Z Arkiem Demidowiczem chodziliśmy do jednej klasy w Szkole Podstawowej nr 13 w Koszalinie. Na zdjęciu klasowym VIII A siedzi w pierwszym rzędzie – szczupły, drobny czternastolatek z nieśmiałym uśmiechem i fatalną – jak wszyscy – fryzurą. Przyglądam się zdjęciu z rozbawieniem – kilka godzin wcześniej spotkałam się z Arkiem lat 38 z bicepsem o absurdalnym obwodzie, wicemistrzem Ogólnopolskich Zawodów Kulturystycznych 2017 w Sopocie w kategorii 90+. Warto dodać, że w zawodach wziął udział po raz pierwszy.

 

Uśmiechnięty, energiczny, pewny siebie. Na jego ciele można, by uczyć się układu mięśniowego człowieka. Także tych elementów, o których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. W niczym nie przypomina siebie sprzed 23 lat. – Zawsze byłem chudy – śmieje się Arek. – Babcia wysyłając mnie po zakupy, powtarzała, żebym w kieszenie wsadził sobie cegłówki, bo mnie wiatr porwie. Chciałem ważyć więcej i nie wyglądać jak „szczypior”. Nie było łatwo, bo nawet jak zacząłem ćwiczyć, rosła mi masa mięśniowa, ale nie waga. W końcu się udało.
Kilka miejsc dalej na wspomnianym zdjęciu siedzi nasz wychowawca, pan Pawlak, wuefista. – Świetny człowiek – zgadzamy się. Arek dodaje: – Zachęcał do sportu, ale do niego nie zmuszał. Jeśli trzeba było, ćwiczyliśmy „na oceny”, ale poza tym dawał nam luz. W tamtych czasach liczyły się dwie dyscypliny: piłka nożna i koszykówka, więc jak wszyscy grałem w obie, ale bez specjalnego entuzjazmu.

Dzisiaj zdarza mu się zagrać w kosza, ale ze względu na masę nie jest to wskazane. Na poważnie sportem zajął się, mając 18 lat. Znalazł nie tylko ulubioną dziedzinę, ale – jak się okaże – sposób na życie.

 

izabela rogowska -11

Hantle z cementu

O siłowniach z prawdziwego zdarzenia w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych w Koszalinie można było pomarzyć. – Nasza powstała na strychu u jednego z kolegów i tam się zbieraliśmy z chłopakami z osiedla – wspomina Arek. – Trenowałem na tym strychu dziesięć lat, na początku urywałem się ze szkoły, żeby tylko ćwiczyć. Nie było jak dziś Internetu, filmików instruktażowych, wiedzę czerpaliśmy z gazet, sami robiliśmy sprzęt z jakiegoś żelastwa. Ja np. wymontowałem zawiasy z drzwi do komórki, a pierwsze hantle zrobiłem z cementu, w garnku, który podkradłem babci. Zniszczył się i nie było w czym bigosu gotować (śmiech). Oczywiście ćwiczyłem bez techniki, czegokolwiek, o diecie nie wspominając – do szkoły kanapki, na obiad schabowy i ziemniaki polane tłuszczem. To była parodia, a nie trening, ale młody organizm coś tam łapał. Hantle trzymam w szafie na pamiątkę.

Po szkole średniej Arek wyjechał na krótko do Anglii. Trenować nie przestał. Po powrocie zdobywał uprawnienia, by móc pracować w zawodzie. Trafił do Amadeus Fitness Klubu jako jeden z pierwszych klientów, teraz jest w nim menedżerem. Prowadzi grupy i treningi personalne. Ma kilkanaście certyfikatów z różnych dziedzin treningowych, fitnessu, fizjoterapii i dietetyki. – Mieszkam na siłowni – mówi. – To nie sport, ale styl życia.

 

 

izabela rogowska -1Rodzina

Arka wychowały kobiety. Mama ciężko pracowała na dwa etaty, więc o wnuka dbała babcia. Karmiła, pilnowała, opiekowała się i chodziła na szkolne wywiadówki. – Kiedy miałem osiemnaście lat dostałem własne mieszkanie, ale naprzeciwko mamy. Za ścianą mieszkała babcia, a za drugą ciocia. Trudno było wagarować… – śmieje się
Z mamą i babcią był bardzo związany. Obie nie żyją, babcia zmarła rok temu. Najbliższa rodzina to dziś piętnastoletnia córka Wiktoria z poprzedniego związku i narzeczona, Agnieszka. – Aga też chodziła do „trzynastki”, była dwa lata młodsza – opowiada Arek. – Nie pamiętam jej z tych czasów. Znałem za to jej braci. Poznaliśmy się lepiej przez portal Nasza Klasa. Pisaliśmy trzy lata, a po moim powrocie z Anglii spotkaliśmy się. Jesteśmy parą już osiem lat. Jest instruktorką fitnessu w Amadeusie. I moim ogromnym wsparciem. Mój sukces na mistrzostwach to jej zasługa – podkreśla Arek. – Bez niej by go nie było.

 

 

Przygotowania

Przygotowanie do zawodów kulturystycznych trwa średnio pół roku. Pierwsze dwanaście tygodni to nabieranie masy, drugie dwanaście – redukcja. Arek niestandardowo zaczął je w październiku ubiegłego roku. Na pytanie, dlaczego w wymarzonej dyscyplinie postanowił wystartować dopiero po dwudziestu latach trenowania, odpowiada po namyśle. – Trochę brakowało mi odwagi, motywacji, wiary w siebie. Brałem pod uwagę spore koszty. Agnieszka mnie bardzo namawiała i zmotywowała.

Rok przygotowań: stres, codzienne ciężkie treningi, odmawianie sobie wszystkiego. – Jeśli ktoś nie kocha tego sportu, nie polecam – uśmiecha się Arek. – Siada psychika, cierpi życie rodzinne. Stres jest ogromny, a dieta polega na samych wyrzeczeniach. Ludzie widząc kulturystę na scenie, myślą „o, dużo trenował!”, ale tak naprawdę najważniejsze jest odżywianie. Na każdym etapie inne, modelujące ciało. To niewiarygodne, jak samo picie wody może w ciągu doby zmienić wygląd mięśni.

W menu kulturysty przed zawodami królują kasza, ryż, ziemniaki plus białko: kurczak i ryba gotowana na parze, jaja. – Kupowaliśmy piętnaście kilo kurczaka na trzy tygodnie i tylko dlatego, że dwadzieścia nie zmieściłoby się w zamrażarce – mówi Arek. – Jeśli jajecznica, to z sześciu jaj. Dużo i monotonnie.

Wszystkie produkty dobrej jakości, zdrowe, czyste. Ściśle określone porcje i godziny posiłków. Żaden grill, żadne drinki. Sporadycznie lampka wina na rozluźnienie albo dobry sen. – Dwa miesiące przed zawodami organizm jest maksymalnie rozdrażniony – mówi Arek. – Spada cukier, następuje osłabienie, które może spowodować zwykły spacer. Kilka razy musiałem się w tajemnicy podratować czekoladą, bo byłem grubo poniżej wszelkich norm. No i nerwowość, nie wynikająca ze złych chęci, ale zmęczenia dietą i treningami. Po zawodach ładowałem w siebie tony jedzenia, wszystko czego przez rok sobie odmawiałem. W lodziarni kupiłem kiedyś wszystkie smaki, zjadłem i wziąłem jeszcze trzy na drogę.

Koszty przygotowań liczą się w tysiącach złotych: jedzenie, witaminy, suplementy, odpowiedniej jakości woda (w późniejszej fazie dziesięć litrów dziennie!). Do tego hotele, dojazdy, bronzery i inne kosmetyki, specjalne majtki, wybielanie zębów. – Gdyby nie Aga, byłoby ciężko – zaznacza Arek. – Dbała o zakupy, przygotowywała dla mnie posiłki według wskazówek, a sama też pracowała. Nie mieliśmy czasu na wychodzenie, imprezy, randki. Tak to już jest, że kulturystyka organizuje codzienność, wyznacza jej rytm. Dziewięćdziesiąt procent to sport, a dziesięć – reszta życia.

Trening: trzy godziny dziennie ćwiczeń kardio i siłowych. Do tego super ważna regeneracja. Trenerskich rad i wskazówek udzielali Krzysztof Piekarz i Henryk Hryszkiewicz. Ostatni nauczył Arka pozowania, niezwykle ważnego w kulturystyce. Być może temu zawdzięcza ogromny, jak na debiutanta, sukces.

 

 

zawody 2Zawody

Czy liczył na wygraną? – Nieeeee, kompletnie tego nie zakładałem, raczej chciałem spróbować, „przetrzeć się” – kryguje się Arek, ale po chwili przyznaje. – Wiadomo, marzyłem o podium, które byłoby ukoronowaniem dwudziestu lat trenowania. Jak usłyszałem werdykt, łzy mi w oczach stanęły. Zająłem drugie miejsce, ale jako debiutant przegrałem z wielokrotnym mistrzem Polski cięższym ode mnie o osiemnaście kilogramów. Kiedyś ten człowiek będzie ikoną kulturystyki, a ja mam zdjęcie na dowód, że byłem tuż za nim. Spełniłem marzenie – uczę fitnessu i mam puchar sportowca.

Gigantyczny stres odpuścił dopiero w połowie prezentacji. – Jestem strasznie krytyczny wobec siebie – przyznaje Arek. – W piątek przed zawodami w ogóle nie chciałem jechać. Nie podobało mi się moje ciało. Godziny przed zawodami też były nerwowe. Podpatrywałem rywali, wydawało mi się, że jestem od nich gorszy, mniej wyrzeźbiony. Na scenie skupiałem się na sędziach – miałem się uśmiechać, bo to zwraca uwagę. Przez pierwsze minuty w ogóle na mnie nie patrzyli, myślałam, że jestem bez szans. Tymczasem w przerwie pan Henio Hryszkiewicz, powiedział mi, że jest dobrze. Dostałem wiatru w żagle, wyluzowałem i zacząłem się dobrze bawić. Skupiłem się na dziewczynach z mojego klubu, które przyjechały mnie wspierać i w kibicowaniu przeszły same siebie.

W opanowaniu tremy pomógł… teatr. – Na treningi do klubu przychodził aktor Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, Marcin Borchardt – opowiada Arek. – Reżyserował spektakl „Nie kochać w taką noc, to grzech” w Amfiteatrze. Potrzebowali kogoś, kto zagrałby kulturystę-osiłka. Zawsze byłem wstydliwy, pomyślałem – czemu nie, może występ pomoże mi oswoić ze sceną. Dwie linijki roli – podczas próby generalnej pomyliłem tekst i choreografię. Marcin dał mi wtedy dobrą radę: jak zapomnisz, co masz robić – improwizuj. To samo powtórzył pan Henio: ludzie przecież nie wiedzą, co jest planowane, sędziowie też. Zawaliłem jedną pozę podczas zawodów, ale dzięki wskazówkom, nie zawaliłem reszty.

– Zawzięty, wytrwały, ambitny – odpowiada Agnieszka Gembal zapytana o cechy, które zaprowadziły Arka na podium. – Nie znam nikogo, kto byłby tak konsekwentny. Jak Arek się za coś bierze, to na poważnie. Przygotowania do zawodów wymagają nieprawdopodobnej dyscypliny. Trzeba być naprawdę silnym, żeby przez to przejść. Arek trenował, ja ogarniałam resztę. Byłam od czarnej roboty (śmiech). Mieliśmy momenty zawahania, było ciężko, ale daliśmy radę. Po werdykcie płakaliśmy oboje.

 

spektakl

Kaczuchy

Następne mistrzostwa w marcu 2018 roku. Arek zamierza wystartować, już zaczął przygotowania. Szuka sponsora, bo zawody to duże wyzwanie finansowe. A w tzw. międzyczasie pracuje jak zwykle, trenuje podopiecznych w klubie. Szczególną sympatią darzy Kaczuchy. Nazwa grupy wzięła się od ćwiczenia, które zmusza do „kaczego” chodu. Kaczuchy na zajęciach z Arkiem chudną, rzeźbią ciało, podnoszą kondycję. Na Facebooku zamieszczają zdjęcia i filmiki z treningów, po których nierzadko bywają jednocześnie bliskie euforii i płaczu. Są w różnym wieku. – Mam panią, która ma 58 lat i zawstydza energią i zawziętością młodsze koleżanki, a miałem też uczestniczkę 64-letnią – mówi Arek i dodaje: – Dziewczyny trenuje się łatwiej. Faceci uważają, że wszystko wiedzą, a często nie wiedzą nic. Cóż, ego. Kaczuchy za to lubią gadać i czasem robi mi się na zajęciach ryneczek. Mam na tę okazję megafon, którym przywołuję je do porządku.

Czy jest ostrym trenerem? – No, delikatny nie jestem – śmieje się Arek. – Na zajęciach jest wesoło, ale traktuję pracę bardzo poważnie. Jak przychodzisz do mnie, musisz osiągnąć cel. Musisz i kropka. Twój sukces to mój sukces, twoja porażka to moja porażka. Przejmuję się, złoszczę, gdy dziewczyny nie trzymają diety. Robię pomiary, ważę. Nie da się mnie oszukać. Wiem, kiedy zamiast diety był grill albo tort. Wołam delikwentkę i ochrzaniam. Ale Kaczuchy chyba mnie lubią, skoro wynajęły busa i wszystkie pojechały mi kibicować na zawodach, a na urodziny dostaję od nich koszulki z napisem „najlepszy trener na świecie”?