Rodzice chcieli, aby został weterynarzem. On sam bardziej widział się w roli ekonomisty. Ostatecznie został żeglarzem. Była to bardzo dobra decyzja życiowa. Świadczą o tym tytuły mistrza świata, medale na wielu prestiżowych regatach. Do pełni szczęścia i ukoronowania sportowej kariery brakuje mu jedynie medalu olimpijskiego. Szansę będzie miał już za kilka tygodni w Rio de Janeiro. Piotr Myszka, mistrz świata w windsurfingowej klasie RS:X, jeden z głównych faworytów do złotego medalu Igrzysk Olimpijskich.

 

duze 1– Czujesz już presję przed igrzyskami? Ostatnio nie ma na ciebie mocnych.

– Nie zaprzątam sobie głowy myśleniem, że muszę zdobyć złoty medal. Wyniki wskazują, że jestem jednym z faworytów, ale to jest żeglarstwo, sport nieprzewidywalny. Dobrych zawodników pływających na takim samym poziomie jak ja jest wielu. Sport nauczył mnie pokory, więc staram się zachować chłodną głowę. Choć oczywiście marzenia mam.

 

– Nie wierzę, żeby sportowiec tej klasy, z takimi wynikami, po tylu latach zaciętej walki o kwalifikację na igrzyska, nie miał ciśnienia na medal.

– Nie da się ukryć, że mam ogromny apetyt na zdobycie medalu i z taką myślą tam jadę. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Teraz muszę dołożyć wszelkich starań, żeby go zdobyć. Przede wszystkim się nie stresować, że akurat sytuacja dotyczy igrzysk. Zakwalifikować się przynajmniej do pierwszej trójki, a jak będzie szansa, to zdobyć pierwsze miejsce. Prosty plan (śmiech).

 

– Udało ci się w końcu wygrać krajowe eliminacje i zakwalifikować się na igrzyska. Można zatem powiedzieć, że udało się uzupełnić brakującą cegiełkę, w pełnej sukcesu karierze.

– Zgadza się. Nie da się ukryć, że jest to jedyna impreza, na której jeszcze nie byłem w swojej karierze. Z poprzednich przywiozłem kilka medali. Kolekcja jest spora, ale brakuje jednego medalu, gdzie teraz w końcu mam okazję go zdobyć. Poprzednio byłem mistrzem świata, teraz jestem mistrzem świata, dlatego ciągle padało pytanie, dlaczego jeszcze tam nie zdobywałem medali. Odpowiedź była prosta. Miałem w Przemku Miarczyńskim z SKŻ Hestia Sopot godnego rywala i to on wygrywał naszą wewnętrzną walkę o olimpijską kwalifikację. I zdobył cztery lata temu brązowy medal. Fajnie byłoby powtórzyć sukces Przemka. To otwiera inne możliwości, współpracę z partnerami, nowe projekty.

 

– Trudno ułożyć sobie psychicznie i mentalnie w głowie, że sytuacja dotyczy Igrzysk. Czy nie robi to na tobie żadnego wrażenia?

– Staram się sprowadzać to wszystko do poziomu normalności. Dużo pomaga mi w tym moja rodzina. Moje dzieci, widząc mój drugi medal z mistrzostw świata, potraktowały go jak jedną ze swoich zabawek. Na wodzie chcę zwyciężać, po wszystkim jestem już normalnym człowiekiem, który wraca do codziennych obowiązków, ojca i męża. Praca nad psychiką jest o tyle potrzebna, żeby nie popaść za bardzo w euforię. Na ostatnich regatach Pucharu Świata w Hyeres pierwszego dnia popłynąłem bardzo słabo, byłem 14. w klasyfikacji generalnej. Ale się pozbierałem, odrabiałem starty i ostatecznie wygrałem całe regaty. Takie momenty pokazują, że nie można na początku być za bardzo pewnym siebie. W trudnych momentach, trzeba umieć zamknąć jeden rozdział, aby móc kolejnego dnia wystartować z nową siłą. Nie można zakładać, że zawsze będzie się najlepszym, mimo najlepszej formy fizycznej, bo to cały czas jest żeglarstwo, tu możne wszystko się wydarzyć.

male 1

– Rio de Janeiro brzmi fajnie, ale ponoć akwen, na którym będziecie rywalizować pozostawia wiele do życzenia.

– Akwen jest po prostu bardzo brudny. U niektórych żeglarzy, którzy tam trenowali występowały nawet problemy skórne. Mam przewidziany szereg szczepionek, przede wszystkim na różne rodzaje grypy. Oczywiście można zaszczepić się na wszystko, ale potem organizm musi się z tym uporać. Nie ma na to czasu. I zdrowia (śmiech). Trzeba uważać, starać się nie połykać wody, po zejściu na brzeg od razu spłukać się i umyć. Do akwenu spływają też śmieci z okolicznych faweli. W Brazylii ekologia nie jest czymś istotnym, szczególnie dla najbiedniejszych mieszkańców. Podczas regat trzeba zatem uważać, by na coś nie wpaść. A pływa tam wszystko, lodówki, pralki, siatki. Jak walniesz z prędkością 50 km/h w taką pralkę to możesz mieć po wyścigu. Pralka jest dużym przedmiotem, więc można ją wypatrzyć i ominąć. Ale na przykład reklamówki owijają się nam wokół stateczników i automatycznie tracimy prędkość.

 

– Pralka pływająca na akwenie olimpijskim? Nie mogę w to uwierzyć. Z drugiej strony już widzę te nagłówki w tabloidach – stracił złoty medal po uderzeniu w pralkę!

– Odpukać, mam nadzieję, że nie rzuciłeś na mnie klątwy. A może być jeszcze bardziej dramatycznie, bo zamiast pralki może być rekin.

 

– A miałeś kolizję z rekinem?

– Tak, to było w Australii, wtedy gdy zdobywałem tytuł mistrza świata. W jednym z wyścigów, notabene prowadząc, zauważyłem, że płynę kursem kolizyjnym do rekina. Na tym akwenie akurat często można spotkać rekiny, mniejsze, większe, sporo ich tam pływa. Nie miałem szans go wyminąć. Przejechałem mu po grzbiecie i wpadłem do wody. Na szczęście był za mały, żeby mi coś zrobić. Podejrzewam, że był bardziej przerażony ode mnie. Ja w zasadzie bardziej niż strach czułem wtedy wkurzenie. Prowadzę wyścig w regatach o mistrzostwo świata i tu nagle taka przygoda. Na szczęście szybko się pozbierałem, dogoniłem tych, którzy zdążyli mnie wyprzedzić i wygrałem. Pamiętam też, że kiedyś do portu w Perth wpłynął duży, czterometrowy rekin i organizatorzy musieli przerwać regaty.

okladka

– Masz 35 lat. Jak traktujesz start w Rio? Jako zwieńczenie twojej kariery czy nowe otwarcie?

– Nie ma co gdybać. Po ostatnim wyścigu igrzysk olimpijskich zrobię na pewno rachunek sumienia, usiądę z żoną i postanowimy co dalej. Muszę na to wszystko patrzeć przez pryzmat swojej rodziny, bo rodzina jest dla mnie najważniejsza. Pewnie będę starał się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pogodzić obowiązki rodzinne i żeglarstwo, które można uprawiać całe życie.

 

– Rozumiem, że rodzina jest dla ciebie wsparciem. Żona nie wywiera na tobie presji? Nie mówi: słuchaj Piotr, pływasz połowę mniej, druga połowa to czas dla nas?

– Żona jest psychologiem i neurologopedą, również chciałby rozwijać się zawodowo, ale przy dwójce dzieci i mężu, który jest zawodowym sportowcem nie jest to łatwe. Na pewno wolałaby mieć mnie przy sobie, ale też moja żona jest bardzo mądrą kobietą. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że teraz właśnie jest to moje „pięć minut”, więc trzeba je wykorzystać, a żona mi w tym pomaga. Taka okazja może się już więcej nie przytrafić. Ale dla nas wszystkich taki tryb życia jest ciężki. Nieraz łezka się w oku zakręciła, gdy trzeba wyjechać, a dziecko pyta, kiedy tata wróci. Dziecku nie da się wytłumaczyć, że tata wróci za dwa tygodnie, bo ono nie ma poczucia czasu.

rozkladowka

– Od tego pytania powinienem zacząć naszą rozmowę. Jak rozpoczęła się twoja przygoda z windsurfingiem? Gdzie, ile miałeś wtedy lat i kto zachęcił cię do uprawiania tego właśnie sportu?

– Pochodzę z Mrągowa, w którym żeglarstwo jest tak popularne, jak futbol w Brazylii. Poza tym żeglował mój tata i moi starsi bracia. Więc było to naturalne, że i ja spróbowałem. Jako wychowanek Bazy Mrągowo zaczynałem swoją przygodę z żeglarstwem od klasy Optymist. Na moje szczęście byłem bardzo wysokim i ciężkim zawodnikiem jak na tak małą łódkę. W wieku 14 lat dostałem propozycję przejścia do nowopowstającej klasy windsurfingowej Aloha. To był strzał w 10. Znałem podstawowe zasady żeglowania, więc musiałem się tylko nauczyć pływać na desce. Po dwóch tygodniach cieszyłem się pierwszą jazdą w trapezie, która oczywiście skończyła się „glebą”. Po dwóch latach zostałem Mistrzem Świata w klasie Aloha. To był znak, żeby robić to dalej i powalczyć o Igrzyska Olimpijskie.

 

– Jak zatem zakończy się twoja przygoda z windsurfingiem?

– Marzę o złocie w Rio, celuję w medal by mieć pretekst do kontynuacji tej wspaniałej przygody (śmiech).