Na miasteczko składają się kolorowe ceglane domki, w charakterystycznym tybetańskim stylu. Niektóre z nich mają piękny, intensywnie żółty kolor, z bordowymi framugami drzwi i okien. Pięknie komponują się do nich bordowe ubrania mnichów przemykających uliczkami Litang. Wokół górują ośnieżone szczyty. Mieszkańcy chodzą w pięknych, tradycyjnych strojach, gdzie elementem charakterystycznym wśród mężczyzn są filcowe kapelusze z piórkiem. W tym całym nowym, egzotycznym świecie, w którym znaleźliśmy się po kilku dniach drogi, pewne rzeczy pozostają jednak niezmienne. Na tle gór i klasztorów mali mnisi grają w Pokemony.

Chiny to trzeci pod względem wielkości terytorium kraj na świecie. Dzieli się na 22 prowincje, 5 regionów autonomicznych, 4 tak zwane miasta wydzielone oraz 2 specjalne regiony autonomiczne. To kraj, w którym żyje grubo ponad miliard ludzi mówiących różnymi językami, piszących w różnych alfabetach, wierzących w wielu bogów. Państwo nie do zaszufladkowania, kojarzące się jednak z kilkoma oklepanymi hasłami, wciąż tymi samymi atrakcjami turystycznymi i widokami.

aDSC_0498

Wielu turystów przyjeżdżających do tego kraju wybiera wciąż powielające się trasy, z punktami do odwiedzenia umiejscowionymi nawet co kilkaset kilometrów. Skacząc z jednego turystycznego miejsca na kolejne nigdy nie trafimy do mało znanych wiosek, w których poczujemy atmosferę odosobnienia, tradycji i autentyczności i gdzie jednocześnie nie staniemy w kolejce po bilety do następnej wycenionej atrakcji.

Tymczasem Chiny to miejsce gdzie każda prowincja, każdy region to państwo w państwie, z odrębną kulturą, gdzie Pekin wydaje się być oddalony o tysiące lat świetlnych. Każda z tych prowincji to pole do odkrycia nowych, ukrytych perełek.

Prawie dwa tysiące kilometrów na południowy zachód od Pekinu znajduje się prowincja Syczuan. Graniczy ona od zachodu z Tybetem, do którego wjazd dla turystów jest nieco utrudniony, ale nie niemożliwy – wystarczy zebrać odpowiednią grupę podróżnych oraz mieć wystarczającą ilość pieniędzy, by móc pokryć koszty przewodnika, samochodu i wszystkich udogodnień, których wykupienie jest dla turystów obowiązkowe.

Stolicą prowincji jest Chengdu – ponad trzymilionowe miasto znane przede wszystkim z bazy badawczej poświęconej pandom. O ile dojazd ze stolicy Chin do Chengdu jest dosyć prosty – zwłaszcza jeśli chodzi o kolej lub samolot, to dalej trzeba liczyć się z wieloma godzinami spędzonymi w autobusach jadących ze średnią prędkością 40 km na godzinę – ze względu na kręte górskie drogi, niektóre odcinki pokonuje się w bardzo powolnym tempie. Cała ta niespieszność daje jednak możliwość obserwacji miejscowych, skosztowania lokalnych specjałów w przerwach czy daje też czas na podziwianie niesamowitych widoków. Im dalej na zachód, tym coraz bardziej zmieniają się rysy miejscowych. Coraz bardziej śniade twarze, wyraźniejsze kości policzkowe i szerokie szczęki nadają Tybetańczykom nieco tajemniczy, szlachetny wygląd. Przez kolejne kilka dni wędrujemy po opustoszałych górach, mijamy stada jaków i wspinamy się na przełęcze. Zbliżając się do miasteczek podziwiamy kunszt zrobionych z kamieni napisów w języku tybetańskim, które zdobią okoliczne wzgórza. Syczuan oprócz swojej odrębnej, tybetańskiej kultury kojarzony jest także z ostrymi przyprawami. To prowincja, gdzie wszystko smakuje piekielną papryczką chilli.

aDSC_0518

Litang

Klasztor Lithang Gomba widać już z daleka i od razu robi niesamowite wrażenie. Zbudowany jest na zboczach wzgórza, a jego teren ogrodzony jest białym murem. Samo miasteczko to ważne miejsce na mapie dla Tybetańczyków, gdyż to właśnie tutaj w latach pięćdziesiątych XX wieku znajdowało się centrum antychińskich wystąpień. W ich konsekwencji, w Lhasie wybuchło powstanie tybetańskie, wymierzone przeciwko komunistycznemu rządowi chińskiemu i mające na celu dążenie do niepodległości Tybetu. Powstanie nie zakończyło się jednak sukcesem – w walkach zginęły tysiące Tybetańczyków, wielu mnichów zostało straconych, a świątynie zniszczone.

W dalszym ciągu Litang, pozostające poza granicami autonomicznego regionu Tybetu, jest ośrodkiem oporu przez chińską władzą. Przy klasztorze spotykamy mnicha. Nie mówi on po angielsku, ale my od kilku dni podróżujemy z chińską koleżanką, która gdy trzeba odgrywa rolę naszego tłumacza. Dostajemy zaproszenie na herbatę, której towarzyszą opowieści, a ilustracją do nich są nielegalne zdjęcia Dalajlamy. Duchowy przywódca Tybetu jest bowiem postacią dysgloryfikowaną przez rząd i takiej samej postawy wobec niego wymaga się od Tybetańczyków. Wielu z nich w dalszym ciągu jest więźniami politycznymi czy cierpi prześladowanie ze strony rządu chińskiego. W aktach protestu przed takim traktowaniem doprowadzeni do skrajności Tybetańczycy dokonali w latach 2011-2013 serii samospaleń, także na terenie Syczuanu.

aDSC_0569

Tybetańskie wesele

Na wejściu młoda dziewczyna podaje nam tacę, na której leżą rozsypane papierosy i cukierki. Podobno trzeba wziąć po dwie sztuki i wtedy można wejść do środka.

Na parterze domu weselnego znajduje się przestrzeń do tańca, obecnie trochę pusta, wszyscy znajdują się na piętrze. Po wejściu na górę stajemy w kolejce, żeby odebrać swoją partię momosów – małych pierożków z mięsem z jaka serwowanych z wielkiego gara. Tak zaopatrzeni znajdujemy swoje miejsce przy stole. Ktoś podaje papierowy kubeczek, do środka wrzucając kawałek suszonego mięsa jaka. To tybetański sposób na to, by piwna piana nie zajęła połowy kubka.

Panna młoda nie wygląda na szczęśliwą. Podobno to jednak tylko poza – powinna udawać smutek ze względu na odejście z rodzinnego domu. Ubrana w tradycyjny, kolorowy strój i białą chustę, otoczona jest gośćmi i zwyczajnym weselnym gwarem. Prezenty ślubne stanowią zazwyczaj pieniądze. Powinny być spakowane w białą chustę, którą otwiera się od razu po wręczeniu, a podarowana kwota wpisywana jest przez mnicha do specjalnego zeszytu.

Wnętrze domu jest kolorowe – na ścianach królują barwne wzory, dominuje czerwień. Goście weselni, zaskoczeni naszą obecnością, przyglądają się nam ciekawie, ale życzliwie. Sami wyglądają dla nas jak z filmu, mimo że większość z nich ubrana jest zupełnie zwyczajnie, po europejsku, wcale nie odświętnie. Niektóre kobiety kręcą małymi młynkami modlitewnymi lub trzymają w rękach różaniec. Dzieciaki jak zwykle chętnie pozują do zdjęć. Dorośli najczęściej wznoszą toast zwykłą wodą. Tak właśnie spełniają się marzenia o tym, by zostać zaproszonym na wesele prosto z ulicy.