Ewa opiekuje się schorowanymi Niemcami przez miesiąc lub dwa, wraca na parę tygodni i znów jedzie. Wraca szybciej, gdy Niemiec umrze. Wtedy mniej zarabia, ale jest szczęśliwa, że już w domu.

To opowieść 57-letniej koszalinianki, którą jednoczesna utrata pracy przez nią i męża skłoniła do częstej rozłąki z rodziną i krajem.

 

Niemcy

– To niezbyt ładny naród. Są niezgrabni, mają grube tyłki, masowo otyłe są młode kobiety. Idąc ulicą, stale coś jedzą, wypełniają dziesiątki cukierni, pizzerii, a wieczorem puby. Mają długie nosy i niedelikatne rysy, często piegowaci. Farbują się także mężczyźni, przekłuci gdzie się da, obwieszeni złotem i wytatuowani. Głośni.
Zakupy robią rzadko, ale tyle, ile zmieszczą do bagażnika, nie oglądają się na ceny, nie powściągają dzieci. Zaskoczyło mnie, że ekspedientki podają pieczywo, a nawet ciastka, bez rękawiczek, a potem liczą pieniądze. Podobnie klienci: przebierają w bułkach gołymi rękami. Jednak z uśmiechem pokażą drogę, w hipermarkecie podadzą szukany towar.

 

Czuwanie

– Moim zadaniem jest opieka przyłóżkowa, choć niektórzy trochę wstają: mycie, karmienie i usługiwanie. Poza tym doraźne sprzątanie, gotowanie, mycie naczyń, zakupy.
Właściwie jestem do dyspozycji całą dobę. Nocą teoretycznie mogę spać, ale ludzie starzy i cierpiący źle sypiają. Wtedy wołają, żeby zmienić im pampersa, przewrócić na bok, dać wyżej, zawieźć wózkiem do łazienki, podać picie, nasmarować plecy.

Niektórzy z powodu demencji w kółko powtarzają żądania. Czasem już od rana jestem zmęczona. Pacjent w dzień odsypia noc, tylko że na raty, więc znów nie mam spokoju, zresztą są dzienne obowiązki. Mam po południu dwie godziny dla siebie i w zasadzie mogę się wyłączyć. Padam na łóżko, ale jak podopieczny mnie wezwie, to przecież nie udam, że nie słyszę. Czasem zrobię swoje drobne zakupy, pochodzę; ostatnio dwa razy próbowałam wejść do kościoła, ale był zamknięty. Raz zdarzył mi się dom tak daleko od wszystkiego, że mogłam tylko postać w oknie.

 

saksyPodopieczni

– Mają po 70-90 lat i są schorowani, np. po wylewach, niektórzy nawet nie mogą samodzielnie zmienić pozycji. Niedawno pojechałam do kobiety, a zastałam małżeństwo: ona ze sparaliżowaną lewą połową ciała, on po trzech wylewach i złamany w pół.

Zwykle mają precyzyjny rozkład doby i ustalony jadłospis. Gdy czegoś nie mogą wytłumaczyć albo znaleźć, łatwo popadają w gniew i wrzeszczą. Ale dość szybko im przechodzi i ogólnie są wdzięczni. Lepszy jest podopieczny leżący, bo odpada jeden stres – ci chodzący często zapominają, gdzie coś położą, a potem myślą, że ktoś im przełożył.

Bywają złośliwi. Niektórzy z lekceważeniem machają ręką, gdy mówią sąsiadom, że „mają Polkę”. Część zdziwaczała. Poprzedni podopieczny gromadził tony prospektów i ulotek ze skrzynki na listy, stare gazety, opakowania po serkach i pasztecikach.

 

Powitanie

– Najpierw jest stres, czy w ogóle cię przyjmą, chociaż wszystko domówione. Jechałam busem z dziewczyną, dla której to był pierwszy raz. W domu bezrobotny mąż i dzieci, a ona wreszcie po formalnościach i egzaminie z języka, cała szczęśliwa jedzie, wysiada, a Niemka: nein! Wówczas firma pośrednicząca nie wnika, czy Niemcom nie spodobał się wygląd Polki, czy w ogóle się rozmyślili, natomiast gwarantuje hotel na dwa dni – aż będzie miejsce w busie wracającym.

Tę opiekunkę zabrano od razu, bo było miejsce powrotne, tylko zanim po Niemczech rozlokowano pozostałe, biedna jeździła przez półtorej doby i płakała ze wstydu, że stanie w domu z niczym. Znam sytuację odwrotną: opiekunka wysiada pod wskazanym adresem, kierowca pomaga wnieść torby, a ona wraca do busa – tak straszny był smród. Raz sama wróciłam już po czterech dniach. Wchodzę, a tu wielka, zdrowa baba z roleksem na ręce. Już po południu pokazała mi wiadro, miałam umyć 15 okien. Bieżące porządki owszem, ale nie takie sprzątanie! Ich bin nicht Putzfrau! Ich bin Pflegerin! Gdy na drugi dzień dała mi szpadel, poprosiłam koordynatorkę o zabranie mnie stamtąd.

 

Charaktery

– Zdarzył mi się podopieczny tak zgryźliwy i z tak zaciętą twarzą, że w SMS-ie do męża nazwałam go czystym hitlerowcem, zresztą nienawidził Ruskich i opowiadał o niewoli. Jego zaś nienawidzili synowie, bo matkę jednego wygonił, a druga żona sama uciekła; ale obaj przyjeżdżali wesprzeć ojca. Kiedy indziej wielki dom nie miał łazienki, tylko bojlerek z umywalką i sedes – dla oszczędności. Gospodarz wymawiał żonie pampersy zakładane na noc, a pieluchomajtki pozwalał zmieniać raz na tydzień, a trzeba było trzy razy dziennie. Gdy popuszczała, miał pretensje, że nie dopilnowałam. Raz kazał jej siedzieć dwie godziny na ustępie, aż zrobi. Dwa dni mnie nękał o jakiś kubek, który zginął. W pewnym momencie chwycił lachę, wtedy wyszłam z siebie: a spróbuj, to ci tak przy…, że już nie wstaniesz. Struchlał. Trzeciego dnia znalazł kubek.

 

Pech

Najlepiej miałam za pierwszym razem. Wprawdzie z autokaru musiałam wysiąść w wielkim mieście i sama dotrzeć do gór, ale podopieczny okazał się życzliwy, spokojny i uśmiechnięty, a widok na Alpy fenomenalny. Gdy po miesiącu jechałam do domu, miałam nadzieję wrócić w te góry, lecz moja zmienniczka, której dom też się spodobał, załatwiła sobie półroczny kontrakt i już nigdy tam nie pojechałam. Do bogatszych Niemców dochodzą też sprzątaczki, często Polki, jednak to nie zawsze okazja do pogadania. Byłam u Niemki, która dostawała spazmów, gdy jej Putzfrau próbowała ze mną rozmawiać po polsku – denerwowało ją, że nie rozumie, a może sądziła, że ją obgadujemy, więc męczyłyśmy się po niemiecku.

 

Język

– Kursy w Polsce przydają się częściowo, ponieważ Niemcy używają regionalizmów i potocznych skrótów. Stary człowiek nie powie, że chce do toalety, tylko a-a! albo pipi, jak dziecko – wtedy akurat łatwo. Ale woła mnie kobieta po wylewie: fliegen, Ewa! Cholera, nie może się ruszać, 130 kilo, a chce fruwać? A jej chodziło o przesunięcie wyżej na łóżku. Kiedy chcą, żeby im zmienić pieluchę, to nie jest to wechseln Pampers, ale sauber machen (zrób czysto). Albo nie powiedzą, że chce im się erbrechen (wymiotować, jak mnie uczono), tylko kotzen, czyli rzygać. To często ludzie bardzo prości i niedosłyszący. Na szczęście mówią wyraźnie, bo dbają o zęby i protezy.

 

Śmierć

– Miałam taki komfort, że podopieczny mówił po śląsku. Najpierw w Polsce, potem długie lata w Niemczech pracował pod ziemią i z powodu pylicy miał duszności, a jego organizm nie tolerował wysiłku. „Dostałam” go już umierającego. Wzywał mnie przez całą dobę, nocą po 10 razy: muszę do okna, słabo mi – do łóżka… Gdy byłam w sklepie, sam wstał, po czym runął, a że był postawny, musiałam z ulicy sprowadzić pomoc, żeby zanieść go na łóżko. Miał żonę, ale w podeszłym wieku i całkowicie nieporadną. Nocami częściej mnie wołała do niego niż on: Ewa, Ewuniu, dusi się, nie zostawiaj mnie z nim! Po trzech nocach ledwo widziałam, a po ośmiu uznałam, że nie wytrwam. Rano miałam to powiedzieć, gdy dostrzegłam, że pacjent gaśnie: oddech niby łapał, ale siły całkiem go opuściły, a wyraz twarzy zmatowiał. Pożegnaj się z nim, a jeśli był dobry, podziękuj, a potem wezwij lekarza – powiedziałam wprost kobiecie. Trzy godziny po wizycie lekarza Ślązak zmarł.

 

Jedzenie

– Gulasz lubią. I tylko to nas łączy. Nie ugotuję im bigosu, bo ciężkostrawny, nie jedzą naszych zup. Do wszystkiego jabłka – surowe albo mus. Często wysyłając na zakupy żądają produktów od konkretnych producentów, a czasem – że ma być z niebieską naklejką. I wtedy szukaj właściwego sklepu i naklejki. Zdarzają się żarłoczni, choć nie powinni jeść dużo. Raz dziadek zjadł dokładnie 20 placków ziemniaczanych, do tego trzy kromki czarnego chleba i na koniec pół słoika dżemu, po czym zaczął stękać i oświadczył, że za tłusto gotuję. Miał zwyczaj wylizywania talerza. Gdy widzę, że Niemcy ogólnie są brudni, nie używam ich naczyń i sztućców, choć sama im je myję, dla siebie mam jednorazowe.

 

Wydzielanie

Mają zapewnić nam wyżywienie, ale czasem robią to opornie; gdy bardzo wydzielają, opiekunka chodzi głodna albo się dożywia. Inna sprawa, że mnie nie smakują ich wędliny, sery ani ciasta. Niektórzy nie mają orientacji w cenach albo celowo je zaniżają. Kiedyś podopieczny dał mi 20 euro i mówi, że chce pięć paczek gumowych rękawiczek, a za resztę mam sobie kupić jedzenie. Na to ja, że jedna paczka kosztuje pięć euro, no to dodał 10, ale dopisał dla siebie paszteciki. Ale kiedy indziej syn gospodarzy sam pytał, gdy przyjeżdżał, na co mam ochotę, i kupował, a oprócz tego zostawiał mi co tydzień polską gazetę i 70 euro dla trzech osób; kupowałam jedzenia aż nadto i zostawało mi 30 euro.

 

Wpadki

– Opiekunów-mężczyzn jest mało, za to dużo wieści o nich. Ostatnio jakiś ledwo przyjechał, okradł gospodarzy i nad ranem uciekł, trzeba było szybko zorganizować zastępstwo. Inny jechał i nie dojechał, z tym że z jakichś powodów pociągiem; też zastępstwo. Kobiety zaś piją. Jadąc do Niemiec, czekaliśmy w busie półtorej godziny, bo Warszawa kazała, ale na marne – opiekunka zapiła i nie była w stanie jechać. Jednak najczęściej podpadają na miejscu, mimo że za skargę gospodarzy i wycofanie pijącej pośrednik nakłada 5.000 zł kary. Tęsknota silna, a barek bogaty… Ale niektóre po prostu muszą. Koleżanka robi to na spacerze z piersiówką.

 

Tęsknota

– Przez pierwsze dni mocno się skupiam na nowych ludziach, wymaganiach, nie myślę o domu. Ale już po tygodniu, zwłaszcza wieczorem, zaczynam. Czytam książkę, przywiezione z Polski pisma i czekam na SMS-y od męża, obojętnie o czym – że w klatce schodowej zamocowali poręcz, że zarobił 500 zł, że chwycił mróz i kto szedł pod rękę na mszę. Słucham nagrań z MP3. I przy Barce ryczę. Wtedy przychodzi ulga. W zeszłym roku na Wielkanoc moich podopiecznych odwiedziła córka. Przywiozła każdemu czekoladowego zajączka, mnie też, ale świąt w naszym pojęciu nie było. A dwa lata temu spędziłam w Niemczech Boże Narodzenie. Chodzili kolędnicy, ale gospodarze niczego nie urządzili, nie było nawet choinki, żadnych życzeń. Oni na dole, ja sama na górze. W Wigilię zjadłam wędzoną rybę i dżem truskawkowy, bo miałam.