Tytuł jest genialny w swojej prostocie. „Ja” to słowo kluczowe w języku Lecha Wałęsy, streszczające jego dominujące cechy – egocentryzm i megalomanię. Z samej rozmowy opublikowanej przez Andrzeja Bobera i Cezarego Łazarewicza niewiele wynika nowych informacji faktograficznych. Wyłania się za to, chyba w sposób niezamierzony przez autorów, obraz egzystencjalny byłego prezydenta Polski. Powiedzmy od razu: smutny, jeśli nie przygnębiający.

Lazarewicz_Ja_WalesaLech Wałęsa uwielbia być na pierwszym planie. Nie dziwi więc fakt, że w czasach ostrego podziału w naszym społeczeństwie wynikającego ze stosunku do polityki „dobrej zmiany”, znów znalazł się on w centrum wydarzeń. Można mieć tylko wątpliwość, czy istnieje w tym sporze w sposób, jakiego by sobie naprawdę życzył. Nie jest bowiem graczem, z którym ktokolwiek na poważnie się liczy. Służy za to za swoistą lotkę do gry w zośkę, podbijany nogą to przez jedną, to przez drugą stronę. Dla środowiska „antypisu”, w którym jest mnóstwo osób dawniej lekceważących Lecha Wałęsę, jest on obecnie autorytetem i postacią-sztandarem. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość nie mówi o Wałęsie inaczej niż jako o zdrajcy noszącym esbecki pseudonim Bolek. Padają z tej strony coraz to nowe zarzuty i inwektywy pod jego adresem, a Instytut Pamięci Narodowej zdaje się przygotowywać śledztwo już nie w sprawie fałszowania akt Służby Bezpieczeństwa dotyczących Lecha Wałęsy, ale przeciw niemu samemu w związku z domniemanym składaniem fałszywych zeznań, kiedy zaprzeczał swemu zaprzedaniu się peerelowskiej bezpiece (chodzi o papiery znalezione w domu gen. Kiszczaka).
I w takim klimacie panującym wokół polskiego laureata pokojowej nagrody Nobla, kiedyś przywódcy 10-milionowego ruchu społecznego Solidarność, a obecnie schorowanego ale wciąż pewnego swych racji emeryta, dwaj dziennikarze postanowili oddać Wałęsie głos. Andrzej Bober to pamiętany pewnie przez starszych czytelników autor telewizyjnych „Listów o gospodarce”, szanowany nestor polskiego dziennikarstwa. Cezary Łazarewicz to z kolei doświadczony reporter prasowy o wyrobionej pozycji zawodowej, autor m.in. głośnego i wielokrotnie słusznie nagradzanego reportażu historycznego „Żeby nie było śladów” o sprawie śmierci Grzegorza Przemyka – w maju 1983 roku śmiertelnie pobitego na komisariacie Milicji Obywatelskiej warszawskiego maturzysty.

Panowie uznali, że nie mogą się zgodzić na to, by były prezydent służył za coś w rodzaju piłeczki do gry i że warto wysłuchać, co chce powiedzieć o trudnym czasie, w którym miał się dopuścić zarzucanych mu przez wrogów nikczemności. Krótko mówiąc, dali mu prawo do obrony, bo wobec medialnej i internetowej wrzawy Lech Wałęsa stał się w gruncie rzeczy bezbronny.

Czytamy więc, co ma do powiedzenia, jak wyjaśnia wątpliwości wokół swego życiorysu, ale tak naprawdę nie dowiadujemy się wiele nowego. Kto choć minimalnie interesował się historią NSZZ „Solidarność” i słyszał/czytał wcześniej wypowiedzi jej pierwszego przewodniczącego, będzie zawiedziony, bo dowiaduje się rzeczy już mu znanych. Znanych również przez to, że w rozmaitych opowieściach bohatera różnie wyglądały, wręcz sobie zaprzeczały kolejne wersje zdarzeń. Chodzi nawet o takie symbole jak skok przez mur  14 sierpnia 1980 roku, gdy w Stoczni Gdańskiej rozpoczynał się strajk. Raz miały być to okolice bramy nr 2, innym razem bramy nr 3. Mur miał mieć 2,5 metra wysokości, innym razem aż 8 metrów. I po co w ogóle skok, skoro kiedy pojawił się spóźniony Wałęsa, bramy były już opanowane przez strajkowe służby porządkowe, a poza tym – jak podkreśla wielu świadków – ogrodzenie było tak dziurawe, że robotnicy bez problemu wymykali się przez nie na piwo?

Nie znaczy to, że nie warto po tę książkę sięgnąć. Wręcz przeciwnie.

Na pewno ta rozmowa dla Wałęsy nie była w pełni komfortowa. Autorzy momentami mocno „przyciskają” rozmówcę, wykazując mu niekonsekwencje i przeinaczenia. Ale szkoda, że nie padają wszystkie ważne pytania, jakie paść – moim zdaniem – powinny. Na przykład o wyjątkowe zbiegi okoliczności, o których w swojej książce opowiada z kolei prezydentowa Danuta Wałęsowa. Chodzi na przykład o sytuacje, że ilekroć w domu potrzeba było dużego zakupu – lodówki, pralki albo nowego telewizora, mąż pojawiał się z pieniędzmi. Tłumaczył, że wygrał w totolotka. Jego wrogowie mówią: wziął od SB za donosicielstwo. A on pewnie jako „złota rączka” po prostu gdzieś na boku zarobił…

Tak więc nie faktografia jest największą wartością „Ja”. Ważniejszy zdaje się być obraz Lecha Wałęsy jako obecnie 75-letniego mężczyzny, który ma poczucie, że nie zrobił w życiu wszystkiego, co zrobić chciał, mógł i powinien. Człowieka osamotnionego (nie samotnego, bo samotność to kwestia wyboru), pozbawionego prawdziwej bliskości kogokolwiek – nawet żony i dzieci. Sam przyznaje, że wyposażył każde z ośmiorga dzieci materialnie, ale generalnie ich wychowanie mu nie wyszło, bo poświęcał na to za mało czasu. I nawet żona, która pokornie przez lata dźwigała ciężar codziennych spraw, gdy on oddawał się politycznym grom, w końcu się „zbuntowała”. Jej książkę zatytułowaną „Marzenia i tajemnice” Lech potraktował niemal jak zdradę. Zdziwił się, że panią Danutę było na to stać; poczuł się opuszczony. Nagle – mógłby powiedzieć za bohaterem jednego ze seriali – przestali być małżeństwem, a stali się spółką małżeńską, w której spoiwem związku jest nie miłość, ale interes: dzieci, majątek, wizerunek.

A wracając do spraw zasadniczych, trzeba podkreślić, że książkę czyta się dobrze. To ważne, bo język jej bohatera jest swoisty i trudny, pełen niejednoznaczności, nadużywanych zaimków, skrótów myślowych. Sprawnie przełożyć z „wałęsowskiego” na polski to duża sztuka. Jednak trudno uciec od wrażenia, że więcej o prawdziwym Lechu Wałęsie jako działaczu związkowym, polityku dowiedzieć się można z dwóch dokumentów dołączonych jako suplementy. Jeden to charakterystyka napisana w marcu 1982 roku ręką Eligiusza Naszkowskiego, jednego z tajnych współpracowników SB penetrujących od środka „Solidarność”. Drugi – zapis rozmowy (również z 1982 roku) z dwoma pułkownikami bezpieki tuż przed powrotem Wałęsy do domu po internowaniu. Ich lektura zderzona z tym, co Andrzejowi Boberowi i Cezaremu Łazarewiczowi powiedział bohater książki, bez wątpienia nie pozwoli przyjąć za prawdę wszystkich jego relacji, ocen i opinii.

 

Książka będzie miała premierę 27 września br.