Niemal każdy kto chciałby obejrzeć piramidy Majów, odruchowo myśli – Meksyk. Kraj ten niezwykle umiejętnie potrafił wypromować się jako spadkobiercę fascynującej cywilizacji, która dzisiaj przyciąga miliony turystów i… dolarów. Choć w Meksyku zobaczyłam wiele wspaniałych miast Majów, ducha ich kultury i tradycji poczułam dopiero w Gwatemali.

Trudno wskazać dziś głównego spadkobiercę spuścizny kulturowej Majów, których „państwo” zajmowało obszar dzisiejszych pięciu krajów: Meksyku, Belize, Gwatemali, części Hondurasu i Salwadoru. Jednak to Meksyk najbardziej kojarzy się z prekolumbijską cywilizacją. Fascynacja kulturą Majów od wielu lat przybiera na sile, a wraz z nią rosną przychody z masowej już turystyki. Marka Maya sprzedaje się dziś doskonale. Wszystko jest Maya: jedzenie, restauracje, hotele, spa, pamiątki, galerie, czekolada, naturalna wanilia, tequila, riviera, wycieczki. Meksykański rynek stworzył markę, na której zarabia nie tylko kraj i korporacje, ale też mały biznes i sami Indianie, którzy na swojej „majańskości” dorabiają do domowego budżetu. Meksyk – od Gwatemali zamożniejszy, większy i bardziej otwarty – siłą rzeczy jest mocniej podatny na wpływy zachodnie. Co roku Gwatemalę odwiedza ponad milion turystów, ale przy siedmiu milionach osób przyjeżdżających tylko do kurortów meksykańskiego Jukatanu to wciąż niewiele. A przecież Meksyk stanowi zaledwie część tego wielkiego kraju, w którym żyje 117 mln ludzi, z czego Majowie to zaledwie 1,5 mln. Zamieszkują głównie południowe stany Tabasco i Chiapas oraz półwysep Jukatan. Tymczasem w Gwatemali ponad 40 proc. z liczącej szesnaście milionów społeczności stanowią czystej krwi potomkowie Majów. To kraj bardziej od Meksyku jednorodny etnicznie, a prawie całe jego terytorium to spuścizna prekolumbijskiej cywilizacji.

1

Duch Majów uciekł z Chichen Itza

Masowa turystyka na Jukatanie sprawia, że do znajdujących się na półwyspie stanowisk archeologicznych ciągną tłumy wypoczywających na Riviera Maya, czyli tzw. fakultatywnych turystów. Najbliżej im do Chichen Itza czy Tulum, jedynego leżącego nad samym morzem ośrodka Majów. Niestety, te skądinąd wspaniałe miasta z każdym rokiem tracą swój niepowtarzalny klimat i urok. W Tulum każdy obiekt ogrodzony jest sznurami, wzdłuż których przesuwają się tłumy zwiedzających. Chichen Itza – wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco i uznane za jeden z siedmiu współczesnych cudów świata – również stało się ofiarą swego piękna i łatwej dostępności turystycznej. To właśnie tam znajduje się największe boisko do peloty (rytualna gra w piłkę), wzniesione na planie koła obserwatorium astronomiczne i czworokątna schodkowa piramida Kukulkana, czyli Pierzastego Węża. Świątynia jest jednocześnie kamiennym kalendarzem Majów.

Na jej szczyt z każdej z czterech stron wiedzie 90 schodów, co po przemnożeniu daje ich 360. Po dodaniu pięciu steli na samej górze – 365. Tyle, ile dni w roku. Wewnątrz tej solarnej dużej piramidy znajduje się mniejsza, będąca kalendarzem księżycowym składającym się z 260 dni. To kalendarz religijny, rytualny, którego esencją jest kult życia i płodności. Osiem cykli Księżyca składa się z 28 dni – tyle trwa cykl miesiączkowy kobiety. Doliczając dziewiątą pełnię, która symbolizuje 9-miesięczną ciążę, otrzymujemy 252 dni, a dodając jeszcze osiem nów bezksiężycowych mamy ich 260. Taką interpretację piramid-kalendarzy przedstawił nam nasz przewodnik, czystej krwi Maj, negując inne sposoby liczenia.

Niestety, ani na szczyt piramidy, ani do jej środka nie możemy wejść. Z powodu naporu turystów i wielu wypadków kilka lat temu ogrodzono ją łańcuchem. Bez wątpienia zasługujący na swe miano cud świata bardziej dziś przypomina skansen z wypielęgnowanymi trawnikami i masą straganów z pamiątkami, które niestety odbierają ducha miejscu, a niekiedy go dosłownie przesłaniają. Zawsze jest tu tłoczno, ale prawdziwe tłumy zbierają się w Chichen podczas wiosennego i jesiennego zrównania dnia z nocą (21-21 marca; 21-22 września). Można wtedy podziwiać grę światła i cienia, dającej efekt węża pełzającego po schodach świątyni Kukulkana. To niezwykłe widowisko, będące dziełem genialnych architektów majańskich, trwa ponad trzy godziny. Starożytni budowniczowie nie tylko wiedzieli, jak operować światłem, ale również akustyką. Władca siedzący na trybunie boiska do peloty był w stanie słyszeć spiskowania arystokracji, która zajmowała oddaloną o 168 metrów trybunę po przeciwległej stronie. Efekt naturalnego podsłuchu uzyskiwano dzięki specjalnej krzywiźnie ścian trybun usytuowanych wzdłuż boiska.

Mimo tych wspaniałości w Chichen Itza, Tulum czy słynnym Palenque, stworzonych przez wciąż jeszcze nie do końca poznaną cywilizację, nie poczujemy się jak Indiana Jones. To już nie są miejsca, gdzie po wyczerpującej wspinaczce po stromych schodach piramid wznoszących się ponad wierzchołki drzew, zobaczymy z góry świat oczami Majów. Nie dotkniemy ponad tysiącletnich kamieni świątyń, nie przejdziemy przez dżunglę, wsłuchując się w jej odgłosy, szczególnie mrożące krew w żyłach o zmierzchu.

2

W głąb dżungli

Na szczęście miejsca gdzie znajdziemy ducha Majów, wciąż istnieją, choć są trudniej dostępne. Odnajdziemy go choćby w Yaxchilan czy Bonampak w stanie Chiapas, do których dostajemy się graniczącą z Gwatemalą rzeką Usumacinta. Zachwyt wzbudzają ukryte w tropikalnym lesie miasta, a w nich (nieogrodzone) świątynie. Po ich korytarzach i zakamarkach oprowadzają najczystszej krwi potomkowie Majów – noszący białe proste tuniki Lakandoni. Za drobną opłatą pokazują święte dla nich miejsca, których są duchowymi strażnikami. Żyją podobnie jak przodkowie: w dżungli, w której znaleźli schronienie przed hiszpańskimi konkwistadorami, przez co najdłużej opierali się obcym wpływom. W jednej z dość prymitywnych osad Lakandonów można dzisiaj nawet znaleźć nocleg, ale nie liczmy, że zostaniemy zaproszeni do ich domów. Majowie to życzliwi, ale nieco nieufni i chroniący prywatność ludzie. Podobni są potomkowie Majów z plemienia Tzotzil ze wsi San Juan Chomula, do której trafiamy, wracając z Yaxchilan. Różnią ich stroje, ale dystans wobec obcych jest ten sam. Kultywują tradycję przodków w najczystszej postaci. W kościele pw. Jana Chrzciciela jesteśmy świadkami fascynującej fuzji dawnych wierzeń majańskich i religii katolickiej. Na posadzce pokrytej igliwiem z miejscowej odmiany sosny siedzą w grupkach Indianie: palą świece, kadzidła, polewając je alkoholem lub coca-colą, która imituje sfermentowany napój z kukurydzy, wnoszą modły, proszą o łaski i żywo dyskutują ze swoimi bogami. W ofierze ukręcają łeb kogutowi i skrapiają jego krwią wszystko dookoła. Jedzą przy tym, piją, rozmawiają. Z bocznych ołtarzy bez żadnego oburzenia przyglądają się temu chrześcijańscy święci. Niesamowitą atmosferę potęgują zapachy krwi, kadzideł i świec, a unoszący się dym tworzy tajemniczy półmrok. I choć są to bardzo malownicze sceny, nie próbujcie robić zdjęć, nie przechytrzycie pilnujących intymności Majów. W najlepszym razie czeka nas konfiskata aparatu, w najgorszym – staniecie przed sądem starszyzny plemiennej. Ja się nie odważyłam.

3

Gwatemala na straży tradycji

Duch prekolumbijskiej cywilizacji przejawia się choćby w używanych i dlatego wciąż żywych 22. dialektach języka Majów. Czujemy to szczególnie, gdy opuszczamy turystyczny meksykański Jukatan i transferując się przez skrawek Belize, wjeżdżamy do Gwatemali. W oczy rzucają się tradycyjnie ubrani ludzie. Nie jednostki, wszyscy. Po równinnym i suchym Jukatanie Gwatemala urzeka bogactwem ukształtowania terenu i różnorodnością przyrody, czym mogłaby obdarować kilka innych krajów. Niekończące się lasy tropikalne, rajskie krajobrazy z wodospadami, porośnięte bujną roślinnością pasma górskie, nagie wysokie szczyty, kilkadziesiąt wulkanów, w tym kilka wciąż groźnych gigantów, jak choćby najwyższy sięgający ponad 4 tysięcy metrów Tajumulco, wreszcie jeziora, lasy namorzynowe oraz wybrzeże Morza Karaibskiego i Pacyfiku. Gwatemalska roślinność tworzy egzotyczną scenerię dla kolorowo ubranych ludzi, którzy bez względu na wiek z dumą noszą tradycyjne stroje.

Widzimy ich wszędzie, w mijanych wsiach i miasteczkach, ale prawdziwą eksplozję kolorów i tradycji przeżywamy w takich miejscowościach jak Chichicastenango, gdzie 98 procent ludności to Indianie z plemienia Kiche (Quiche), bardzo przywiązani do tradycji i strzegący jej przed zbyt wścibskimi aparatami turystów, kradnących im… dusze. Tutejszy skondensowany świat Majów jest pełen wierzeń i mistycyzmu. Ludzie szanują swoją historię i są dumni z pochodzenia, co przejawia się w codziennym życiu. Kiche noszą tradycyjnie ręcznie tkane tuniki i bluzki zwane huipil w kolorach charakterystycznych dla regionu. Kobiety zakładają spódnice zwane corte i pasy faja, po których rozpoznają, kto z jakiej miejscowości pochodzi. Na głowy kładą kawałek złożonej tkaniny lub innej części garderoby, co chroni przed słońcem.

Do miasta przyjeżdżamy w sobotni wieczór, w przeddzień – słynnego w całej Ameryce Środkowej i ponoć jednego z największych w tym regionie świata – targu. Wielkie handlowanie, na które zjeżdżają Indianie z połowy kraju, odbywa się tu w każdy czwartek i niedzielę. Sprzedaje się niemal wszystko: warzywa, owoce, kwiaty, zwierzęta, tkaniny, ubrania, wyroby skórzane, garnki, ceramikę, przyprawy. W zaimprowizowanych pod plandekami knajpkach kobiety gotują i lepią tortille, a mężczyźni jedzą. Gdy siadamy wieczorem w jednym z targowych barów, czujemy się trochę nieswojo, jak intruzi. Nikt nas wylewnie nie wita, ale też nie zaczepia, przyglądając się ze zdziwieniem, nieco nieufnie. Takie samo wrażenie robi na nas atmosfera miasta: jest dość ciemno, ponuro, a my przypominamy sobie ostrzeżenia o kieszonkowcach i od razu czujemy, że jesteśmy tu obcy. Miejscowi zdają się mówić: możecie zostać, ale na naszych warunkach. Centrum tętni życiem przez całą noc poprzedzającą dzień targowy, kramarze rozstawiają stoiska i towar, garkuchnie rozpalają ogień, a schody kościoła zamieniają się w salon towarzyski i noclegownię.

Targ odbywa się w całym mieście, ale jego główna część na placu między dwoma kościołami: św. Tomasza i Kaplicą Kalwarii. W epoce prekolumbijskiej na miejscu pierwszego z nich stała świątynia słońca, a po przeciwległej stronie – księżyca. Dziś na stopniach kościoła kobiety sprzedają kwiaty, a szamani odprawiają modły. Gdy wchodzimy do środka, zaskoczenie jest jeszcze większe: w trakcie katolickiej mszy między dwoma rzędami ław na środku świątyni dwaj szamani na specjalnych kamiennych postumentach odprawiają swoje rytuały. Nad zapalonymi świeczkami i rozrzuconymi wokół nich płatkami kwiatów, w pochylonej pozycji kiwają się, wznoszą oczy, wymachują rękoma, głośno rozmawiają z bogiem, po czym biorą do ust haust mieszkanki rumu i wody i spryskują nim ogień świec. Nikomu to nie przeszkadza. Niezwykła koegzystencja dwóch zasymilowanych religijnych światów.

Kamienie i płyty z majańskich świątyń zniszczonych przez Hiszpanów miejscowi przenieśli na górujące na miastem wzgórze Pascual Abaj, gdzie w konspiracji przez lata odprawiali swoje obrzędy. Robią to do dziś, choć nie muszą się już ukrywać. Wspinamy się wąską, krętą dróżką na wzgórze z nadzieją, że uda nam się stać częścią mistycznych obrzędów. Niestety, gdy docieramy na szczyt, zastajemy tylko dogasający w kilku kamiennych kręgach ogień. Szamani wrzucają do niego świeczki w kolorach symbolizujących intencje, np. czerwony za miłość, niebieski za pomyślność. Do ognia trafia też mieszanka wody, rumu, kadzideł i ziół, a także dary: koguty, papierosy, kwiaty, owoce. Podobne rytuały udaje nam się zobaczyć na miejscowym cmentarzu, który ze swoimi jaskrawymi nagrobkami w kształcie domów czy piramid, bardziej przypomina scenerię do filmu Bollywood niż katolicką nekropolię.

5

Na szczycie piramidy

Nie wiadomo, w czym tkwi tajemnica, ale największa atrakcja turystyczna Gwatemali – dawna stolica Majów Tikal, nadal przesiąknięta jest duchem ich dawnych mieszkańców. Może dlatego, że nie ma tam tak wielu turystów jak np. w Chichen, a może dlatego, że wśród nich są grupy tradycyjnie ubranych potomków Majów. Spotkana przez nas wielopokoleniowa rodzina – o dziwo – chętnie pozuje nam do zdjęć. Gdy dowiadują się, że pochodzimy z odległego kraju, w którym właśnie pada śnieg, same stajemy się atrakcją turystyczną. Najmłodszy z rodziny wyjmuje z kieszeni smartfona i robi nam zdjęcie. Rodzina, mieszkająca w położonej kilkadziesiąt kilometrów dalej wsi, nie po raz pierwszy odwiedziła Tikal. Dla Majów to święte miejsce, do którego pielgrzymują kilka razy w życiu. Zatopione w dżungli starożytne miasto, jedno z największych i najwspanialszych w cywilizacji Majów, zamieszkiwało aż 45 tys. ludzi. Znajduje się tu jedna z najwyższych budowli wzniesiona przez tę cywilizację, licząca 65 metrów Piramida Dwugłowego Węża i trochę niższa, bo 45-metrowa architektoniczna perełka – Świątynia Wielkiego Jaguara. Przy dobrej widoczności widać z nich piramidy odwiecznego konkurenta miasta Calacmul leżącego już po stronie meksykańskiej. Równie wielkie co Tikal, 50-tysięczne, z 45-metrową piramidą Struktura 2, która należy do najwyższych na Jukatanie. Odkryto tam prawie 700 budynków i 120 steli, na którym władcy królestwa kazali zapisywać co kilka lat historię. Wspinaczka na starożytne wieżowce powoduje zadyszkę, jednak nagroda czekają na szczycie jest warta tego wysiłku: wspaniała panorama dżungli, której odgłosy przerywają panującą ciszę. Idealne miejsce do kontemplacji i przeniesienia się w wyobraźni do czasów, gdy oba miasta walczyły o prymat w regionie, zawiązując sojusze z innymi plemionami i tocząc między sobą nieustanne walki. Na dole nie tracimy kontaktu z naturą: otaczają nas ostronosy, dzikie indyki, między drzewami przemykają małpy, w tym wydające przeraźliwe dźwięki wyjce. Nie spotykamy niestety jaguara, czczonego przez Majów wielkiego kota. Dopiero po przyjeździe pożałowałam, że nie zabrałam ze sobą męskiej wody kolońskiej Obsession, której zapach – jak dowodzą amerykańscy naukowcy – najskuteczniej zwabia te zwierzęta.

Urok Gwatemali polega z jednej strony na różnorodności przyrodniczej, z drugiej na jednorodności etnicznej. Obie jeszcze nieskażone przez współczesną cywilizację. Nie oznacza to jednak, że duch Majów nie zetknął się z duchem komercjalizacji. Gwatemalczycy dość szybko uczą się od zamożniejszych sąsiadów z północy. Palmę pierwszeństwa w kreowaniu wizerunku kolebki Majów wciąż dzierży Meksyk. Może to i lepiej dla tych podróżników, którzy przemierzają świat w poszukiwaniu prawdziwego ducha miejsc, a takim bez wątpienia jest jeszcze Gwatemala.