Dwaj koszalinianie od ponad 25 lat zabiegają o upamiętnienie losu więźniów byłego obozu jenieckiego pod Tychowem. Zygmunt Wujek, koszaliński rzeźbiarz, ekscentryk, jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w mieście, od lat angażuje się w upamiętnienie skomplikowanej przeszłości Pomorza. W Koszalinie wiele postaci historycznych ma pomniki, które wyszły spod jego dłuta: generał Anders, Janek Stawisiński, rotmistrz Pilecki, Kazimierz Pułaski. – Aby zajmować się przeszłością trzeba chyba być przez nią naznaczonym – zamyśla się i rozgląda po swoim salonie – pracowni a może izbie pamięci. Przy kominku gipsowa forma medalionu generała Bora-Komorowskiego, który czeka na wykonanie odlewu w brązie. W kącie tablica, a na niej przejmujący stary plakat z dzieckiem za drutami kolczastymi i napisem w języku rosyjskim „Uwolnij mnie!”. Na oparciach krzeseł znoszone mundury wojenne, a na stole – makieta obozu Gross-Tychow.

Zygmunt Wujek z pewnością jest naznaczony przez historię. Urodził się rok przed wybuchem II wojny światowej w Rawiczu. W 1943 cała rodzina została wywieziona w okolice Cottbus i Drezna. – I tam oberwałem bombardowaniami amerykańskimi – przyznaje. – Taka ironia historii.

Od 27 lat zabiega o upamiętnienie lotników alianckich osadzonych w czasie wojny w obozie jenieckim Gross-Tychow pod Tychowem. Niektórzy z nich trafili do niewoli, kiedy ostrzeliwali niemieckie miasta – właśnie m.in. Drezno.

Sprzymierzeńcem Zygmunta Wujka w upamiętnianiu jeńców spod Tychowa jest Jupi Podlaszewski, dziennikarz, założyciel teatru, właściciel szkoły języka angielskiego. On także czuje ciężar przeszłości. Jego ojciec za bunt przeciwko bauerowi trafił do Auschwitz. W 1945 roku uciekł z obozu. Do końca wojny żył w ukryciu. – Potem mówił o tym rzadko. Tylko kilka razy przy mnie wspominał obóz. Ale dziś rozumiem to bardziej niż kiedykolwiek.

 

Przywracanie pamięci

Jest końcówka 1989 roku albo początek 1990. Amerykanie, którzy przez lata bezskutecznie prosili władze PRL o możliwość upamiętnienia lotników więzionych przez hitlerowców na Pomorzu, od nowych polskich władz dostają światełko nadziei. Do Koszalina i Tychowa przyjeżdża pułkownik George Guderley, wysłannik prezydenta USA. Ma obejrzeć miejsce po byłym obozie, rozmawiać o możliwości postawienia tam pomnika.

– Zygmunt przybiegł do mnie z rozwianymi włosami. Powiedział, że mam tłumaczyć. I to zaraz, już! – wspomina Jupi Podlaszewski.

Pierwsze lody zostały przełamane: przyjeżdżają byli jeńcy i ich rodziny, powstają książki ze wspomnieniami. Przewodnikami po Pomorzu są z reguły Wujek i Podlaszewski.

fot. Marcin Betliński-3

Mieli nawet basen …

Ale wpierw trochę odległej historii. W kwietniu 1944 roku w Żaganiu (pogranicze Dolnego Śląsk i Ziemi Lubuskiej) Niemcy zakładają obóz dla zestrzelonych lotników z państw alianckich. Po kilku tygodniach obóz zostaje przeniesiony na północ, na Pomorze, w okolice małej wsi Modrolas (około 5 kilometrów od Tychowa) i od tej pory w nomenklaturze hitlerowskiej nosi on nazwę Stalag Luft IV Gross Tychow.

Od maja 1944 roku do kolejno oddawanych do użytku baraków trafiają jeńcy przewożeni z obozów w Budapeszcie i na Litwie, a także z Zachodu Europy. To byli żołnierze walczący w ramach brytyjskich sił powietrznych – nie tylko Anglicy, ale także Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy, Polacy. Zdecydowana większość to jednak Amerykanie. – To byli młodzi chłopcy, 18-19-letni. Trafiali na front po kilkutygodniowym zaledwie przeszkoleniu. Ginęli, bo często nie wiedzieli, jak się obsługuje spadochron. Kiedy ostrzeliwały ich oddziały Luftwaffe, nie mieli szans na ratunek – mówi Zygmunt Wujek. – Wiem to od tych, którzy przeżyli.

Alianccy jeńcy na Pomorze byli przywożeni koleją. Kilkukilometrowy odcinek ze stacji Podborsko pod Tychowem do baraków obozowych pokonywali pieszo. – To był upokarzający marsz. Miejscowi szczuli ich psami, opluwali, pchali kijami – dodaje Jupi Podlaszewski.

Propaganda hitlerowska przedstawiała zachodnich pilotów jako głównych wrogów narodu. Niemcy nie mogli im wybaczyć, że zamieniają w pył miasta Rzeszy. Sam Hitler uznawał ich za zbrodniarzy wojennych.

Hitlerowcy nie szczędzili więc pogardy pilotom, którzy trafili do niewoli. Obóz celowo zbudowano na odludziu, w lesie. Poczucie oddalenia i brak nadziei na odzyskanie wolności miały złamać osadzonych. Codzienność określał rygorystyczny system nakazów i zakazów. Kiedy alianci próbowali się skarżyć, Niemcy szydzili, że przecież niczego im nie brakuje, mają nawet basen (przy barakach były baseny pożarowe). Zdarzały się próby ucieczki, z tego powodu rozstrzelano co najmniej 7 osób.

W połowie 1944 roku w Stalagu IV przebywało półtora tysiąca jeńców, pół roku później liczba uwięzionych sięgała 10 tysięcy osób (ponad 8 tysięcy to byli Amerykanie). Panowało przepełnienie, z czasem zaczęło brakować jedzenia. – W pobliżu obozu rośnie aleja kasztanowa. Jeńcy mielili kasztany i robili z tego napar przypominający kawę – wyjaśnia Zygmunt Wujek.

 

Zabójczy marsz

Potwornym wspomnieniem jest ewakuacja obozu. W styczniu 1945 roku niemiecka załoga wywiozła chorych jeńców. A w pierwszych dniach lutego zarządzono wymarsz. Była śnieżna, mroźna zima. Żołnierze wędrowali przez Białogard, w kierunki Świnoujścia, a potem w okolice Hamburga. – Jedli, co udało im się zdobyć. Nocowali w stodołach. Szli w podartych łachach, byli wyziębieni – dodaje Jupi Podlaszewski. – Chorowali, niektórzy mieli połamane nogi. Jeśli nie mieli siły wędrować, byli rozstrzeliwani.

Przez kilkadziesiąt dni pokonali prawie tysiąc kilometrów. Ostrzeliwały ich załogi niemieckich samolotów, ale były też naloty alianckie. Część jeńców nie przeżyła morderczego marszu. Ci, którzy przetrwali, tę wędrówkę nazwali „marszem śmierci” (death march albo black march).

fot. Marcin Betliński-13

Przywrócić honor

Na początku lat dziewięćdziesiątych historią dawnego obozu zainteresowały się władze wojewódzkie, wojsko i ambasada USA. W akcję włączyła się także gmina Tychowo. Zygmunt Wujek podkreśla, że najwięcej było jednak oddolnej inicjatywy: propagowanie wiedzy o byłym obozie i towarzyszenie odwiedzającym go dawnym jeńcom. Jupi Podlaszewski był z reguły tłumaczem.

Dwukrotnie dawny obóz odwiedził doktor Jenssen – Duńczyk, który z ramienia Czerwonego Krzyża w czasie wojny jeździł z pomocą humanitarną do Stalagu IV. Jenssen napisał dwie książki o obozie. Opowiadał, że jeńcy skarżyli się przede wszystkim na nudę. Prosili, żeby przywiózł im akordeon.

Bywały wyjątkowe wizyty. Podlaszewski wspomina, że na początku lat dziewięćdziesiątych przyjechał autobus byłych jeńców z USA, którym towarzyszyły żony. – Było spotkanie w koszalińskim hotelu. Każda para wstawała, by opowiedzieć o sobie. Pochodzili z różnych stanów, każdy mówił w innym dialekcie. Musiałem przestawić się z języka, którym mówi się w Idaho, na dialekt z Alaski, potem byli ludzie z Florydy, a potem z Ohio… Tłumaczenie było karkołomnym zadaniem, ale dałem radę – opowiada z uśmiechem.

Zygmunt Wujek zapamiętał inną scenę: pod stację Podborsko podjeżdża autokar z grupą Amerykanów. Wysiadają z autokaru i jeden po drugim wykrzykują komendy po niemiecku: Raus! Weck! Schnell! – Hitlerowski rygor to była trauma, która mocno wryła im się w pamięć.

Bolesna była nie tylko niemiecka pogarda. Obciążeniem dla amerykańskich lotników stało się to, że kiedy trafiali do niewoli, sami rodacy przestali ich uważać za żołnierzy. Wzruszająco opowiadał o tym pułkownik Joe O`Donnell, który siedem razy odwiedził miejsce po dawnym obozie pod Tychowem. Mówił, że Amerykanie uważali ich za tchórzy. Tak zaczęli ich traktować nawet członkowie rodzin! Podejrzewali, że piloci dobrowolnie kapitulują. Że mają kobiety, korzystają z uciech.

„Kiedy w 1941 roku braliśmy ślub myślałam, że wychodzę za bohatera. A ja wyszłam za tchórza” – pisała żona do jednego z żołnierzy osadzonych w obozie (list czytali uczniowie Jupiego Podlaszewskiego podczas jednej z wieczornic zorganizowanych na stacji w Podborsku).

Joe O`Donnell kawał swojego życia poświęcił na to, by byłym jeńcom przywrócić godność. Założył w Stanach stowarzyszenie „Prisoners of war” („Jeńcy wojenni”), które walczyło o nagłośnienie prawdy o losie amerykańskich jeńców.

– I wysiłek przyniósł efekt! – podkreśla Podlaszewski. – Jeden z byłych jeńców podczas spotkania pod Tychowem cieszył się, że teraz jest już traktowany jak bohater. „Nawet prezydent USA mnie zaprasza” – mówił z dumą.

 

Wymieniam złe wspomnienia na dobre

fot. Marcin Betliński-6W 1994 roku na terenie byłego obozu został odsłonięty pomnik autorstwa Zygmunta Wujka. Trzy głazy – na dwóch bocznych tablice pamiątkowe, na środkowym – śmigło i wizerunek pilota podnoszącego się z ziemi po skoku spadochronowym. Pilot ma twarz Joe O`Donnella! W posadzce w pobliżu na życzenie byłych jeńców lub ich bliskich są umieszczane tablice pamiątkowe z imieniem i nazwiskiem, stopniem wojskowym i numerem obozowym osadzonych.

Koszaliński rzeźbiarz przygotował też pomnik, który stanął w pobliżu stacji w Podborsku. Zaprojektował też cztery medale upamiętniające m.in. marsz śmierci .

Co roku, w rocznicę ewakuacji Stalagu IV i początku marszu odbywają się okolicznościowe uroczystości. Uczestnicy w ciszy idą ze stacji w Podborsku na teren obozu. Są wieczornice i czytanie obozowych wspomnień.
Zwykle przyjeżdża przedstawiciel ambasady amerykańskiej. Jest wojskowa kompania reprezentacyjna. Przyjeżdżają też byli jeńcy. Niestety, z roku na rok jest ich coraz mniej (kilka lat temu zmarł więziony w Gross-Tychow Polak, który po wojnie zamieszkał w Człuchowie). Niektórzy odwiedzali to miejsce po kilka razy. Jupi Podlaszewski zapamiętał Leonarda Rose z Indianapolis. – Był siedem razy. Duży, postawny mężczyzna popłakał się przed kamerą. Żona pytała go, po co tyle razy tu przyjeżdża. A on odpowiedział, że za każdym razem wymienia złe wspomnienia na dobre.

 

Bóg wojny czeka

Pomorze odwiedzają już także potomkowie żołnierzy osadzonych w Stalagu Luft IV. W maju przyjechały dwie córki pilotów. Jedna z nich, Laura A. Edge spisała wspomnienia swojego ojca i wydała je w formie książki pod znamiennym tytułem „On the wings of dawn” („Na skrzydłach świtu”).

Miesiąc później Zygmunt Wujek i Jupi Podlaszewski otrzymali z USA medale, którymi Amerykanie honorują byłych jeńców wojennych albo ludzi, którzy poświęcili się ich sprawie. Medal ustanowił sam prezydent Ronald Reagan. Koszalinianie są jedynymi ludźmi na Pomorzu, którzy dostali to wyróżnienie. Wystarały się o nie z pewnością córki pilotów.

Koszalinianie zabiegają o uznanie terenu byłego obozu za miejsce pamięci. Wierzą, że i tym razem zaangażują się w to Amerykanie. Bo sprawa nie idzie gładko. Potrzebne są badania w terenie i negocjacje z dyrekcją Lasów Państwowych.

A wiosną przyszłego roku Zygmunt Wujek i Jupi Podlaszewski wybierają się do USA. Będą gościć w Savannah w Georgii, gdzie stacjonuje 8. Armia Powietrzna. W latach II wojny światowej to właśnie jej piloci operowali w Europie i atakowali niemieckie pozycje. Będą notować wspomnienia ostatnich żyjących świadków. – Będę tam rzeźbił, a Jupi już szykuje program teatralny inspirowany historią – wyjawia Zygmunt Wujek, przyznając, że tajemnica obozu pod Tychowem zawładnęła nimi na dobre.

– Już nie możemy tego przerwać – mówi spacerując po swoim pełnym demonicznych rzeźb i instalacji ogrodzie, w którym główne miejsce zajmuje posąg boga wojny. Wkrótce ma stanąć na rozstaju dróg w pobliżu byłego obozu Gross-Tychow. Będzie wskazywał drogę. A może stanie się ostrzeżeniem?

fot. Marcin Betliński-4


Czas pogardy

W czasie II wojny światowej do niemieckiej niewoli trafiło około 18 milionów osób. Część z nich to jeńcy wojenni przetrzymywani w obozach koncentracyjnych lub w obozach jenieckich. W sumie na terenie Niemiec i państw okupowanych hitlerowcy utworzyli kilkanaście tysięcy obozów i więzień. Pięćdziesiąt z nich było zlokalizowanych na obszarze obecnej Polski.

Niemcy stworzyli całą sieć obozów jenieckich ze specjalnym systemem oznakowań i numeracją. Terytorium III Rzeszy zostało podzielone na 20 okręgów militarnych, którym podporządkowano okręgowe dowództwa obozów jenieckich. Istniało co najmniej kilka rodzajów obozów: frontowe (Frontstalag), przejściowe (Dulag), obozy dla oficerów (Oflag), obozy dla podoficerów i szeregowych (Stalag) z wydzielonymi obozami dla podoficerów i szeregowych lotnictwa (Stalag Luft). Były też obozy dla marynarzy (Marlag) i dla marynarzy marynarki handlowej (Milag), a także szpitale jenieckie i obozy dla cywilów.

Status jeńców wojennych określały: haski regulamin (protokół) dotyczący praw i zwyczajów wojny lądowej z 1907 roku i konwencja genewska z 1929 roku, zwiększająca zakres ochrony rannych i chorych żołnierzy. Ale władze hitlerowskie nierzadko naruszały ich postanowienia.

Obozową codziennością były zatłoczone baraki, długotrwałe apele, brak żywności, wciąż zwiększająca się lista nakazów i zakazów, cenzura listów, a także ciągłe rewizje i szykany.

 

Obozy na Pomorzu

Na Pomorzu Zachodnim istniało kilka obozów z liczną siecią podobozów. Jeszcze w czasie I wojny światowej powstał obóz w Stargardzie Szczecińskim. W istniejącym tam Stalagu II D w latach ostatniej wojny hitlerowcy przetrzymywali żołnierzy różnych narodowości (Polaków z Kaszub, Francuzów, Belgów, Jugosłowian), którzy pracowali w okolicznych gospodarstwach rolnych.

W Oflagu II C Gross Born (Borne Sulinowo) więzieni byli Francuzi, a potem Polacy i jeńcy sowieccy. W Stalagu II B Hammerstein-Schlochau (Czarne-Człuchów) najpierw przebywali żołnierze polscy, którzy z czasem zostali zmuszeni do zrzeczenia się statusu jeńca i byli wykorzystywani do niewolniczej pracy. Później więzieni byli tu także Francuzi, Belgowie, Holendrzy, Amerykanie, Włosi i obywatele ZSRR. Do Stalagu II H Rederitz (Nadarzyce) ulokowanego w pobliżu umocnień Wału Pomorskiego trafiali głównie jeńcy sowieccy.

Oflag II B w Arnswalde (Choszczno) i Oflag II C Woldenberg (Dobiegniew) to miejsca, w których więziono Polaków.

Oprócz oficerów przebywali tam także rezerwiści: profesorowie, artyści, pisarze. Osadzeni dbali o życie kulturalne i samokształcenie. Więziony w Woldenbergu słynny archeolog i historyk sztuki prof. Kazimierz Michałowski prowadził np. wykłady z archeologii i historii starożytnego Egiptu. Jeńcy zakładali teatry, orkiestry i kabarety. Odbywały się mecze piłki nożnej i pojedynki bokserskie.