Ile dokładnie elementów, tak co do sztuki, składa się na kolekcję koszalinianina Krzysztofa Hendzla, nie wie chyba nawet on sam. Kilkaset zabytkowych samochodów, motocykli, rowerów i innych pojazdów. Kilka razy tyle innych rzeczy, które związane są z historią motoryzacji albo stanowiły kontekst dla jej rozwoju. Wszystko to stopniowo odnawiane, konserwowane, naprawiane stoi z konieczności w halach magazynowych. Jako całość zbiór ma ogromną wartość poznawczą i aż żal, że nie może tych skarbów oglądać więcej osób niż tylko właściciel, jego goście i mechanicy. Krzysztof Hendzel wie, co trzeba zrobić, by kolekcję udostępnić szerszej publiczności. Sam jednak tego pomysłu na razie, na tym etapie, nie jest w stanie wcielić. Szuka partnerów.

Nie, nie chodzi o typowe muzeum. Tych jest już w Polsce ileś, kolejne niewiele wniosłoby nowego. Pomysł Krzysztofa Hendzla jest inny: – To mógłby być tematyczny park rozrywki dla całej rodziny – przekonuje. – A w jego ramach ogólnopolska giełda „klasyków”, kino samochodowe, kompleks gastronomiczno-hotelowy i wiele innych. Wszystko z motoryzacją w tle.

Pytany, gdzie najchętniej widziałby miejsce dla swojego parku, odpowiada że nie przywiązuje się do żadnego pomysłu, choć jedną z takich potencjalnych lokalizacji mogłyby być tereny zielone u podnóża Góry Chełmskiej w Koszalinie, w pobliżu Parku Wodnego. Pomysł wydaje się doskonały: aquapark wraz z parkiem motoryzacyjnym mogłyby się uzupełniać, zapewniając rozrywkę gościom w każdym wieku. Dla Koszalina byłaby to ogromna szansa na przyciąganie turystów nie tylko wakacyjnych. Już teraz latem Park Wodny pęka w szwach, bo stanowi dla letników z pobliskiego Mielna alternatywę albo dopełnienie nadmorskich atrakcji.

Powstałe dotychczas w Polsce parki tematyczne to zazwyczaj zainscenizowane prezentacje epoki dinozaurów (Solec Kujawski, Krasiejów na Opolszczyźnie, Łeba czy Bałtów), z fabułą nawiązującą do baśni i bajek (Janowiec na Lubelszczyźnie) albo po prostu kompleksy lunaparkowe (Rabka, Rybnik). Każdy ściąga co roku dziesiątki tysięcy gości.

Parku motoryzacyjnego w Polsce jeszcze nie ma.

Na wykorzystanie i odpowiednie wyeksponowanie tego, co zgromadził w swej kolekcji Krzysztof Hendzel, potrzebny byłyby tysiące metrów kwadratowych powierzchni pod dachem. Sama budowa to ogromny koszt, a doliczyć trzeba wartość gruntu, wyposażenia, urządzeń towarzyszących. To przekracza obecne możliwości finansowe koszalińskiego pasjonata.

 

Skąd się to wzięło?

IMG_0006– Styczność z motoryzacją mam od 45 lat, choć dopiero dobiegam pięćdziesiątki – mówi z uśmiechem Krzysztof Hendzel. – Dlaczego moje pierwsze dziecięce wspomnienia tak silnie związane są z rowerkiem, samochodem mojego taty, traktorem dziadka, tego nie wiem. Wiele z tych rzeczy „naprawiałem”, potem rzeczywiście naprawiałem, a wiele zepsułem. To była treść mojego dzieciństwa i źródło pierwszych przywiązań.

Jak podkreśla, zawsze fascynował go świat pojazdów. Nie tylko samochody, ale wszystko, co jeździ i wszystko co z pojazdami ma jakikolwiek związek. – Chłonąłem wiedzę na ten temat. Pod każdą postacią. Ale najważniejszy był ten namacalny kontakt. Wspomniany traktor dziadka, Ursus C-328, wcześniejszy C-45, czyli Lanz Buldog, motocykl Junak mojego taty, jego Opel Kapitan, Skoda S 100. Łady, trabanty, syrenki i fiaty moich wujków. Mój własny „komunijny” rower Czajka, motor MZ ETZ. To wszystko było moją rzeczywistością i wśród tego dorastałem.
Nie powinno więc dziwić, że po podstawówce wybrał szkołę o profilu mechanicznym. Ale jak podkreśla, będąc małym chłopcem, wyobrażenie o swej przyszłości miał inne: – Koledzy z podwórka chcieli być lekarzami, milicjantami, żołnierzami, strażakami, a ja marzyłem, żeby zostać traktorzystą!

To pewnie skutek fascynacji gospodarstwem dziadka i wakacji spędzanych na wsi. Wszędzie maszyny, traktory… No i motorower wujka Edwarda, którym panu Krzysztofowi wolno było się od czasu do czasu przejechać po polnych drogach. Oczywiście dopiero wtedy, kiedy siedząc na siodełku, samodzielnie dosięgał stopami ziemi.

IMG_0010Później dostał ten motorower (typu Romet Pegaz – kto je jeszcze pamięta?) za pomoc w gospodarstwie. Wspomina: – Potrafiłem dwa, trzy razy dziennie przy nim coś robić, rozkręcać i skręcać. Nie tylko dlatego, że się psuł często, ale po prostu była to dla mnie przyjemność. Tak samo chętnie przyglądałem się, jak dziadek i wujek naprawiali traktor. Prawdziwa mechanika, zapach oleju i smarów. Wszystko dało się samodzielnie zdemontować, wyczyścić, złożyć. Mnie to mocno wciągało. Kiedy tylko skończyłem 16 lat, zrobiłem prawo jazdy i mogłem legalnie jeździć na motorze. Upatrzyłem sobie „cezetkę” 350. Dwie trzecie jej wartości zarobiłem sam, pomagając w gospodarstwie dziadka, trochę odłożyłem z pieniędzy za praktyki zawodowe w szkole, za zbieranie truskawek, resztę dołożyli mi rodzice. Jakie to było szczęście! Pierwszy własny motocykl!

– Szkoła, do której chodziłem, dała mi dobre podstawy zawodowe. Wpoiła mi szacunek, a może nawet miłość, do techniki. Praktycznie uczyłem się również bardzo dużo przy moim ojcu, który był dla mnie zawsze mentorem, we wszystkim – kwituje pan Krzysztof.

 

Opel Kapitan

O autach, motocyklach i innych pojazdach Krzysztof Hendzel opowiada niemal jak o członkach rodziny. – Z każdym wiążą się jakieś przeżycia, emocje, więc trudno o nich zapomnieć – przekonuje. – To w pewnym sensie moje mechaniczne dzieci.

Szczególne miejsce w tych wspomnieniach zajmuje Opel Kapitan, pierwsze auto rodziny Hendzlów: – Tato sprowadził go z Danii, gdzie zaraz po studiach odbywał praktykę u rolnika. W tamtych czasach, w latach sześćdziesiątych, to było coś wyjątkowego, bo samochodów jeździło po polskich drogach niewiele i to głównie marki rodem z dawnych krajów bloku wschodniego.
Nic dziwnego, że elegancki, „kapitalistyczny” wóz młodego inżyniera kłuł otoczenie w oczy. Aż przyszedł dzień, kiedy Mieczysław Hendzel usłyszał od przełożonych: „Sekretarz partii jeździ Syrenką, a wy się rozbijacie jakimś „Rolls Royce’m”. Tak nie może być!”. W efekcie, żeby uniknąć kolejnych przykrości w pracy, ojciec pana Krzysztofa postanowi Opla sprzedać.

– Niedawno odwiedziliśmy Toruń, gdzie kiedyś przy ulicy Żwirki i Wigury mieszkali moi dziadkowie. Przypomniał mi się moment, kiedy tato sprzedawał ukochanego Kapitana. Wszyscy płakaliśmy, ja chyba najbardziej. To było ogromne przeżycie. Miałem 4 czy 5 lat. Staliśmy z bratem w oknie w domu dziadków i bezradnie patrzyliśmy jak nasz samochód odjeżdża. Ja chyba przeżywałem to bardziej niż tato. Dopiero jako dorosły zrozumiałem, że tamto wezwanie do komitetu i rozmowa „dyscyplinująca” to była realna presja. Tato niespecjalnie miał inne wyjście. Na otarcie łez dostał potem talon na skodę S100. Wtedy w Toruniu przez chwilę znowu poczułem się tamtym małym Krzysiem. Wróciły tamte emocje, odczucie żalu, zakręciła się łza w oku.

Obecnie w swoich zbiorach Krzysztof Hendzel ma trzy odnowione egzemplarze Opla Kapitana: – Są jak seria znaczków pocztowych. Jeden pochodzi z okresu między 1955 a 1960 rokiem, drugi z lat 1960-1965, a trzeci został wyprodukowany po 1965 roku. To kolejne generacje tego samego modelu. Różnice między nimi dla laika mogą być niewielkie, ale dla mnie i pewnie podobnych do mnie pasjonatów rozpoznawalne – zapewnia.

„Talonowa” Skoda to nie to samo co szykowny Opel Kapitan, ale to zawsze samochód. Wtedy, na początku lat siedemdziesiątych, dla milionów Polaków niedosięgły przedmiot marzeń (sytuację nieco rozładował wkrótce swojski „maluch”, którego masowa produkcja na licencji Fiata rozpoczęła się w 1973 roku). – Dla mnie i nieco starszego ode mnie brata Skoda była okazją, żeby poznać samochód od każdej strony. Dbaliśmy o nią, wspólnie z tatą naprawialiśmy. Czasami to były grubsze roboty, bo trzeba ją było wielokrotnie spawać. Była z nami jakieś 20 lat, do początku lat dziewięćdziesiątych. Przetrwała tak długo w dobrym stanie, dzięki trosce z jaką ją traktowaliśmy.

I jakby inaczej – w zbiorach Krzysztofa Hendzla Skoda S100 zajmuje obecnie istotne miejsce. Co prawda nie jest to tamten egzemplarz, który należał kiedyś do rodziny, ale dokładnie taki sam, starannie odrestaurowany. Stoi w hali gdzieś między zabytkowym mercedesem a innym cudem techniki motoryzacyjnej sprzed dziesięcioleci.

 

_DSC7381

To dużo więcej niż gromadzenie

Kolekcja wzięła swój początek właśnie z sentymentu. Jak podkreśla Krzysztof Hendzel, z samochodami zawsze kojarzyły mu się rodzinne historie, ale jednocześnie patrzył na nie jak na swoiste dzieła sztuki. – Tak, dzieła sztuki. Nie mniej ważne niż książki czy obrazy. To jest przecież efekt twórczych poszukiwań człowieka. To co, że w dziedzinie techniki. Tu również potrzeba było wyobraźni, swoistej odwagi, dociekliwości – przekonuje. – Ja czuję po części twórcą, bo odtwarzam wyjątkowe świadectwa historii motoryzacji. Prawdziwi kolekcjonerzy i artyści mają wiele cech wspólnych, a najważniejsza z nich to pasja.

Często słyszy od ludzi, że ma bzika. Pytają, po co ci to zbieranie staroci? – Ja po prostu uwielbiam motoryzację, choć nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem jakimś szczególnym ekspertem w tej dziedzinie. Jestem pasjonatem i to mi wystarcza. Obserwując innych, uczę się od nich. Słucham fachowców, chłonę informacje. I potwierdzam starą prawdę, że wraz z wiedzą rośnie pokora wobec materii – tłumaczy Krzysztof Hendzel. – Odbudowa pojazdów jest jak konserwowanie dzieł sztuki. Motoryzacja zaś to skarb narodów, jeden z owoców rozwoju technicznego, który dał ludziom możliwość bycia w kosmosie, zejścia głęboko pod wodę, a generalnie ludzkości – możliwość lepszego życia. Trzeba o te zachowane świadectwa dbać, zachować dla pokoleń. Przynajmniej ja mam taki cel: pozostawić po sobie coś wartościowego, z czego mógłby korzystać każdy, kto będzie miał na to ochotę.

Pierwszą moją pasją była wyłącznie praca zawodowa. Później praca i kolekcja – w nich się realizuję.

Wyszukiwanie ciekawych okazów, części zamiennych, akcesoriów w ogromnym stopniu ułatwia Internet. Ale i to pochłania ogrom czasu. Jak więc pogodzić pasję z pracą zawodową, zwłaszcza gdy pracuje się bardzo intensywnie? Pan Krzysztof odpowiada z uśmiechem: – Bliscy idą spać, a ja siadam przed monitorem i się w to wszystko zanurzam.

Teraz, kiedy kolekcja tak bardzo się rozrosła a nowych przedmiotów do niej pasujących jest na rynku taki ogrom, pan Krzysztof korzysta z pomocy współpracowników. Wśród nich wymienia Sławomira Struszczyka z podkoszalińskiego Sianowa: – Złoty człowiek. Zajmował się kiedyś handlem używanymi samochodami. Współpracuję z nim od dawna. Uczestniczy w zakupie rozmaitych przedmiotów do mojej kolekcji. Początkowo traktował to wyłącznie jak biznes. Kiedyś mi powiedział, że dawniej patrzył na stare auta czy inne stare przedmioty jak na towar, a teraz ma już inną optykę. Potwierdzam to. Widzę, ile serca w to wkłada. Wyszukiwanie ciekawych egzemplarzy, zakupy, dodawanie ich do kolekcji to już również jego hobby. Zawsze działał na mnie stymulująco, ujmował mnie swoją prostolinijnością. To nie jest człowiek, który chce na wszystkim i każdą metodą zarobić.

Krzysztof Hendzel podkreśla, że gdyby w kolekcjonerstwie chodziło tylko o pieniądze, największymi kolekcjonerami wszystkiego byliby sułtan Brunei i arabscy szejkowie. – Nigdy na kupowany pojazd nie patrzę przez pryzmat jego wartości materialnej. Liczy się co innego. Jakaś szczególna cecha, jakaś historia. Związek z innymi elementami kolekcji. Czasami spotykam się z ofertami odkupienia czegoś ode mnie. Ktoś nalega, żebym mu sprzedał jakiś samochód albo inną rzecz. Czasami chodzi o duże pieniądze. Ale ja nie godzę się na to. Jeśli miałbym kiedyś sprzedawać, to zbiór w całości, na jeden raz. Dlaczego? Bo byłoby to jedno dramatyczne przeżycie w moim życiu, a nie setki. Ja mam bardzo emocjonalny stosunek do tych wszystkich rzeczy, jakie zgromadziłem w ramach realizacji swojej pasji. Ja nie umiem ocenić, ile ta kolekcja jest warta i czy w ogóle jest coś warta… Mówi się, że wszystko jest na sprzedaż. Nie wszystko.

AJ1A2174

Zachowawczo albo „na lalkę”

Ktoś niezorientowany w świecie kolekcjonerskim, odwiedzając hale, gdzie Krzysztof Hendzel zgromadził swoje zbiory, może się zdziwić, że niektóre eksponaty – mimo że zabytkowe – wyglądają jak „spod igły”, a na innych – również czystych, zadbanych – widać mocno działanie czasu.

– Są dwa zasadnicze podejścia do odnawiania pojazdów. Jedno można by nazwać zachowawczym, a drugie – mówiąc żargonowo – „na lalkę”. W tym pierwszym chodzi o to, by pojazdowi przywrócić sprawność, uzupełnić brakujące elementy, ale pozostawić generalnie w stanie, w jakim przetrwał. Niczego wtedy nie „pudrujemy”. Widać wówczas niejako jego oryginalność. A „zrobić coś na lalkę” to nic innego, jak doprowadzić do stanu, jakby dopiero co opuściło fabrykę. Jedno i drugie ma sens. To po prostu zależy od egzemplarza, od jego historii, od tego, jaki efekt chcemy osiągnąć. Eksponaty doprowadzone na nowo do błysku wcale nie wzbudzają większego zainteresowania niż te, które z pieczołowitością odnowione noszą ślad zębów czasu.

Z rozmowy z kolekcjonerem wynika jednak, że jemu bliższe jest podejście zachowawcze albo zachowawczo-odtwórcze. Wyjaśnia: – Przy metodzie „na lalkę” łatwo przekroczyć granicę, kiedy przedmiot zatraca swój charakter. Wtedy tak naprawdę mamy już do czynienia z repliką a nie zabytkiem, z odtworzeniem a nie utrwaleniem.

Zakupy internetowe to zawsze trochę loteria. Samochody odpowiednio sfotografowane mogą wydawać się na komputerowym ekranie w niezłym stanie, a potem okazuje się, jak bardzo są zniszczone. Stąd zakres prac jakie są założone na początku, często mocno rozmija się z tym rzeczywistym. Dlatego niektóre pojazdy odnawia się nawet parę lat, inne parę miesięcy, niektórych w ogóle. Wyszukanie i sprowadzenie części zajmuje dużo czasu. Niektóre są nie do zdobycia. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak dorobienie brakujących elementów. Znowu rozpoczynają się poszukiwania – tym razem warsztatów, które są w stanie dany element wykonać.

Przez długi czas Krzysztof Hendzel wysyłał zakupione egzemplarze do odnowienia w wyspecjalizowanych pracowniach. Nadal zresztą korzysta z ich usług w niektórych przypadkach. Przez lata przekonał się, na kogo można liczyć, a z kim lepiej się pożegnać.

Z czasem stworzył własny warsztat. – Odnawianie wymaga zdolności do pracy żmudnej, ogromnej cierpliwości, zamiłowania. Smutne jest to, że ogólnie z wiedzą techniczną jest coraz gorzej. Coraz trudniej znaleźć mechaników, którzy są wyposażeni w coś, co nazwałbym zmysłem mechanika. Dużo wynika z doświadczenia, z tego że coś się rozbierało samodzielnie, potem składało… Bywa tak, że kiedy nie daje się czegoś zrobić na podstawie schematów, rysunków, trzeba szukać innego wyjścia. Co robią tacy „mistrzowie świata”? Oni sami kombinują, szukają samodzielnie niestandardowego rozwiązania. Umieją porzucić rutynę, mają odwagę zrobić coś na własne ryzyko, coś od siebie zaproponować. Tacy przy odnawianiu aut są nieocenieni. Mają w sobie pasję, ambicję i kreatywność. Myślą „całością” a nie według pojedynczych elementów czy układów.

 

Wystarczy tylko odkurzyć

Zdarzają się cuda. Auto ma kilkadziesiąt lat, a stan idealny, tak jak jugosłowiańska Zastava, która ma na liczniku zaledwie 75 km. Jedna ze Skód – 180 km, a inna – 2500 km. Rosyjski motocykl Tuła stoi jeszcze w oryginalnej skrzyni. Jak to się stało, że zachowały się w takim stanie?

– Czasami są to śmieszne, a czasami fascynujące sytuacje – wyjaśnia pan Krzysztof. – Na przykład jeden z moich samochodów należał do leśniczego, który miał do dyspozycji auto służbowe, a więc prywatnym jeździł tylko w niedziele i to mało. Albo motocykl, który sprowadziłem z zagranicy – stał przez kilkadziesiąt lat w piwnicy… To niewiarygodne, ale takie historie się zdarzały. Szczególnie w Stanach bywało, że gdzieś bankrutował salon sprzedaży, zamknięto go na głucho i tak stał, bo spadkobiercy pozostawili obiekt samemu sobie. A teraz po 20, 30, 40 latach ktoś otwiera magazyny i okazuje się, że tam są skarby. Wozy nieużytkowane, tyle że zakurzone.

Zbiory Krzysztofa Hendzla, to – jak już wspomnieliśmy – nie wyłącznie samochody czy motocykle. Są wśród nich zabytkowe rowery, motorowery, pojazdy dla niepełnosprawnych i inne pojazdy specjalistyczne. Mnóstwo motoryzacyjnych zabawek, wiele w idealnym stanie, czasami jeszcze w oryginalnych kartonach. Rozmaite akcesoria – w tym na przykład setki samochodowych radioodbiorników. Klucze, schematy techniczne, pompki do kół. Ba, polska budka telefoniczna na żetony, uliczny saturator. Tysiące artefaktów.

Jaki mam cel? Chcę pozostawić po sobie coś cennego, z czego mógłby korzystać każdy, kto zechce.

– Wiele rzeczy ludzie mi po prostu przynoszą. Dla nich te przedmioty nie mają wartości ani znaczenia. Czasami świadomie robią mi przysługi. Na przykład pracownik, który wrócił niedawno z wakacji na Ukrainie, przywiózł mi wyjątkowy telefon. Tak jest z radioodbiornikami, rowerami, zabawkami… W kolekcji każdy egzemplarz nabiera wartości ze względu na kontekst – mówi kolekcjoner. – Czasami przynoszą jakieś elementy, bo „może ci się przyda, a ja i tak bym wyrzucił na śmietnik”. Niektórzy się dziwią, że przyjmuję rzeczy, na które – jak mówią – pies sąsiada nie chciałby nogi podnieść. Ale dla mnie każdy taki egzemplarz ma swoją wartość. Niekoniecznie materialną, albo prawie nigdy materialną. Ale jest nią jakaś opowieść, jaka się z nimi wiąże.

Krzysztof Hendzel odwołuje się do porównania z kolekcjonerami obrazów: – Dla kogoś to lokata kapitału: kupuje, bo taką przyjął strategię inwestowania i liczy na przyrost wartości w dłuższym czasie. A ktoś inny kupuje obrazy albo inne dzieła sztuki, bo czuje taką potrzebę, dostrzega z nich piękno, z którym chce obcować na co dzień. Ja w ten sposób patrzę na to, co zbieram. Poza tym takie rzeczy jak rower mający ponad 150 lat, z drewnianymi kołami, to prawdziwe dzieło sztuki. Nawet w takich kategoriach można na niego popatrzeć. Tak więc nie motywacja materialna jest najważniejsza, ale zaspokajanie ciekawości, chęć zgromadzenia rzeczy charakterystycznych, wyjątkowych i chęć pozostawienia po sobie czegoś wartościowego. Nawet trabant może być rarytasem, bo ma na przykład doskonale zachowane oryginalne obicia foteli, pokrętła, albo element techniczny stosowany przez krótki czas zanim zastąpiono go czymś innym.

_DSC7110

Ucieczka do przodu

Tymczasem kolekcja rozrosła się do takich rozmiarów, że przed jej właścicielem stanęło pytanie: co dalej? Gromadzić kolejne eksponaty, by stały w coraz ciaśniejszych halach magazynowych? Z drugiej strony, jak tego nie robić, skoro pojawiają się na rynku kolekcjonerskim niezwykłe okazje i rzeczy, których grzechem byłoby nie dołączyć do zbioru?

Krzysztof Hendzel wie, co należałoby zrobić, żeby efekt jego pasji jak najlepiej wykorzystać: – Są i w świecie, i również już w Polsce tematyczne parki rozrywki. Na bazie tego co zebrałem, mógłby taki park powstać i cieszyć ludzi, niezależnie w jakim są wieku. Mam w głowie jego wyobrażenie, ale jednocześnie świadomość, że sam temu zadaniu obecnie nie podołam. Byłaby to wielomilionowa inwestycja, na jaką mnie teraz po prostu nie stać. Dlatego zaczynam szukam partnerów do tego przedsięwzięcia.

Nie ulega wątpliwości, że ewentualna budowa rodzinnego motoryzacyjnego parku rozrywki to ogrom pracy. Ale jak się zdaje, sukces byłby gwarantowany. Można mieć taką pewność, jeśli popatrzy się na to, jaką moc przyciągania mają parki rozrywki. Nie trzeba daleko szukać dowodu na to, że dobrze przemyślana ekspozycja może być magnesem na turystów. Weźmy choćby Strzelinko pod Słupskiem i powstałą tam Dolinę Charlotty – jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji turystycznych północnej Polski. Albo Ustkę, gdzie małżeństwo pasjonatów lokalnej historii doprowadziło do odkopania z piasku umocnień poniemieckiej baterii artyleryjskiej i urządziło w nich nowoczesny Park Historii i Rozrywki „Twierdza Ustka”, odwiedzany co roku przez kilkadziesiąt tysięcy osób.

W tych dwóch wspomnianych przypadkach powstawało „coś z niczego”. A tu, w przypadku kolekcji Krzysztofa Hendzla, mamy do czynienia z przebogatym materiałem wyjściowym do tworzenia w ramach całości ekspozycji, interesujących działów czy grup tematycznych. Można sobie wyobrazić ich dziesiątki! Bez trudu dałoby się na przykład stworzyć prezentację pokazującą, do czego bywał wykorzystywany w przeszłości rower (w zbiorach są np. doskonale utrzymane rowery wojskowe, policyjne, pocztowe…). Podobnie z przebogatym zbiorem motocykli i motorowerów. Eksponatami z kolekcji można by zilustrować rozwój pojazdów dla osób niepełnosprawnych (wózki inwalidzkie z napędem elektrycznym powstawały już w latach 30. ubiegłego wieku). A z rzeczy drobniejszych można by posiłkując się zgromadzonymi w kolekcji setkami samochodowych radioodbiorników zilustrować rozwój w tej dziedzinie, aż do współczesnej miniaturyzacji i komputeryzacji.

Oczywiście główną atrakcją byłaby wystawa starych samochodów i ogólnopolska giełda „klasyków”. To ją obrastałyby inne elementy oferty. Pan Krzysztof wylicza: – Dlaczego nie miałyby powstać prezentacje multimedialne, małe kino wewnątrz, ale i kino samochodowe na zewnątrz? Symulatory torów wyścigowych albo zwykłych dróg, po których zwiedzający mogliby na niby jeździć? Wyobrażam sobie, jaką frajdę dawałoby to dzieciakom. Czy nie na miejscu byłby tor kartingowy pod dachem? Takie miejsce aż kusi, by pokazywać także najnowsze wyroby firm samochodowych i je promować. Godziny spędzane w tym miejscu powodowałyby, że goście szukaliby okazji, by odpocząć i się posilić, a więc byłaby przestrzeń dla lokali gastronomicznych. Pewnie i hotel miałby uzasadnienie. Można sobie wyobrazić dziesiątki takich elementów, które stałyby się atrakcjami dla odwiedzających.

A gdzie mógłby powstać taki kompleks? – Dobrą lokalizacją motoryzacyjnego parku rozrywki byłby teren graniczący z oddanym do użytku w ubiegłym roku Parkiem Wodnym Koszalin, bo oferty obu placówek by się uzupełniały – mówi Krzysztof Hendzel. – Ale nie przywiązuję się zbytnio do takiej wizji. Nie przywiązuję się również do myśli, że musi to być Koszalin. Kolekcja osiągnęła już taki rozmiar, że jest najwyższy czas, by zdecydować, co dalej. Jeśli nie uda mi się znaleźć rozwiązania na miejscu, poszukam w kraju. Choć oczywiście współpraca z koszalińskim samorządem albo innym miejscowym partnerem byłaby najprostsza.

Poza aspektem organizacyjnym i finansowym budowa parku to także ambitne wyzwanie pod względem opracowania merytorycznego programu dla placówki. Pojawiają się tutaj pytania, jak podzielić ekspozycję na bloki tematyczne, jakimi dodatkowymi treściami je obudować? – Eksponaty pochodzą z 25 krajów, najstarsze mają 180 lat. To nie tylko samochody. Sam zbiór rowerów to kilkaset sztuk. Wiele z nich to absolutne unikaty. Z każdym wiąże się jakaś cząstka wiedzy historycznej, bo mam na przykład rowery wojskowe z okresu pierwszej światowej z kompletnym autentycznym oprzyrządowaniem, rowery policyjne i pocztowe. Samo ich wystawienie to za mało. Każdy aż prosi się o komentarz. Opracowanie zbiorów od tej strony zajęłoby z pewnością dużo czasu i niemało by kosztowało – mówi pan Krzysztof. – Ale jestem pewien, że byłaby to bezdyskusyjnie wielka atrakcja turystyczna. Koszalin ma ambicję stać się miastem turystycznym albo przynajmniej w jakimś stopniu korzystającym z wakacyjnego ruchu turystycznego. Motoryzacyjny park rodzinnej rozrywki na pewno by przyciągał uwagę turystów i to nie tylko latem. Liczę na to, że znajdę osoby, które tak ja dostrzegą w moim pomyśle szansę i zechcą włączyć się w budowę.

Kiedy pytamy, czy kolekcjoner nie czuje się już zmęczony dzieleniem czasu między pracę zawodową i to wymagające ogromnego zaangażowania hobby, słyszymy: – Na zmęczenie fizyczne i umysłowe mam jedno lekarstwo: czas spędzony z moją najmłodszą córką, dziesięcioletnią Wiktorią i moją kolekcję. To moje całe życie! Starsze dzieci, już dorosłe patrzą na to z boku, ale wiem że i na nich mogę liczyć. Czasami mnie krytykują, ale mnie wspierają, bo widzą, że to co robię, motywowane jest głęboką pasją. A to w życiu jest najważniejsze. Podobnie żona. Czasami „skarci” mnie za coś, ale wiem, że w duchu mnie popiera, bo wie, że podchodzę do kolekcjonerstwa ze szczerą intencją dzielenia się z innymi przyjemnością oglądania rzeczy pięknych i wyjątkowych.