Jest druga w nocy. Po czterogodzinnym locie z Sydney wysiadam na płytę lotniska w Nukualofa. Wokół mnie granatowa, tropikalna noc. Nikt szczególnie nie interesuje się moimi dokumentami czy bagażem. Po większość współtowarzyszy podróży przyjechali krewni i znajomi, którzy rzucają się sobie w ramiona i przekrzykują w hali niewielkiego lotniska; nielicznych turystów zabierają hotelowi kierowcy. Powoli podchodzę do głównych drzwi, a tu niespodzianka… hawajską melodią wita nas kilkuosobowy zespół i dwie tancerki. Ukulele, spódniczki z trawy i gabaryty witaczy uzmysławiają, że oto jestem na środku Pacyfiku, wśród wyspiarzy kochających nieśpieszne rytmy, kwiaty frangipani i tłuste jedzenie. Jestem w królestwie Tonga.

169

Na to zagubione na krańcach świata państewko składa się ponad 170 wysp rozciągniętych na przestrzeni prawie 260 tys. km2 tworzących trzy główne archipelagi: Tongatapu z największą wyspą o tej samej nazwie, gdzie leży stolica królestwa i mieszka najwięcej Tongijczyków, Ha’apai i Va-va’u. Większość wysp jest niezamieszkała (ok. 130), na kilkunastu znajdziemy jedną małą wioskę z kilkoma rodzinami, a to oznacza w niezamożnym kraju kłopoty komunikacyjne. Raz w tygodniu z portu na Tongatapu wyrusza na objazd wysp duży prom, który płynie przez dwa archipelagi zatrzymując się zaledwie w trzech miejscach będących większymi wioskami. Można więc za kilkadziesiąt dolarów dojechać na Nomuka czy na Haapai i mieć na własność przez tydzień lub dwa bezludną plażę z rafą koralową na wyciągnięcie ręki, bez prądu, sklepu czy wi-fi. Druga pod względem wielkości wyspa Tonga –Eua, bardziej różnorodna przyrodniczo i cywilizacyjnie, leży zaledwie pół godziny drogi promem od stolicy, ale prom odwiedza ją tylko raz dziennie.

 

W moim podróżowaniu nigdzie do tej pory tak bardzo nie potwierdziła się stara backpackerska prawda: albo masz czas albo słono płacisz. Ja miałam dwa tygodnie i na dodatek nie złapałam na czas promu, więc musiałam latać. Jednak królewskie linie Realtonga nie należą do tanich, bilety lotnicze są dziesięciokrotnie droższe od promowych. Za to lot ich samolocikiem Jetsream J32 przystosowanym do przewozu kilkunastu osób jest przygodą samą w sobie. Przeżyłam ją drugiego dnia na Tonga.

Pierwszą noc spędziłam w hostelu „ U Toniego”, niemieckiego osiedleńca, który wtopił się w tongijską rodzinę i nieźle sobie tu radzi. Toni prowadzi nie tylko hostel, ale także obwiezie Was po wyspie, zapewni wieczorne picie kavy (nie mylić z kawą) i pomoże w zorganizowaniu wielu innych turystycznych atrakcji; wszystko za stosowną opłatą . Dla mnie był zbyt obcesowy, więc już drugiego dnia wyprowadziłam się z jego hostelu, zwłaszcza, że po tourze wokół Tongatapu doszło do małej scysji związanej z zapłatą.

263

Postanowiłam samodzielnie dotrzeć w te zakątki królestwa, które wydały mi się najciekawsze. Wyspy Tonga zwabiły mnie pięknymi atolami i możliwością pływania z humbakami w okolicznych ciepłych wodach, ale na miejscu okazało się, że jest tam o wiele więcej ciekawych rzeczy do obejrzenia.

 

Trafiłam na czas dożynek! Był sierpień, co sobotę na innym archipelagu odbywał się wielki festyn połączony z prezentacjami płodów rolnych, hodowli i połowów, i na każdym festynie był obecny król Tupou VI wraz z dworem. Postanowiłam zobaczyć współczesnego króla w bezpośrednich relacjach z poddanymi i na zbliżającą się sobotę poleciałam na Vava’u, gdzie zgodnie z zapowiedziami przygotowywano rolniczy festiwal. Lot między wyspami trwa godzinę. Niewielki samolot obsługuje jedna osoba, która jest bileterem, stewardem i pilotem jednocześnie. Za to widoki wysp i atoli z okien samolotu są tak urzekające, że śnią mi się do dziś. Vava’u to absolutnie rajski zakątek Tonga, tworzy je grupa 61 wysp pochodzenia wulkanicznego i atoli koralowych z pięknymi plażami, zatokami dającymi schronienie jachtom w czas sztormowej pogody lub w długim oceanicznym rejsie. Miejscowi żyją z pracy mężów i braci w Nowej Zelandii i Australii. A że zarobki w obu tych państwach są wysokie, na Vava’u jest drogo. W dodatku turystów jak na lekarstwo, więc usługi turystyczne są słabo rozwinięte, a jeśli już ktoś pracuje wożąc turystów lub żeglując z nimi, to ceny są powalające nawet dla obywateli USA czy Japonii.

Na szczęście dożynki były za darmo. Na bazę noclegową wybrałam Twin View Motel w Neiafu – stolicy archipelagu, pięknie położony na szczycie przesmyku pomiędzy wodami obmywającymi główną wyspę, niestety położony był na uboczu, a to oznaczało wieczorne wizyty bezpańskich świń i ich nocne rycie trawników. Pomimo że byłam pierwszym od dawna gościem motelu, moja gospodyni powitała mnie z delikatnym uśmiechem, bo wylewność wobec obcych uznawana jest tu za coś niestosownego. Pokazała mi skromny apartament za kilkanaście dolarów i zapowiedziała, że sama zaprowadzi na „dożynki”.

306

Jej propozycja okazała się zbawienna. Mając takiego przewodnika, mogłam wmieszać się w tłum miejscowych prawie niezauważona i zająć miejsce wśród poddanych, gdy dwór wraz z królem rozpoczął obchód stoisk, na których leżały setki warzyw, owoców, zbóż, ryb i owoców morza, ale także miejscowego rękodzieła czy nowinek technologicznych. Czego tam nie było: korzenie kasawy różnej wielkości i pokroju, yam wraz z owocami chlebowca, ogromne mango i dzikie mandarynki, ośmiornice o rdzawo-szarym kolorze obok czerwonych ryb, mniejsze skorupiaki posortowane w łubiankach plecionych z zielonych liści palmy. No i maty o różnych splotach, grubości i szerokości.

Taka mata jest obowiązkowym elementem wyjściowego stroju każdego Tongijczyka; jedni noszą ją od stóp po pachy, inni zawijają się matą symbolicznie w pasie. Na festynie praktycznie wszyscy goście z królem i jego dworem na czele nosili maty.

Wtopienie się w tłum wraz z moją gospodynią oznaczało również to, że gdy z nieba lał się żar, musiałam jak wszyscy ze stoickim spokojem znosić upał ubrana od stóp do głów, bo skoro król może być zapięty po szyję i owinięty tradycyjną matą, to czemu jego poddani mieliby się buntować (w miejscach publicznych nie akceptuje się jakiegokolwiek negliżu).

Królewska wizyta została uświetniona występem miejscowych chórów, a trzeba wiedzieć, że kościelne chóry na Tonga uznawane są za niezwykłą atrakcję nawet w słynnych przewodnikach Lonely Planet. Dożynkowy popis słyszałam z daleka, może dlatego nie wydał mi się jakiś wyjątkowy. W niedzielę odwiedziłam zaś kilka kościołów (na 170 wyspach jest ich ponad 300). Tutejszy gospel absolutnie mnie zachwycił. Jak z powagą skomentowała to moja gospodyni: to jedna z nielicznych kulturalnych aktywności miejscowych, do której całe rodziny przykładają ogromną wagę. Na pytanie: gdzie uczą się śpiewu, odpowiedziała, że noszą go głęboko w duszy…
Religijna rywalizacja prowadzi nieraz do niespotykanych w naszej części świata efektów zbiorowego „podporządkowania się”, na jaki natknęłam się w jednej z wiosek na Tonga. U wjazdu do niej każdy mógł przeczytać na wielkiej tablicy, że w tej wsi nikt nie pali, nie pije alkoholu i nie stosuje żadnych środków odurzających.

Ostatni zwrot odnosił się do niezwykłej tradycji ludów Pacyfiku spożywania napoju zwanego kavą. Jest to wyciąg z pieprzu metystynowego o działaniu relaksacyjnym i lekko psychoaktywnym. Na Tonga rytuał picia kavy kultywują głównie mężczyźni, którzy wieczorem raczą się napojem przygotowywanym ze sproszkowanego korzenia pieprzu metystynowego i widać rytuał wciąż jest bardzo popularny, bo na festynie rolniczym w Vava’u można było kupić sproszkowaną kavę w co drugim stoisku.

Niedziela po dożynkach pokazała też, jak bardzo w królestwie przestrzega się przykazania „Pamiętaj abyś dzień święty święcił”. Zamknięte są wszystkie sklepy, restauracje, instytucje. Nie świadczy się żadnych usług i gdyby nie zakupy owocowo-warzywne zrobione na straganach dożynkowych, pewnie musiałabym zjeść obiad w jakimś drogim resorcie prowadzonym przez Nowozelandczyków. Nie było też mowy o żadnym wypłynięciu w morze.
I tak miałam szczęście, że w niedzielny wieczór kapitan łodzi do obserwowania humbaków podniósł słuchawkę i zgodził się dokooptować mnie do ekipy na następny ranek. Wypływaliśmy o świcie. Nad zatoką unosiła się gęsta mgła, wiał silny wiatr od morza i poranek nie zapowiadał się dobrze. Nasz kapitan zabrał na pokład nowozelandzkie małżeństwo w średnim wieku, młodą Australijkę i mnie. Rozdano nam pianki ochronne, płetwy i rurki z okularami do snorkowania. Przez dwie godziny bezskutecznie szukaliśmy w wodach otaczających archipelag humbaków, aż w końcu udało się na pełnym oceanie. Wiatr był spory, fala wysoka a łódka mała , więc skacząc do wody trudno było trafiać na tor po którym sunęły wieloryby. Skoczyłam dwukrotnie w pobliże humbaków, ale zawsze samica zmieniła kierunek poruszania się, a za nią uciekało z pola widzenia młode. Trzeba było się wygramolić na pokład, kapitan doganiał wieloryby i zabawa zaczynała się od nowa. W zasięgu wzroku mieliśmy matkę z dość dużym młodym. Od czasu do czasu wieloryby wyskakiwały na kilka metrów nad poziom wody i był to niesamowity widok. Czasami łódź podpływała tak blisko, że mogliśmy płynąć równolegle obok tych ogromnych zwierząt. I gdyby nie choroba morska, która mnie w końcu zmogła, pewnie ta godzina z humbakami byłaby najpiękniejszym czasem spędzonym w królestwie Tonga…

 

 


Jagoda Koprowska, koszalinianka, dziennikarka radiowa. W Radiu Koszalin prowadziła przez lata cykl audycji pod wspólnym hasłem „Klub Obieżyświata”