Tego dnia uwalniasz się od plaży i z krajowej szóstki lub drogi Darłowo-Słupsk skręcasz do Swołowa. Jest tu dziedzictwo kulturowe, a poza tym tryk Władek co żadnej nie przepuści i Pan Stasiu, któremu rozmowa z końmi schodzi na sprawy życiowe.

To Europejska Wieś Dziedzictwa Kulturowego i stolica Krainy w Kratę (od budowli szachulcowych) – z Muzeum Kultury Ludowej Pomorza z Zagrodą Albrechta, kaczką z jabłkami i kartaczami na gęsinie w Gospodzie pod Pomorzaninem oraz imprezami dla gości w każdym wieku. Ale toczą się tu sprawy nie tylko z przewodnika.

 

O co pytają dzieci

Na małym pastwisku jest dużo słońca. Objuczone wełną owce szukają cienia. Próbują opuścić wyznaczony teren. Jednak prowodyrem jest kozioł Leon. Zdominował barana i rządzi całym stadem, chociaż jest kastratem. Większy i sprytniejszy od tryka. –To kawał cwaniaka, dziad jeden – ujawnia naturę kozła Karolina Lewandowska, opiekunka zwierząt. – Teraz niby na nas nie patrzy, ale coś kombinuje, wystarczy popatrzyć w jego szelmowskie ślepia.

Co by uczynił? Przelazłby do sąsiadów żreć coś rosnącego. Owce też, lecz w drugiej turze, gdyż o wiele dłużej rozważają podobne sprawy. No i ten płot. Do niedawna otaczał je elektryczny pastuch, który teraz pilnuje świń. Dzieci pytają, co będzie, gdyby go dotknąć. Lekko pika co sekunda, nic specjalnego się nie dzieje. Jednak świnka pstra złotnicka odskoczyła z kwikiem. – Bo dotknęła ryjkiem. Poza tym pan był przygotowany i dotknął pastucha racjonalnie, a ona dała się zaskoczyć i nie zrozumiała – tłumaczy pani Karolina. – Leon też odskakiwał, ale dodatkowo się obrażał. Ma wielkie mniemanie o sobie. Jak owce leżą mu na drodze, przejdzie po nich. Niech pan nie siada, tu pełno kup, one rąbią tak jak idą.

Władek się starał. Żadnej nie przepuścił, gdy był w szczytowej formie. Ciekawe, że nikt go nigdy nie przyłapał – ani w nocy, ani w dzień. A efekt był systematyczny. Ale fakt, niemałe bogactwo nosi Władek. – I niemały ma z nim problem – mówi opiekunka. – Latem tną go w nie bąki. Oprócz pyska to jedyne nieowełnione miejsce. Pysk schowa w trawie, skubiąc, bogactwa nie może. Jest jeszcze jeden z tym kłopot. Dzieci z wycieczek sądzą, że to do dojenia; tym najmniejszym przytakujemy. Ale dzieci w ogóle są zafascynowane narządami, więc kiedy był ogier i, zrelaksowany, wystawiał, to już mówiliśmy, że to siusiak, tylko większy.

Jednak Władek ma już lata, dokupiono młodego tryka – Jurek na razie każdej przepuszcza, jest niedoświadczony. Natomiast nie przepuszczał Władkowi, są więc rozdzielone i każdy ma własny haremik. Kozioł jest w stadku Jurka, którego zdominował jak poprzednio Władka. Podobnych kwestii nie ma z wykastrowanym baranem Szczęściarzem ani z końmi: Ateną, Mają i małym polskim Pepe, który nawet by nie dosięgnął, jednak próbowałby i się irytował, dlatego też jest wałachem. Służy do czesania, gdy przychodzą dzieci.

Owce w dotyku są jak sweter. Kozioł nie. – On tu w ogóle nie pasuje, bo kozy trzymała biedota, a w tej wsi mieszkali bogaci gospodarze. Ale ożywia krajobraz – nie kryje Karolina. – Leon, mendo! Ma temperament. Kiedyś po masce auta wskoczył na parapet, a innym razem zżarł fakturę od weterynarza; na szczęście zdążył wygryźć tylko pieczątkę, kwoty nie. Co innego owce: zjeść, przeżuć, pospać. Łysa, chodź do pani!
Dzieci czasem pytają, czy owce beczą, czy meczą. Meczą kozy. Owce beczą, czasem z bulgotem – gdy ktoś idzie ku nim z pełnym jedzenia wiadrem, a one akurat przeżuwają. Także chrapią, sapią, dyszą z gorąca i bekają. Ale nie puszczają bąków jak konie. Dlaczego Władek i Jurek nie mają rogów, pytają dzieci. Nie są wybrakowane. Owca pomorska nie ma rogów bez względu na płeć.

Czy pracownicy skansenu mogliby którąś zjeść? Jakąś cherlawą… – Przeszły przez kasę na stan inwentarza. Są własnością muzeum i elementem ekspozycji – ucina opiekunka. – A jeśli chodzi o inne opory, to też bym nie mogła. Za dużo z nimi jestem.

Ożeż! Co to? Pani Karolina: – Mówiłam, żeby pan nie siadał; rąbią tak jak idą.


Robiłem akurat zdjęcia koniowi, gdy podszedł nietypowy człowiek i spytał: to będzie film? Poczułem, że będzie to rozmowa. Stanisław Piwiński znany jest bardziej jako Pan Stasiu alias Dizajner, gdyż umacnia wizerunek swołowskiego skansenu.

– Intrygują mnie pański kapelusz i pasek.
– Fajkę jeszcze mam.

– Niech pan wyjmie, będzie lepsze zdjęcie.
– Jest pod 19 B.

– To numer domu?
– Za rzeką. Dwa kilometry tylko. Bynajmniej nie płacę PKS-owi.

– Skąd pan się tu wziął?
– Z pogorzelców świętokrzyskich. Wszystko tam było: jałóweczka na mleko i masło, byczka się zabijało – na samowystarczalność. Ale po tym pożarze aż tu nas rodzice przywieźli, bo był kąt pegeerowski. Z czasem sam zacząłem robić w pegeerze, a potem tu się przyjąłem. Z natury przyjechał, do natury trafił. Karmię, obrządzam, wyganiam na pastwisko. Coś pomaluję, przytnę, dokręcę. A dla wycieczek włączam młocarnię, z XIX wieku. Tak samo śrutownik, wialnię i sieczkarnię ręczno-pasową. I widły jak trzymać, pokażę. I koszenie zboża kosą – lekcje prowadzę, a potem przez pracownika Edwarda jest zwożone.

– Co pan z tego lubi najbardziej?
– Grono przyjaciół. Mieszka tu, niektórzy pracują jak ja. I zabawy. Na Marcina zwłaszcza – gęsina, wie pan, ludzi dużo, potem grają, a my siedzimy i rozmawiamy.

– Ze zwierzętami też pan rozmawia?
– A pewnie! Z końmi najwięcej.

– Z owcami?
– Mało co. Tylko hałastrą lecą do wiadra. Kury też nie to. Ale i barany trzeba lubić, i drób. Ze wsi jestem, to tak mam. I jak z każdym pogadam, to nie jest osamotnione.

– No a konie?
– O, panie! Z koniem to duża rozmowa! I wiśta, i wio, i nazad. Wszystko mu pan powie, a on połapie. A czasem na inne sprawy zejdzie, życiowe. Koń, panie, szarpnie, bodnie, ale szacunek dla człowieka ma. Jest więcej do człowieka uwiązany. A jak furman narąbany, to i furmana przywiezie, i to, co na wozie. A! Uwielbiam jeszcze pracę na rozbiórkach. Lepiej mi wychodzi niż budowa.

– Czego zaś pan nie lubi?
– Jak za dużo naraz. Bo nie odmawiam, choć pięć osób chce coś ode mnie i nie mam za co się złapać. Czasu brak. Jednak zorganizowany jestem, poprzez pracę brygadową. Tak wyuczony. I ze wsi jestem.