzimy przy kuchennym stole w domu państwa Anny i Andrzeja Pawełkowiczów. Gustaw , trzyletni buldog angielski, który przywitał nas w progu, trafił już do „aresztu”, żeby nie przeszkadzał w rozmowie. Inaczej wciąż by się kręcił koło nóg, domagając się pieszczot i zainteresowania. Taka natura.

Swój przypominający dworek dom państwo Pawełkowiczowie zbudowali sami, 25 lat temu. Wcześniej mieszkali po drugiej stronie krótkiej ulicy Sprężarkowej wspólnie z inną rodziną. Do Jamna przeprowadzili się zaś w 1990 roku z Koszalina. Od siedmiu lat, kiedy sołectwa Jamno i Łabusz zostały włączone w granice miasta, znów mieszkają w Koszalinie.

Pan Andrzej wspomina: – Kiedy tutaj zamieszkaliśmy, prowadziłem już swoją firmę. „Firma” jest określeniem nieco na wyrost, bo mieściła się ona początkowo na powierzchni paru metrów kwadratowych. Tutaj miałem do dyspozycji więcej miejsca i zacząłem rozkręcać biznes w nabytej przez nas stodole. Po paru latach podjęliśmy decyzję, że zbudujemy sobie dom po drugiej stronie ulicy i w ten sposób jesteśmy gdzie jesteśmy.

Warto tu zaznaczyć, że nazwa ulicy nie jest przypadkowa. Sprężarkowa, bo firma państwa Pawełkowiczów od momentu powstania w 1988 roku zajmuje się między innymi sprężarkami, a ogólniej – urządzeniami pneumatycznymi. – To był wówczas teren gminy Będzino i kiedy przyszło do ponazywania ulic, mieliśmy na to wpływ. Skoro firma nazywa się Pneumatica, to niech to nasze miejsce na Ziemi nazywa się Sprężarkowa – śmieje się pan Andrzej. – I tak się stało.

Pneumatica zatrudnia obecnie oprócz właściciela 10 osób, w tym syna państwa Pawełkowiczów, który również mieszka w Jamnie, niedaleko rodziców. – Córka wybrała inaczej. Zamieszkała w podkoszalińskim Cewlinie, bo tam jest stadnina, a konie to jej pasja od zawsze – objaśnia pani Anna.

Pan Andrzej wspomina: – Kiedy tutaj zamieszkaliśmy, to była zwyczajna wieś. Wkoło pasły się krowy, rano piały koguty. Autobus PKS przyjeżdżał parę razy dziennie, bo komunikacji miejskiej jeszcze nie było.
Pani Anna dodaje: – Na środku ulicy przez pół dnia spokojnie wylegiwał się nasz pies. Jeśli ktoś jechał, to go omijał. Wiejska sielanka. Tylko sąsiadka miała pretensje, że takiego „diabła” sprowadziliśmy.

– Pies był charakterystyczny. Piękny chart afgański, utytułowany, zdobywał medale na psich wystawach. Trafił do nas przypadkiem. Kiedyś pod koszalińskim Saturnem zobaczyłem człowieka, który chciał to piękne zwierzę sprzedać, a widać było że je mocno zaniedbał. Jakoś nie mogłem przejść obojętnie. Sięgnąłem do kieszeni. Miałem jedynie banknot studolarowy. Wtedy, na początku lat dziewięćdziesiątych, to było sporo grosza. Facet zaniemówił, wziął pieniądze i oddał mi smycz. I tak pies trafił do nas – relacjonuje pan Andrzej. Żona dodaje: – Bardzo się do nas przywiązał. Był chyba wdzięczny za dobre traktowanie. Chodził za człowiekiem jak cień. Ale fakt, że krasule sąsiadki się go bały.

Anna i Andrzej Pawełkiewiczowie 7

Zmiany

Jak wspominają państwo Pawełkowiczowie, przez lata wiele się w Jamnie nie zmieniało. Ale ostatnio osiedle wyraźnie ożyło: – Lubimy pospacerować albo pojeździć na rowerze, więc zaglądamy to tu, to tam. Nie mogę się nadziwić, jak szybko przybywa tutaj budów. Ostatnio byliśmy w okolicy przystani Koszałka i znowu zobaczyliśmy fundamenty pod kolejne domy, których tydzień temu nie było. Ludzie budują się na potęgę, nawet w szczerym polu. Widać, że jest to miejsce z potencjałem – podkreśla nasz gospodarz.

– Czasami siadamy z mężem i się zastanawiamy, co byśmy zrobili, gdybyśmy mogli odwrócić czas i jeszcze raz decydować na przykład o miejscu zamieszkania – mówi pani Anna. – Nie mamy wątpliwości, że wybraliśmy dobrze. Nie moglibyśmy zamieszkać gdzie indziej. Nam jest tutaj dobrze. Tutaj wychowaliśmy dzieci, tutaj rozwijała się firma. Mamy swój kawałek świata.

Dużo zasługi w tym, że ten „kawałek świata” jest tak sympatyczny, należy do naszej rozmówczyni. Pięknie urządzony dom, zadbany ogród to jej praca. – Pracownicy mówią o mnie „kobieta-sekator”, bo widzą, jak chodzę i ciągle coś przycinam. Ale nie można inaczej. W ogrodzie praca jest non stop – relacjonuje pani Anna Pawełkowicz. – Wysiłku i zdrowego powietrza mi nie brakuje.

– Zieleń wokół, przestrzeń, czyste powietrze to jest to, co powoduje, że czujemy się tutaj dobrze. Jak czasami mamy ochotę na więcej ruchu, wsiadamy na rowery i robimy pętlę wokół jeziora przez Osieki, Łazy, Unieście. Dobre 40 kilometrów. Wtedy utwierdzamy się w przekonaniu, że miejsce do życia wybraliśmy najlepsze z możliwych – przekonuje pan Andrzej. – Największa satysfakcja, że to wszystko zawdzięczamy sobie, wspólnej pracy. Gdzie byśmy nie pojechali, a ja na przykład często jeżdżę wędkować do Skandynawii, wracamy do domu z największą przyjemnością. Jesteśmy tutaj szczęśliwi.

– Jedyne czego mi obecnie brakuje w Jamnie, to chodniki. Ruch samochodowy się szybko zwiększa, a nie ma jak wybrać się na spacer na przykład z wózkiem dziecięcym. To kwestia bezpieczeństwa. Ale ma nadzieję, że to się zmieni i czasem także w Jamnie będą chodniki z prawdziwego zdarzenia – kwituje pani Anna.

 

Anna i Andrzej Pawełkiewiczowie 1

Spory kawałek własnego trawnika

Pukamy do domu Dominiki i Bartosza Jarockich. Otwiera gospodarz – uśmiechnięty, wysportowany trzydziestolatek. Natychmiast za jego plecami pojawia się żywe srebro – trzyletnia córeczka Alma, która przedstawia kolejnego domownika, czyli Koksa – szczeniaczka rasy york. Alma podczas rozmowy nie opuści nas ani na chwilę. Od niej dowiadujemy się – zanim sam się przywita – że Natan, jej ośmioletni brat, odrabia właśnie lekcje, a mama parzy kawę…

Państwo Jaroccy są bardzo przedsiębiorczymi i aktywnymi ludźmi. Pani Dominika prowadziła kiedyś salon kosmetyczny, ale zrezygnowała z niego na rzecz niewielkiej szwalni wyspecjalizowanej w szyciu odzieży medycznej. Sprzedaż – jak się można spodziewać – odbywa się za pośrednictwem Internetu. – Długo by mówić, iloma rzeczami już się zajmowaliśmy – mówi pani Dominika. – Wyznajemy zasadę, że jak jakaś branża kwitnie i się stabilizuje, trzeba szukać kolejnej, żeby uciec konkurencji.

Czy mieszkanie w Jamnie, gdy każdego dnia trzeba dwójkę dzieci zawieźć i przywieźć do przedszkola i szkoły oraz na zajęcia dodatkowe (Natan z sukcesami trenuje judo) nie jest kłopotliwe?

Pani Dominika przekonuje: – To tylko pozornie daleko. Dojazd do przedszkola na Osiedlu Unii Europejskiej albo do „osiemnastki” zajmuje zaledwie kilka minut. Nie stoimy w korkach. Wracamy do domu i czujemy się jak na wsi. Wkoło mamy mnóstwo zieleni, ciszę. Miejsce do życia wymarzone.

Mąż dodaje: – Pamiętam mieszkanie przy ulicy Władysława IV, którego okna wychodziły w kierunku tej „dwupasmówki”. Można było odnieść wrażenie, że samochody jeżdżą nam pod samym nosem. Kiedyś rozmawiałem przez telefon z kim z innego miasta, a ten zapytał mnie, czy mieszkamy przy szpitalu, bo wydawało mu się, że ciągle słyszy syrenę karetki pogotowia. Teraz to co słyszymy, to ptaki a w ciepłe wieczory świerszcze.

 

Kompletna odmiana.

Państwo Jaroccy podkreślają, że kiedy zobaczyli ziemię, na której ostatecznie zbudowali swój dom, długo się nie zastanawiali nad zakupem. – Obecnie już wiemy, że gdybyśmy mogli, dom zbudowalibyśmy inny, parterowy. I parę rzeczy rozwiązalibyśmy inaczej. Ale to jest zgodne z powiedzeniem, że dopiero trzeci dom w życiu buduje się „dla siebie”. Ale co do działki, jej lokalizacji i wielkości, nic byśmy nie zmienili.

Imponujące 30 arów to powierzchnia, na której w innej lokalizacji stałoby zapewne kilka domów. Wokół zadbany trawnik. Na nim trampolina i plac zabaw dla dzieci, elementy siłowni zewnętrznej dla dorosłych, worek treningowy pana Bartosza. – To jest ogromny komfort, kiedy można się czuć całkowicie na luzie, bez skrępowania – podkreśla pani Dominika. – Tutaj sąsiedzi nas nie słyszą, ani my ich, co w bloku bywa czasami krępujące.

– Ale to nie znaczy, że jesteśmy z sąsiadami w jakiejś separacji – śmieje się pan Bartosz. – Wręcz odwrotnie. Pomagamy sobie, panuje duża życzliwość. Jest oczywiście podział na „miejscowych” i „nowych”, ale nie oznacza on niczego złego. Relacje są doskonałe.

Na dowód przywołuje niedawny festyn na pożegnanie lata: – To była świetna zabawa, także dlatego, że każdy jakoś był zaangażowany w jej przygotowanie – podkreśla pan Bartosz. – Jamno ma swój klimat, dosłownie i w przenośni.

Zdaniem państwa Jarockich dobrym duchem lokalnej społeczności jest miejscowy proboszcz – ksiądz Jarosław Krylik. – Ma w sobie dużo dobrej energii i życzliwości, a to się udziela. I powoduje również, że ludzie skupiają się wokół wspólnych celów, chcą z sobą współpracować – podkreślają nasi rozmówcy.

Anna i Andrzej Pawełkiewiczowie 4

Dla aktywnych

Wkrótce do jamneńskiej społeczności dołączą Paweł Koźlik i Magda Multan. Kończą oni właśnie budowę domu. Pan Paweł mówi: – Mamy komfort, że nie musimy tego robić w pośpiechu, jak to czasami bywa, kiedy ludzie sprzedadzą mieszkanie i muszą szybko zakończyć budowę, żeby mieć gdzie mieszkać. U nas jest inaczej, ale już byśmy chcieli się tutaj osiedlić na stałe. Wprowadzimy się pewnie na wiosnę. Jak podkreśla, od początku szukali z panią Magdą działki budowlanej właśnie w Jamnie: – Chodziło nam głównie o to, żeby miejsce było zielone, spokojne, ciche, a jednocześnie z dobrym dojazdem do centrum Koszalina. Proszę spojrzeć, jak wygląda wjazd do centrum od strony Szczecina. Mieszkańcy Starych i Nowych Bielic każdego dnia wracając z pracy doświadczają korków. Nie są one jakieś straszne w porównaniu z dużymi miastami, ale na pewno irytują i oznaczają stratę czasu – przekonuje pan Paweł. – Atutem Jamna będzie budowana obwodnica, czyli część trasy S6. Znalezienie się w pobliżu jej węzła oznacza szybki wyjazd zarówno w kierunku Szczecina, jak
i Gdańska. Wygoda i oszczędność czasu.

Jak mówi, oboje z partnerką są ludźmi preferującymi aktywny tryb życia i to również wpłynęło na wybór Jamna. – Ja pływam na kitesurfingu, więc bliskość jeziora jest mi bardzo na rękę. Ale warto podkreślić, że stąd jest blisko do lasu, gdzie można pójść na długi spacer. Można się również wyżyć na rowerze, bo wokół jeziora są świetne trasy rowerowe.

Zawodowy świat pana Pawła to szeroko pojęte finanse. Pani Magda natomiast od lat jest instruktorką fitness. – Jamno to naprawdę świetne miejsce do zamieszkania i mam nadzieję, że spędzimy tu szczęśliwie długie lata – kwituje z uśmiechem pan Paweł.

 

Najpierw dom, potem firma

Do Jamna sprowadzają się nie tylko nowi mieszkańcy, ale również firmy. Przykładem może być założone w 1988 roku Rejuvi, dystrybutor środków kosmetycznych dla profesjonalistów. Do niedawna firma pani Teresy Maciejewskiej miała siedzibę przy ulicy Poprzecznej w Koszalinie. Krzysztof Maciejewski, jej dyrektor, prywatnie syn właścicielki Rejuvi, wyjaśnia: – Dla nas przeprowadzka do Jamna to decyzja naturalna. Mieszkamy tutaj od jakiegoś czasu, więc poszukaliśmy kawałka ziemi na zbudowanie własnej hurtowni. I teraz mamy z żoną do pracy 300 metrów. W Jamnie zamieszkali również osiem lat temu rodzice.

Jak podkreśla, nowa lokalizacja jest wygodna nie tylko z tego względu, że to obiekt własny. Budynek został zaplanowany od razu z myślą o potrzebach firmy, w tym prowadzonych systematycznie szkoleniach. – Tutaj mamy potrzebną przestrzeń, wygodne miejsca parkingowe. To, że stąd jest kawałek do centrum, to żaden kłopot. Zresztą jak się popatrzy na tempo w jakim Jamno się rozwija, można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że w niedługim czasie będzie to część Koszalina jak każde inne osiedle – podkreśla z przekonaniem Krzysztof Maciejewski. – A jednocześnie wyjątkowe, bo nad brzegiem jeziora i najmłodsze.

 


 

 

W kulturowym tyglu

Pierwsza historyczna wzmianka o Jamnie pochodzi z roku 1278, kiedy to klasztor cysterek z Koszalina otrzymał patronat nad kościołem w Jamnie. W 1313 roku Koszalin zakupił obszary, dzięki którym posiadłości miejskie poszerzyły się znacznie w kierunku północnym, dotykając granic Jamna, Podamirowa i Strzeżenic, lecz nie sięgały jeziora Jamno. Dzięki darowiźnie biskupa kamieńskiego Fryderyka von Eickstedta w 1331 roku miasto uzyskało wieś Jamno „z wszystkimi jej przydatkami i przynależnościami, z polami uprawnymi i nieużytkami, łąkami, pastwiskami, zagajnikami i lasami, z wodami”. Wieś komunalna (miejska), jaką było odtąd Jamno, miała inne prawa od wsi folwarcznej. Chłopi byli poddanymi rady miejskiej. Spoczywał na nich obowiązek płacenia na rzecz miasta czynszów w pieniądzu i naturze, bo ziemia była własnością miasta, a oni tylko jej dzierżawcami.
Już w średniowieczu na Pomorze napływali osadnicy niemieccy, holenderscy i fryzyjscy. Osiadali oni również z Jamnie i pobliskim Łabuszu. Na podglebie słowiańskie, którego ślady zachowały się w nazewnictwie miejscowości, w folklorze, w elementach ubioru i budownictwie, nakładały się setkami lat elementy kulturowe przyniesione przez grupy napływowe. Powstała w ten sposób mieszanka, która była na tyle odrębna, że z czasem została nazwana kulturą jamneńską.

Etnograficzną grupę jamneńską tworzyła ludność zaledwie dwóch wsi. Więzy obyczajów i pokrewieństwa łączyły ściśle jamneńczyków wyłącznie z mieszkańcami sąsiadującego Łabusza – tylko we własnym gronie utrzymywali stosunki towarzyskie i zawierali związki małżeńskie. Dopiero około 1890 roku pierwszy zamiejscowy „wżenił się” do jednej z miejscowych rodzin. Wytworzenie na tak ograniczonym terenie swoistej i długo żywotnej enklawy kulturowej jest zjawiskiem rzadko występującym, a na obszarze Pomorza Środkowego ewenementem. Zbiory przedmiotów związanych z kulturą jamneńską są zasadniczą częścią stałej etnograficznej ekspozycji Muzeum w Koszalinie.