Aż 16 długometrażowych filmów fabularnych stanęło w tym roku do konkursu głównego Festiwalu Filmowego w Gdyni (19-26 września br.). Poza konkursem pokazano „Smoleńsk” Antoniego Krauzego i „Powidoki”. Film ten okazał się ostatnim obrazem Andrzeja Wajdy (1926-2016). Mistrz zmarł kilka tygodni po swoich 90. urodzinach, które obchodził w Gdyni.

Zdobycie wejściówki na „Powidoki” graniczyło z cudem (projekcja dla ściśle wybranych a właściwie dobranych gości), „Smoleńsk” przyciągnął tłumy. Dużo goręcej od filmu została przyjęta deklaracja Antoniego Krauzego, że „Smoleńsk” to jego pożegnanie z kinematografią polską.

Wśród filmów konkursowych dominowały trzy nurty tematyczne i gatunkowe: stonowane kino moralnego niepokoju dzisiejszych 20- i 30-latków, kino historyczne z zacięciem rozliczeniowym oraz kino sensacyjne w stylu retro. Prezentacje zdominowały dwie produkcje: „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego (odkrycie, deszcz nagród, nostalgia, wybitne aktorstwo) oraz „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego (brak istotnych nagród, kino inne od oczekiwań, dalekie od kontrowersji).

Nie obyło się bez rozczarowań, kilka filmów przeszło bez echa, lecz wniosek dotyczący niemal wszystkich produkcji powinien zainicjować dyskusję nad kondycją polskiego warsztatu scenariuszowego. Kino to schematy i klisze, wiadomo, dlatego całą sztuką jest znalezienie nowych puent do doskonale znanych historii. Tego nam w Gdyni zabrakło.

Jury, któremu w tym roku przewodniczył reżyser Filip Bajon, sprawiedliwie i konsekwentnie obdzieliło nagrodami mniejszymi i większymi więcej niż połowę filmów konkursowych. Najmniej z nich dostał „Wołyń”. Dziennikarze akredytowani przy festiwali, w tym również niżej podpisani, przyznali swoją nagrodę „Ostatniej rodzinie”.

Jakie jest – po kolejnej Gdyni – kino polskie? Świetne. Od kilku lat pozostaje jednym z najlepszych w Europie, na co wskazują deszcze nagród spadające na nasze produkcje na wszystkich festiwalach na świecie. Polscy twórcy pozbyli się kompleksów „kinematografii postkomunistycznej” i są we wszystkich najważniejszych stajniach filmowych. Polacy natomiast chętnie i często chodzą na filmy polskie, ponieważ po prostu je polubili.
Oto tegoroczna najciekawsza „12” według „Prestiżu”.

czerwonypajak_fot-a-golec_006

„Czerwony pająk”

Przykuwająca uwagę sugestywna gra aktorska, starannie odtworzone realia epoki, atmosfera osaczenia i napięcia, przejmująca relacja z przebiegu zbrodni pozostających poza wyobraźnią przeciętnego człowieka – bez wątpienia „Czerwony pająk” to jeden z najważniejszych filmów ostatnich lat. Nie tylko z uwagi na temat (wstrząsająca historia seryjnego mordercy polującego na ofiary w latach 60. XX wieku), lecz także zachowanie czystości gatunku filmowego. Marcin Koszałka nie uległ pokusom.

„Czerwony pająk” to chyba jedyny w tym zestawieniu film z 2015 roku. Znany z kin, wydania płytowego, wciąż robi wrażenie. Utytułowany operator debiutujący w roli reżysera na ogół chce pokazać więcej, natomiast Marcin Koszałka odwrotnie – postawił na skupienie, oszczędność. Nie czuje się ciężaru jego kadrów, choć film ma mroczną aurę, rozgrywa się w szarościach, cieniach. Ogromnym atutem są dwie główne role: Filipa Pławiaka i Adama Woronowicza (nagroda za rolę męską, a dokładnie: „prawdę postaci przeniesionej na ekran filmowy” podczas KFDF 2016 w Koszalinie). Obaj tworzą niezwykłą relację, która nieustannie ulega przemianom.

Scenarzyści (Marcin Koszałka i Łukasz M. Maciejewski) pozostawiają sporo przestrzeni na inwencję widza. Czy naprawdę mamy do czynienia z dwoma potworami? A może to postać z rozdwojeniem jaźni? Kto zabija, a kogo zbrodnia fascynuje? Jednak najważniejsze pytanie: dlaczego – pozostaje bez odpowiedzi.

Scenariusz nie dotyczy wydarzeń prawdziwych, został zainspirowany miejskimi legendami Krakowa. Pierwsza opowiada całkowicie fikcyjną historię Lucjana Staniaka, zwanego „Czerwonym Pająkiem”, druga to autentyczny życiorys jedynego znanego światowej kryminalistyce seryjnego nastoletniego mordercy Karola Kota (w filmie: Karol Kremer), który – jako „wampir z Krakowa” – stał się prawdziwą gwiazdą mediów pod koniec lat 60.

„Czerwony pająk”, reż. Marcin Koszałka, wys. Filip Pławiak, Adam Woronowicz, Julia Kijowska, premiera: listopad 2015

las-czwarta-rano

„Las 4 rano”

Autorskie, kameralne, głęboko refleksyjne, pełne utajonych emocji, nacechowane symbolami osamotnienia, śmierci i ewolucji uczuć kino. Dramatyczna wędrówka w głąb siebie reżysera i aktora. Akt wiary w człowieczeństwo. Ucieczka od dramatycznej rzeczywistości w milczenie i mistykę. Hołd dla zmarłej w wypadku samochodowym córki.

Jan Jakub Kolski, twórca wybitny, przyzwyczaił nas do filmowych wizji osobnych od tego, czym żyje kino polskie. Od ponad 25 lat, w prostych historiach, opowiada o niełatwych wyborach, o wyzwaniach i wyrzeczeniach. Gdy w 2014 roku zginęła jego córka, Zuzanna, w wywiadach mówił o rozpadzie świata, który stworzył. Porządku rzeczy, w którym znajdował inspirację i schronienie.

Teraz wraca filmem o bezwzględnym korpo-samcu, który po stracie córki zaszywa się w lesie i żyje instynktownie. Przejmująco prawdziwy w tej roli, dawno w kinie niewidziany, Krzysztof Majchrzak, ulubiony aktor reżysera, a tutaj również, jako współscenarzysta, jak zawsze, czyli z poświęceniem, gra całym sobą, wypełnia ramy dramatu brutalną logiką i prostotą odruchów pierwotnych.

Subtelne kino Jana Jakuba Kolskiego częściej łapie za serce niż za gardło, ale w przypadku „Lasu 4 rano” – za to i za to. Nie pozostawia miejsca na obojętność. Jeżeli ten film pomógł reżyserowi przejść przez traumę, oczyścić umysł z demonów rozpaczy, stworzyć na nowo siebie, jako twórcę wskazującego, a nie naznaczonego, warto poświęcić mu niespełna 100 minut naszego życia.

„Las 4 rano”, reż. Jan Jakub Kolski, wys. Krzysztof Majchrzak, Olga Bołądź, Maria Blandzi i inni, premiera: 2 grudnia 2016
01_na_granicy_foto_marcin_szpak

„Na granicy”

Rozczarowanie. Obiecujące zapowiedzi, dopracowana promocja. Cztery nagrody na tegorocznym KFDF „Młodzi i Film” w Koszalinie, nagroda w Gdyni i w Krakowie. Debiut cenionego dokumentalisty. Szeroka dystrybucja (Kino Świat). 30 tysięcy widzów w weekend po premierze.

Kuszące opakowanie może być biletem do klęski. Forrest Gump miał rację; niekiedy czekoladka okazuje się niestrawna. Szkoda, bo Wojciech Kasperski wziął na warsztat kliszę, którą ciężko prześwietlić. Bieszczady, zima, zamieć, chata z psującą się radiostacją i generatorem prądu, tajemniczy nieznajomy z bronią, odosobnienie młodych bohaterów poddanych próbie odwagi i lojalności. Czy można zmarnować tak prosty przepis na sukces?
W kinie można zepsuć wszystko i to bez specjalnych starań. Wystarczy w dobrze znany, ale wymagający dyscypliny narracyjnej schemat wpuścić za wiele dosłowności, źle pojmowanej inwencji twórczej; z czarnego charakteru uczynić rozhisteryzowanego troglodytę; pozostawić bez echa śmierć pasażerów busa; unikać kontrastowania przestrzeni w i poza budynkiem na górskim odludziu.

Bohaterowie Wojciecha Kasperskiego (reżyser jest scenarzystą) są tak jednoznaczni i przewidywalni, że widz bez zaskoczeń zmierza do finału, który powinien wybrzmieć właściwą dla gatunku puentą, a tymczasem pozostawia nas z pytaniem: dobrze, ale czemu to wszystko miało służyć? Nie pomogli aktorzy. Andrzej Chyra w roli ojca niewiele ma do zagrania, Marcin Dorociński, jako „ten zły”, poddał się pokusie skomiksowania swojej postaci, Andrzej Grabowski nie wnosi niczego nowego do wizerunku „cynicznego drania”. Szkoda, że równie blado wypadła para młodych aktorów (Bartosz Bielenia i Kuba Henriksen), filmowych synów, dla których wyprawa miała być szkołą przetrwania, a zakończyła się doświadczeniem bezradności i bezsensownej przemocy.

„Na granicy”, reż. Wojciech Kasperski, wys. Marcin Dorociński, Andrzej Chyra, Andrzej Grabowski i inni, premiera: luty 2016

wolyn3

„Wołyń”

Przez lata pozostający w cieniu, skomplikowany historycznie, wciąż wymagający badań naukowych temat; egzotyka i oryginalność – ogarniętego wojną i gorączką nienawiści nacjonalistycznej – pogranicza państw, religii, kultur, obyczajowości; wnikliwa analiza narodzin ludobójstwa; relacja ze zbrodni, które nie mieszczą się w żadnym katalogu win i kar; paradoksalna i nieprzewidywalna aktualność zagrożeń. Wszystko to lokuje nowy – siódmy – film Wojciecha Smarzowskiego wśród wydarzeń filmowych.

„Wołyń” nie jest jednak tym, czym miał być. Nie jest filmem historycznym, bo niczego nie odtwarza (scenariusz jest oryginalny, a reżyser podkreśla, że to jego wizja wydarzeń), nie jest – jak oczekiwano – filmem epatującym przemocą, ponieważ najmocniejsze sceny „rzezi wołyńskiej” trwają kilka z prawie 150 minut. Nie jest filmem kontrowersyjnym, który może wywołać nowe masowe protestu Ukraińców, ponieważ w „Wołyniu”, podobnie jak w ówczesnej rzeczywistości, wszyscy mordują wszystkich (paradoksalnie, najmniej zbrodniczy są okupanci hitlerowscy). Nikt nikogo nie oszczędza.

Wydarzenia w wiosce w południowo-zachodniej części Wołynia, zamieszkałej przez Ukraińców, Polaków i Żydów, rozgrywają się w latach 1939-1943. Doświadczamy wszystkiego tego, co przeżywa, widzi i czego jest świadkiem młodziutka Polka, Zosia Głowacka, jedna z wielu milionów postaci przypadkowo wrzuconych przez los na dno piekła na Ziemi. Życie wioski odmienia okupacja sowiecka, a dwa lata później niemiecki atak na ZSRR. Przez następny rok trwają brutalne mordy na Żydach. Ukraińskie aspiracje do stworzenia niepodległego państwa wciąż rosną, podobnie jak napięcie między polskimi i ukraińskimi sąsiadami. W końcu wybucha pożoga mordów i okrucieństwa. Oddziały UPA atakują polskie osady, a Polacy – niekiedy z równą bezwzględnością – biorą odwet na Ukraińcach. Pośród tego morza nienawiści Zosia próbuje ocalić swoje dzieci.

Widzieliśmy widzów wychodzących z sensu, ponieważ napięcie, które konsekwentnie buduje reżyser, kilka razy staje się nie do wytrzymania. Czujemy, że stanie się coś potwornego, a gdy nadchodzi najgorsze, tkwimy w samym środku podwórka, na którym ludzie tracą życie.

Film zapada w pamięć, daje do myślenia, nie pozostawia obojętnym. Obowiązkowo do obejrzenia.

„Wołyń”, reż. Wojciech Smarzowski, wys. Michalina Łabacz, Arkadiusz Jakubik, Maciej Skiba i inni, premiera: październik 2016

wszystkie-nieprzespane-noce2

„Wszystkie nieprzespane noce”

Niezwykle trafny, trudny w odbiorze, obraz pokolenia współczesnych 20-latków. Ludzi żyjących z pensji rodziców, emerytur dziadków, prac dorywczych i nowych pokładów złudzeń. Opowieść o stanach wewnętrznych, atawizmach społecznych i nicnierobieniu, które w tym filmie urasta do rangi sztuki życia, lecz przede wszystkim o frustracji, egoizmie, osamotnieniu, nietrwałości związków, lęku przed wyborami, autodestrukcji i anarchii systemowej.

Bunt ów jest jednak podszyty obłudą charakterystyczną dla drugiego, a może już nawet trzeciego pokolenia aspirującego do statusu klasy średniej, które podkreśla, że dla niego pieniądze nie mają znaczenia, bo siedzi w kieszeni rodziców, nie potrafi zarabiać i nie docenia tego, co ma.

Po 20 minutach projekcji miałem ochotę zakończyć spotkanie z filmem Michała Marczaka. Umęczenie bohaterów abstrakcyjnymi rozterkami wydaje się absurdalne, groteskowe, nierealne. Przetrwalismy najgorsze z nadzieją, że dowiemy się czegoś nowego o ludziach, którzy wkrótce zaczną o wielu ważnych sprawach decydować za nas lub w naszym imieniu.

W warstwie narracyjnej „Wszystkie nieprzespane noce” to miałka improwizacja, momentami nużąca. Na płaszczyźnie znaczeniowej to istotne studium bezradności młodych Polaków. Czy, jak chce dystrybutor, film ma szansę stać się „manifestem niespokojnego pokolenia urodzonych po 1989 roku”? Wątpliwe. Dla samych 20-latków jest znanym obrazem lustrzanym. Czy, jak chce reżyser, jego debiut to „hołd złożony młodości nieprzewidywalnej i dynamicznej, zagubionej i bojącej się jutra”? Jeżeli tak, to miłości własnej.
Nie można jednak tego filmu, jak chcą producenci, zestawiać z „Niewinnymi czarodziejami” Andrzeja Wajdy. Nie ci ludzie, nie to pokolenie, nie te wartości, nie ta miłość.

„Wszystkie nieprzespane noce”, reż. Michał Marczak, wys. Krzysztof Bagiński, Michał Huszcza, Ewa Lebeuf, premiera: 4 listopada 2016

zacma_fot-jacekdrygala-114

„Zaćma”

Niezwykłe kino, z innej epoki, stylistyki, z dawnego stylu opowieści niespiesznej, wieloznacznej, nakierowanej na postać i jej przeżycia. Starannie wyreżyserowana opowieść o metamorfozie, próbie odkupienia, pogardzie i systemie, który jak zapałki łamał kości, kręgosłupy i nadzieje.
„Zaćma” to od lat przygotowywana przez Ryszarda Bugajskiego, z udziałem jego żony, Marii Mamony w głównej roli, historia ostatnich lat życia Julii Brystigerowej, osławionej Krwawej Luny, czyli wysokiej rangą funkcjonariuszki UB, znanej z sadystycznych metod przesłuchiwania więźniów politycznych. W latach 50. XX wieku Julia Brystigerowa odeszła z resortu bezpieczeństwa. Napisała głośną książkę („Krzywe litery”), pracowała, jako redaktor w PIW, regularnie odwiedzała Zakład dla Niewidomych w Laskach, gdzie spotykała się z duszpasterzami (film opisuje rozmowę z prymasem Stefanem Wyszyńskim). Podczas tych wizyt sama była inwigilowana przez SB. Zmarła jako żarliwa katoliczka.

„Zaćma” to film kameralny, złożony z drobno utkanych relacji międzyludzkich; dramat postaci, która zdała sobie sprawę, że przekroczyła wszelkie granice zła (jeden z więźniów powiedział o niej we wspomnieniach „zbrodnicze monstrum przewyższające okrucieństwem niemieckie dozorczynie z obozów koncentracyjnych”). Brystigerowa jedzie na spotkanie z pytaniem, jak ma żyć po tym, co zrobiła, i czy jej życie teraz ma jeszcze jakikolwiek sens.
Chwyta się drobnej nadziej na choćby częściowe odpokutowanie win przy opiece nad niewidomymi dziećmi. Nie ucieka od odpowiedzialności, lecz równocześnie nie dowie się, dlaczego była narzędziem nienawiści. Być może to Julii Brystigerowej kara za zbrodnie.

„Zaćma”, reż. Ryszard Bugajski, wys. Maria Mamona, Małgorzata Zajączkowska, Janusz Gajos i inni, premiera: 25 listopada 2016

krolewicz-olch-2

„Królewicz Olch”

Kuba Czekaj wskazuje ten film jako swój właściwy debiut, choć rok temu na Festiwalu Filmowym w Gdyni pokazał inny długi metraż – „Baby Bump”, uznany przez krytyków za najlepszy film festiwalu, choć umieszczony został w konkursie „Inne spojrzenie”, zwanym złośliwie w kuluarach „salonem odrzuconych”. Reżyser tłumaczył, że „Baby Bump” był wypadkiem przy pracy, produktem ubocznym przy tworzeniu opus magnum – rzeczonego „Królewicza Olch”. Nieoczekiwanie powstał dyptyk o chłopięcym dojrzewaniu – w poprzednim obrazie cielesnym, w tym – duchowym. Czy to korzystna korespondencja? Chyba nie. Wyraźnie widać, iż w nowszy film Kuba Czekaj włożył znacznie więcej wysiłku intelektualnego, płaszczyzn, symboli i den, ale predebiut był tak wystrzałowy, że „Królewicz Olch” pozostaje w jego cieniu, co gorsze – wydaje się wtórny.

W przeciwieństwie do surrealistycznego, niepokornego i specyficznie zabawnego poprzednika to kino wymagające, momentami męczące, choć w warstwie symbolicznej – przemyślane i spójne. Mamy chłopca-geniusza, zgłębiającego teorię światów równoległych, matkę-despotkę będącą figurą współczesnej, pazernej i drapieżnej konsumpcji i ojca – przedstawiciela pierwotnej męskiej siły, natury, instynktu. Bohater będzie się między nimi miotał, najpierw wyzwoli się spod wpływu matki, da się „uwieść” ojcu, by w końcu odciąć od obu i uzyskać autonomię. Proces ten opowiedziany jest przepięknym, soczystym, malarskim niemal obrazem, największym atutem „Królewicza Olch”. Do ballady Goethego film nawiązuje nienachalnie, znajomość dzieła niemieckiego mistrza ani w odbiorze nie pomoże, ani mu nie zaszkodzi. Doda natomiast głębi ostrości. Cieszy fakt, że w kinie polskim pojawiła się postać o wyrazistym odważnym stylu, indywidualista, przede wszystkim oryginał. Kino dla koneserów.

„Królewicz Olch”, reż. Kuba Czekaj, wys. Stanisław Cywka, Agnieszka Podsiadlik, Sebastian Łach, premiera: wrzesień 2016

kamper4

„Kamper”

Tytułowy bohater ma trzydzieści lat, kieruje zespołem testerów gier komputerowych, ma żonę Manię, której lubi robić psikusy, np. wyskakiwać z krzykiem z szafy. Pewnego dnia żona robi psikusa jemu – zdradza go z szefem, kulinarnym potentatem, mężczyzną – w przeciwieństwie do Kampera – efektownym i dorosłym. Mamy więc mentalnego chłopca w krótkich spodenkach, któremu codzienność upływa raczej bez polotu i większych uniesień. Wesoło gaworzy z żoną, przyjaciółmi, w domu i w pracy „gra w gry”. Jest i Mania, fascynatka kulinariów, z aspiracjami, nieśmiałym, pomysłem na życie (oldschoolowy food track), tęskniąca za prawdziwym partnerem, którego usilnie i bezskutecznie pragnie zobaczyć w mężu. Ten nie bardzo jednak wie kim jest, wobec czego nie jest w stanie zaspokoić niczyich oczekiwań, włącznie z własnymi. Ksywa zobowiązuje – „kampienie” w slangu graczy to czajenie się na przeciwnika, brak ryzyka, bierność.

Film jest – owszem – studium rozpadu związku, a także historią o dojrzewaniu, czy raczej niedojrzałości, jednak nie jest, jak można by się spodziewać, dramatem. W gruncie rzeczy niewesołą historię debiutujący w fabule Łukasz Grzegorzek opowiada komedią, z przymrużeniem oka, lekko, tworząc portret dzisiejszych trzydziestolatków, ludzi u progu prawdziwej dorosłości; pokolenia wychowanego w latach 90., dorastającego w latach dwutysięcznych, niedojrzałego, asekuranckiego, jakby nie czującego upływającego czasu. Pokolenia, które – krótko mówiąc – nie wie, co ze sobą zrobić.

Nie jest to kino głębokie, nie zostawia śladu w duszy ani umyśle, ale nie jest też bolesne, a co najważniejsze – nie aspiruje do roli dzieła. Ciekawe może być dla rówieśników ekranowych bohaterów, choć przejrzą się w nim jak w krzywym zwierciadle.

„Kamper”, reż. Łukasz Grzegorzek, wys. Piotr Żurawski, Marta Nieradkiewicz, Jacek Braciak i inni, premiera: lipiec 2016
plac-zabaw-1

„Plac zabaw”

Kolejny, mocny debiut (nagroda w tej kategorii). Rzecz o dziecięcej psychopatii. Opieką artystyczną objął go Wojciech Smarzowski, co stanowi wymowny stempel jakości.

W kolejnych częściach filmu oglądamy migawki z życia opiekującego się niepełnosprawnym ojcem Szymka (Nicolas Przygoda), wychowującego się w biedzie Czarka i dziewczynki z dobrego i zamożnego domu – Gabrysi. Prowincja, ostatni dzień roku szkolnego w podstawówce. Dziewczynka postanawia wyznać uczucia Szymkowi, z pomocą koleżanki (wyzwolonej 14-latki!) aranżuje spotkanie, które okaże się traumą, a dalej nastąpią inne, koszmarne zdarzenia.

Skojarzenia z kinem Gusa van Santa są nieuniknione. Film ma podobną dynamikę i poetykę: powoli, krok po kroku akcja prowadzi do wstrząsającego finału. Ma też podobnych bohaterów: dzieci, które okażą się potworami. Reżyser, Bartosz M. Kowalski, co prawda sygnalizuje pewne anomalie – dysfunkcje rodzinne, samotność, uzależnienie od agresywnych gier komputerowych – ale nie usiłuje na nic zwalać winy ani przeprowadzać wnikliwej analizy psychologicznej i socjologicznej, która miałaby wytłumaczyć, co może doprowadzić dzieci do zbrodni. Chłopięcy bohaterowie „Placu zabaw” mają nieruchome twarze i puste oczy. Zła, którego są nośnikami nie da się zdefiniować. Nie da się też wskazać impulsów, które je wyzwalają. Może to być w równym stopniu złość lub nuda.

Ostatnia scena filmu realizacyjnie jest arcydziełem. Jest też wyzwaniem dla widza, choć nie epatuje przemocą w oczywisty sposób. Brutalna, puentująca film w sposób, który trudno wyrzucić z pamięci. Cały projekt – angażujący młodziutkich aktorów-amatorów – jest ryzykowny, na granicy, której reżyserowi udało się nie przekroczyć. Niepozorny wydawałoby się film, walący obuchem po głowie. Tym bardziej, że inspirowany – w co trudno uwierzyć – prawdziwymi zdarzeniami.

„Plac zabaw”, reż. Bartosz M. Kowalski, wys. Nicolas Przygoda, Przemysław Baliński, Michalina Świstuń, premiera: 18 listopada 2016

jestem_morderca1

„Jestem mordercą”

Kolejny znakomity (po „Chce się żyć”) film Macieja Pieprzycy. Gatunkowo z pogranicza thrillera i dramatu policyjnego, wydźwiękiem przypominający najlepsze obrazy kina moralnego niepokoju. Zrealizowany z niezwykłą dbałością o detale, scenografię, kostiumy, z wybitnym odwzorowaniem czasów i ludzi. Reżyserską precyzją, dyscypliną, ale też mrocznym klimatem i konstrukcją fabuły przywodzi na myśl „Zodiak” Davida Finchera.
Oparta na prawdziwych zdarzeniach historia śledztwa w sprawie brutalnych zabójstw kobiet, którego miał dokonywać tzw. wampir z Katowic, najsłynniejszy w powojennej Polsce i chyba do dziś seryjny morderca, który w latach 70. postawił na baczność pół Śląska. W filmie gra go – kapitalnie – Arkadiusz Jakubik. Dochodzenie prowadzi Janusz (świetny Mirosław Haniszewski), młody nieopierzony milicjant. Sprawcę udaje się dzięki niemu wskazać, schwytać, uwięzić i skazać. Nie zdradzamy w ten sposób fabuły, bo nie o finał tej – znanej powszechnie – historii chodzi. Głównym bohaterem nie jest rzekomy zabójca, ale właśnie milicjant i jego zaskakująca przemiana.
Scenariusz (nagroda w tej kategorii) Maciej Pieprzyca napisał sam, a wiedzę na temat „wampira” ma ogromną. W 1998 r., pod tym samym tytułem, zrealizował film dokumentalny, starając się dotrzeć do prawdy na temat Zdzisława Marchwickiego i jego braci skazanych na śmierć w poszlakowym, pokazowym procesie. Wszystko wskazuje, że powieszono wówczas niewinnych ludzi, a brat, skazany na 20 lat więzienia czasie realizacji dokumentu zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Fabularna wersja „Jestem mordercą” pyta o etykę zawodową, moralność i przyzwoitość, przy okazji wrzucając kamyczek do ogródka zwolennikom przywrócenia kary śmierci. Kawał rasowego, porządnego kina. Polecamy.

„Jestem mordercą”, reż. Maciej Pieprzyca, wys. Mirosław Haniszewski, Arkadiusz Jakubik, Agata Kulesza, Piotr Adamczyk, premiera: 4 listopada 2016
zjednoczone-stany-milosci1

„Zjednoczone stany miłości”

Historie są cztery. Każda o rozpaczliwym pragnieniu miłości, jej nieosiągalnym obiekcie i niespełnieniu zmieniającym życie w piekło obsesji. Agata, z zawodu żona i matka, jest zakochana w księdzu. Renata, kobieta w dojrzałym wieku – w młodziutkiej sąsiadce, Marzenie, instruktorce tańca i aspirującej fotomodelce. Siostra Marzeny, Renata, dyrektorka szkoły, kocha ojca swojej uczennicy, niezainteresowanego kontynuowaniem romansu po śmierci żony. Wszystkie mieszkają w tej samej klatce wielkiego bloku, na której czasem się spotykają. Widują się też w kościele lub wypożyczalni video prowadzonej przez Agatę.

Każda stara się nadać swojemu wypłowiałemu niczym kadry filmu życiu choćby plamę koloru. Wszystkie są skrajnie nieszczęśliwe, pragną zmiany, która nie nadejdzie, kochają za mocno, bez sensu i przyszłości. Kochają – co istotne – w latach 90., a więc czasach obyczajowo mniej przychylnych mało oczywistym związkom. Ich dramaty rozgrywają się więc za zamkniętymi drzwiami ciasnych mieszkań w domach z betonu, opłakiwane po cichu w toalecie, albo wyrażane niemym wewnętrznym krzykiem.

Bardzo łatwo z powyższej historii ulepić łzawy melodramat. Dużo trudniej – kino niebanalne, jeszcze trudniej – o kobietach. Tomasz Wasilewski to potrafi, potrafi też opowiadać o miłości, czego dowodem są także jego poprzednie filmy „W sypialni” i „Płynące wieżowce”. A jako że mamy do czynienia z filmem o uczuciach i pożądaniu, sporo w nim nagości portretowanej w rzadki w polskim kinie, naturalistyczny sposób. Reżyser kobiecych ciał ani nie obrzydza, ani nie upiększa, raczej pokazuje 1:1. Są młode, dojrzałe i bardzo dojrzałe, niedoskonałe, a przez to prawdziwe. Jak cały film. Smutny, poruszający, zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną.

W naszym subiektywnym rankingu – wraz z „Ostatnią rodziną” i „Wołyniem” – w trójce najlepszych filmów festiwalu. Nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem i nominowany do Złotego Niedźwiedzia na Berlinale 2016. W Gdyni zgarnął nagrodę za reżyserię, drugoplanowe rolę kobiecą i męską, kostiumy i montaż.

„Zjednoczone stany miłości”, reż. Tomasz Wasilewski,wys. Magdalena Cielecka, Julia Kijowska, Dorota Kolak, Marta Nieradkiewicz, Łukasz Simlat, Andrzej Chyra, premiera: lipiec 2016
ostatniarodzina_13_foto_hubert_komerski

„Ostatnia rodzina”

Arcydzieło. Jeden z najlepszych filmów ostatnich lat. Laureat Złotych Lwów, nagród za role pierwszoplanowe, nagrody dziennikarzy. Wszystko się w nim zgadza, ogląda, czyta. Litanię pochwał zacznijmy od aktorstwa – wybitnego w przypadku całej trójki: Andrzeja Seweryna, Dawida Ogrodnika i Aleksandry Koniecznej, aktorki, równie znakomitej, co – z niezrozumiałych powodów – praktycznie nieobecnej w polskiej kinematografii. Nie o aktorstwie tu w ogóle mowa, ale o takim stopieniu z postaciami, że można sobie nie przypomnieć ich pierwowzorów.

W kolejności do trofeów jest scenariusz Roberta Bolesty, niesłusznie pominięty w gdyńskich nagrodach, bo lepszego tekstu w kinie dawno nie było. Powstał jako wynik wieloletniego, skrupulatnego zgłębiania biografii Beksińskich i ich – na szczęście – przebogatej spuścizny. Błyskotliwy, pisany czarnym humorem, który Tomasz Beksiński, tłumacz „Latającego cyrku Mothy Pythona” z pewnością by docenił.

Reżyseria – tak dojrzała, że trudno uwierzyć, że to debiut, w dodatku młodego człowieka. Jan P. Matuszyński w wieku 32 lat zmierzył się nie tylko z legendą, ale kultem Beksińskich i wyreżyserował tuza, Andrzeja Seweryna, w roli życia. Obraz, zdjęcia, ścieżka dźwiękowa (ulubione utwory Tomasza Beksińskiego, wieloletniego dziennikarza muzycznego) i mamy obraz intensywny, gęsty, bezbłędny.

W końcu – historia. Nie o sztuce, a o ludziach. Obserwujemy Beksińskich od momentu przeprowadzki z Sanoka do warszawskich blokowisk, przez 28 lat ich życia. Tytuł można rozumieć na kilka przynajmniej sposób: rodzina ostatnia, bo bezpotomna; a może to jej ostatnia, właściwa wersja, jak w oprogramowaniu komputerowym (Beksiński fascynował się nowymi technologiami). A może podglądamy ostatnią – prawdziwą – rodzinę? Oryginalną, osobliwą, ale niezwykle w swej neurozie czułą, wyrozumiałą i lojalną. Żyjącą przecież w cieniu śmierci, którą Zdzisław Beksiński tak bardzo starał się przechytrzyć, rejestrując kamerą najdrobniejsze elementy życia codziennego, a Tomasz Beksiński wplótł w swoje życie jak nuty ulubionych piosenek. Spoiwem tej konstrukcji jest Zosia, żona „Zdziska” i matka Tomasza, dbająca o prozę życia, dom, łagodząca konflikty cierpliwością anioła.

Pozycja wyborna i obowiązkowa.

„Ostatnia rodzina”, reż. Jan P. Matuszyński, wys. Andrzej Seweryn, Aleksandra Konieczna, Dawid Ogrodnik, Andrzej Chyra, premiera: wrzesień 2016