Komedia to kolejny po musicalu gatunek rzadko widywany na koszalińskiej scenie. Mniej sztampowy i bardziej finezyjny niż – dla odmiany często grana u nas – farsa, ale równie wymagający. Rozśmieszyć widza podobno trudniej niż wzruszyć. Łatwo za to z nieśmieszności popaść w pułapkę bawienia na siłę, co miewa opłakane skutki.

„Księżyc nad Buffalo” w reżyserii Jana Tomaszewicza można uznać za przykład „szlachetnej rozrywki”, określenia powtarzanego raz po raz w kontekście repertuaru Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Nie jest to może eksplozja humoru, rzecz wybitna, ale rasowa komedia pomyłek. Zabawna, dowcipna, z nieskomplikowaną fabułą. Warto wsłuchać się w tekst Kena Ludwiga i wyłapać wiele błyskotliwych wersów, ripost i dialogów, jakie spokojnie mogłyby znaleźć się w filmie Woody’ego Allena.

1953 rok, Teatr Erlanger w Buffalo, Nowy York. Nie jest dobrze. Rodzinna scena podupada, ma kłopoty finansowe, a próby do „Cyrano de Bergeraca” idą kiepsko. Córka Charlotty (Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska) i George’a (Wojciech Rogowski) – Roz (Żaneta Kurcewiczówna) postanawia odejść z teatru, w którym się wychowała, o czym powiadamia przygłuchą babcię Ethel (Małgorzata Wiercioch). Za drzwiami już czeka Howard (Artur Paczesny), prezenter pogody, za którego Roz zamierza wyjść za mąż, o czym nie wie nikt, włącznie z byłym chłopakiem, dyrektorem teatru Paulem (Jacek Zdrojewski). Rzeczony narzeczony, zagorzały fan rodziców Roz, szykuje się do oświadczyn. W tzw. międzyczasie okazuje się, że George w wyniku zrządzenia losu (wypadek kolegi) ma szansę zagrać wymarzoną rolę w filmie słynnego Franka Capry, który właśnie zmierza do Buffalo, by osobiście zobaczyć go na scenie. Na drodze ku planowi filmowemu stanie niejaka Eileen (Dominika Mrozowska), ciąża, whiskey i kawa, wiążąc zdarzenia w supeł, którego rozwiązanie stanowi komiczną esencję jednego dnia z prowincjalnego teatru z wielkimi ambicjami i jeszcze większymi nadziejami na odmianę losu. Za kulisami rozgrywa się prywatne życie z własnym, przewrotnym scenariuszem.

Spektakl należy do dwójki (jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi) ludzi – instytucji BTD: Wojciecha Rogowskiego i Żanetty Gruszczyńskiej-Ogonowskiej, którzy stworzyli kapitalny duet, tym bardziej wyrazisty, że grają parę aktorów. Dojrzałych, doświadczonych, którzy poza słodkim smakiem aplauzu i uwielbienia publiczności, znają całą gamę gorzkości wpisanych w kapryśny zawód. Nietrudno uwierzyć w chemię łączącą George’a i Charlott, widząc na scenie partnerów rozumiejących się wpół słowa. Reszta zespołu gra mniej lub bardziej poprawnie, choć na specjalne wyróżnienie zasługują znakomite epizody Zdzisława Derebeckiego (dyrektor BTD) w roli Ryszarda, adwokata rodziny zainteresowanego Charlottą.

Całość ogląda się lekko i przyjemnie, choć nie jest to spektakl pozbawiony wad. Większość kumuluje się w pierwszej części: słabe tempo, przeszarżowane aktorstwo, drewniane sceny, klisze i wspomniane silenie się na dowcip. Będą pojawiać się raz po raz także później, choć akcja z czasem nabierze rumieńców, a środek przedstawienia za sprawą sekwencji alkoholowego upojenia George’a/Wojciecha Rogowskiego ubawi do łez. Włącznie z finałem będącym kulminacją galimatiasu, w jakim rzeczywistość pomiesza się z teatrem. Jeśli wybieramy się do teatru, by spędzić w nim dwie relaksujące godziny. „Księżyc nad Buffalo” Kena Ludwiga będzie dobrym wyborem.

 

izabela rogowska -134