Granatowe BMW kombi zaparkowane przy wyjściu z wielkiego dworca. Kierowca opiera się o drzwi auta, trzymając w dłoni litrową butelkę ukraińskiego energetyka. Pokazuję mu kartkę z adresem. Wrzucam plecak i torbę na tylne siedzenia. – Ty Polak, masz złotówki? – słyszę pytanie. Niestabilna hrywna robi swoje. – Nie mam, wymieniłem, mam wasze – odpowiadam. Zawiedziony taksówkarz po kilku minutach dowozi mnie na miejsce.

 

Tabliczka z nazwą ulicy: Piekarska 38. Trzeba wejść w bramę. Po prawej drzwi niewielkiego posterunku policji. Praktycznie żadnej informacji, takie wrota dla wtajemniczonych. Po lewej stronie klatka schodowa i domofon bez listy nazwisk. Na dodatek niesprawny. Od dłuższego czasu wewnętrzny głos podpowiada mi, że powinienem się tutaj pojawić. Nie mam kresowych korzeni. To ciekawość, a nie zwykła chęć zobaczenia kolejnego, klimatycznego miasta. Zatrzymuję się na kilka dni w domu u pani Jadwigi, Polki, która świadczy usługi turystyczne swoim rodakom, pomaga również w organizacji wycieczek. W swoim tymczasowym pokoju widzę na półkach kilka albumów z pielgrzymek Jana Pawła II do Ojczyzny. Na komodzie stoi radziecki telewizor, pamiętam go z czasów własnego wczesnego dzieciństwa.

DSC_0195

Może jabłko za kopiejkę?

Spaceruję po lwowskich ulicach w celu zarejestrowania wspomnień i znalezienia dobrego źródła z kofeiną. Czerwone światło zatrzymało dwie żółte marszrutki, czyli popularne za naszą wschodnią granicą mikrobusy. Idę w kierunku pomnika Daniela Halickiego, założyciela lwowskiego grodu. Dzieje sprzed ponad 750 lat. Zaczepia mnie ukraińska staruszka, proponując zakup jabłka. W jej plastikowym wiaderku zostały trzy owoce, które można zamienić na sok, szarlotkę, a na pewno na kilka kopiejek. Miniaturowe targowiska na chodnikach pojawiają się co kilkanaście metrów. Ludzie sprzedają wszystko i w każdej ilości. Lwowianie w różnym wieku modlą się przy figurze Matki Boskiej. Mijam majestatyczny pomnik Adama Mickiewicza. Przetrwał nienaruszony ponad sto lat; naszego poety nie pokonały dwie wojny. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi pomnik ukraińskiego wieszcza Tarasa Szewczenki. Dwaj wielcy poeci bezgranicznie kochający swoje ojczyzny praktycznie obok siebie. Polak i Ukrainiec. Przypadek? Nie sądzę.

DSC_0204

Kultury trochę!

Idąc dalej Prospektem Swobody czyli Aleją Wolności, mijam na deptaku lwowian pochłoniętych grą w szachy i warcaby. Po spacerze w centrum miasta można odnieść wrażenie, że to ich sport narodowy. Widzę z oddali fasadę wizytówki Lwowa – Narodowego Teatru Opery i Baletu. Zaprojektował ją oczywiście Polak, Zygmunt Gorgolewski. Opera otwarta uroczyście w 1900 roku mieści ponad tysiąc widzów. Bogato zdobione wnętrze, do tego nowatorskie na tamte czasy rozwiązania jak na przykład centralne ogrzewanie czy hydrauliczna maszyneria sceniczna. Integralną atrakcją obiektu jest główna kurtyna autorstwa malarza Henryka Siemiradzkiego. Wieczorem załapuję się na klasykę: operetkę „Wesoła Wdówka”. Większość na sali to Polacy. Głównie uczestnicy jedno- i dwudniowych wycieczek z miast Lubelszczyzny. Brakuje wyświetlanej transkrypcji, chociaż zamontowane ekrany ledowe są w gotowości.

DSC_0225

Okazałe grobowce, kaplice i rzeźby

Na Cmentarzu Łyczakowskim pochowano wielu zasłużonych Polaków. Znajdziemy tu groby m.in. Marii Konopnickiej, Stefana Banacha, Franciszka Stefczyka czy Gabrieli Zapolskiej. Autonomiczną część nekropolii stanowi Cmentarz Orląt Lwowskich. Nastoletnich polskich bohaterów broniących swojego miasta w wojnie polsko-ukraińskiej. Miejsce ich spoczynku zostało zdewastowane po drugiej wojnie światowej przez władze sowieckie. Jego odbudowa rozpoczęła się dopiero w 1989 roku. Nie sposób nie zatrzymać się przy grobie 10-letniego Jana Kukawskiego. To właściwe miejsce do refleksji nad zawiłościami polsko-ukraińskich relacji. Po powrocie do centrum zaglądam na chwilę do barokowego kościoła Dominikanów czy mieniącego się wszystkimi odcieniach złota kościoła Bernardynów. Oba w tej w chwili są cerkwiami grekokatolickimi. Najwięcej „polskości” znajdziemy w Katedrze pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny zwanej Katedrą Łacińską.

W tygodniu trzy msze święte dziennie są tu odprawiane w naszym języku – w niedzielę aż pięć. Wielonarodowy charakter Lwowa ukazuje również przepiękna świątynia ormiańska. W jej wnętrzu panuje aura tajemniczości, jakby przywiezionej prosto z odległych stron. Wszędzie czerwień, granat i złoto. Orientalne zdobienia aż po sufit, na ścianach malowidła warszawskiego artysty Jana Henryka Rosena. Do Katedry Ormiańskiej wracałem trzy razy.

DSC_0252

Gastronomiczne wskazówki

Tripadvisor wskazuje bezkonkurencyjnego faworyta: Restaurację Baczewskich. Nazwa brzmi znajomo. To rodzina polskich lwowian, której firma w XIX- i na początku XX wieku nie miała sobie równych w całej Europie w produkcji wódek i likierów. Wojny całkowicie zniszczyły trunkowy biznes, a jego właściciele zginęli w więzieniach i łagrach. Ich potomkowie w 1945 roku reaktywowali markę w Wiedniu. Kilka lat temu powstała też restauracja przy ulicy Szewskiej we Lwowie. Trzy dwudaniowe obiady w tym miejscu i trzykrotnie wywołany stan szczęśliwego, dobrze nakarmionego turysty. Wszystkie potrawy kuchni polskiej (prawie) jak u mamy, w cieszącej oko i ucho oprawie wizualnej i muzycznej. Legendarne receptury Baczewskich w płynnej postaci zadomowiły się w domowym barku. Drugim miejscem, do którego powracam kilka razy to Lwowska Manufaktura i Kopalnia Kawy. Oryginalne miejsce w pobliżu ratusza, znajdujące się na samym rogu głównego rynku. Słowo kopalnia nie jest użyte przez przypadek – kawy w manufakturze jest tak dużo, że jest przechowywana w workach pod ziemią. Przy samym wejściu do lokalu można obserwować na żywo proces jej wypalania i mielenia. Miejsce z duszą. Szkoda, że trzy przywiezione stamtąd paczki kawy tak szybko się skończyły.

DSC06904

Czas wracać do domu

Lwowski dworzec został wzniesiony w 1904 roku według projektu Władysława Sadłowskiego. Z odległości przypomina wielki pałac z oszklonym dachem. Z błędu wyprowadzają staruszki wyprzedające na trawniku ubrania, sprzęty i książki rozłożone na workach na śmieci. Zatłoczona poczekalnia o godzinie szóstej rano. Na każdej ze ścian bufet połączony z barem. W ofercie kanapki z kotletem, ugotowane na twardo jajko podawane na talerzyku, herbata w tekturze czy kieliszek czegoś mocniejszego na drogę. Przeliczając na nasze pieniądze wszystko w cenach wręcz symbolicznych. W Polsce kupimy za nie batonik, we Lwowie zjemy śniadanie. Dworzec w środku jest idealnym przykładem stalinowskiego socrealizmu. Został przebudowany po wojnie. Monumentalizm wynikał z obowiązków ideowych. Architektura ogólnodostępnych obiektów miała być pretekstem dla widzów, dzięki któremu mieli odnaleźć w sobie wielkość epoki. Lwowski dworzec mógł oddziaływać na społeczeństwo w ten sposób. Czułem się w nim jak na Placu Konstytucji w Warszawie.

DSC06909

To jaki jest ten Lwów?

Wyobraźmy sobie stare miasto w klimacie skrzyżowanych ze sobą koszalińskich ulic Modrzejewskiej i Piłsudskiego. Do tego rynek na planie kwadratu, brukowana kostka, kanciaste tramwaje, z każdej strony w oddali wieże katedr i świątyń. Ślady polskości są za każdym razem może nie na wyciągniecie ręki, ale bardzo blisko. Znajdziemy je na ulicach, w architekturze, historii, życiu społecznym. Nie jestem ignorantem, cały czas zdawałem sobie sprawę, że jestem na Ukrainie. Nie zapomniałem o stojącym we Lwowie pomniku Stepana Bandery i istniejącej od 2008 roku w mieście ulicy Bohaterów UPA. Mijałem powiewające z balkonów nad moją głową flagi tej organizacji. Czułem ogromny niesmak, ale jednocześnie wielką radość, że mogę tam być i czuć się bezpiecznie. Obserwować nastolatków palących tanie papierosy przed szkołą, iść zadbanymi uliczkami Cmentarza Orląt Lwowskich czy uśmiechnąć się do uroczej czarnowłosej Ukrainki w kawiarni. Poszerzajmy horyzonty i strzeżmy się nacjonalizmu w każdej postaci. Lwów jest piękny. Nie trzeba jechać do Wiednia, Paryża czy Londynu.