„I oto nadchodzi on. Słychać ten niedźwiedzi pomruk, silniejszy od świstu wiatru, głośniejszy od bulgotu kipieli, nieuchronnie narastający i wypełniający wszystko przerażającym hukiem. Olbrzymia czarna góra jego cielska wyłania się z morza i wznosi ku ciemnym zwaliskom chmur, zgarniając kosmatą łapą wszystko, co spotka na drodze: statki, drzewa, domy, ludzi… I chwyta, i miota, i miażdży, i pochłania w spienionej paszczy zanim człowiek krzyknie, zanim zdoła się ukryć. Swoją potęgą niszczy każdego człowieka, każde zwierzę i każdą rzecz, którą napotka na swojej rozległej drodze! Jest silniejszy niż drzewa, które łamie jak zapałki, mocniejszy niż ceglane mury… Jak rychło się pojawia, tak też niepostrzeżenie znika pozostawiając spustoszone wsie i miasta wybrzeża. A sztorm z którym on przybył też zaraz cichnie.”

Fragment relacji darłowskiego rybaka, świadka bałtyckiego tsunami

 

Niszczycielskie fale tsunami na Bałtyku? Do dzisiaj taka informacja wywołuje niedowierzanie. Tymczasem w dawnych kronikach Darłowa znajdujemy wiarygodny i precyzyjny opis tego zjawiska.

– „Ósmego dnia po Narodzinach Maryi, roku 1497, w piątek w południe, zerwał się sztorm z północnego zachodu i trwał do późnego wieczora wywołując powódź” – fragment historycznych zapisków przytacza Leszek Walkiewicz z Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Darłowskiej i przypomina, że największe tego typu zjawisko w dziejach miasta miało miejsce 16 września 1497 roku. – Doszło wówczas do bardzo poważnych zniszczeń, a cztery statki cumujące w porcie zostały z falami zabrane w głąb lądu – dodaje.

 

Źródło nieszczęścia

Niektóre źródła podają, że prawdopodobną przyczyną sztormu i powstania niszczycielskich fal było trzęsienie ziemi w rejonie szwedzkiego jeziora Wener, oddalonego od Darłowa o około 500 kilometrów. Siła trzęsienia była prawdopodobnie niewielka, bo szacowana na zaledwie 4,5 st. w skali Richtera, ale to małe trzęsienie wywołało potężną eksplozję metanu uwięzionego w warstwach skalnych tworzących dno Morza Bałtyckiego. Eksplozji towarzyszył grzmot i huk. Jako żywo przypominało to opowieści z legend o pomruku niedźwiedzia morskiego. Dlatego też niszczycielskie fale nazwano właśnie Niedźwiedziem Morskim.
Kolejne tsunami na Bałtyku wystąpiło w 1757 r. koło Trzebiatowa. Nagła fala zerwała duży prom zacumowany w porcie i przeniosła go daleko na ląd. Dwadzieścia dwa lata później, w marcu 1779 r. potężna fala zaatakowała niespodziewanie Łebę. Statki zaniesione zostały aż do miejskich ogrodów.

 

Geologiczne śledztwo

W ostatnich latach okazało się, że tsunami to nie tylko ciekawostka zapisana w starych księgach, ale też temat do poważnych badań naukowych, które w 2013 roku ruszyły między innymi w Darłowie. Prowadzi je zespół naukowców pod kierownictwem doktora Andrzeja Piotrowskiego ze szczecińskiego Zakładu Regionalnego Geologii Pomorza Państwowego Instytutu Geologicznego. Badania polegają na tym, że zespół naukowców pobiera próbki osadów z terenów oddalonych od morza, by stwierdzić w nich obecność osadów morskich. W przypadku okolic Darłowa takie próbki pobierano między innymi z okolic jeziora Kopań oddzielonego od morza wąską mierzeją. Wstępnie naukowcy ocenili, że są w nich ślady występowania osadów morskich, ale dopiero dokładne badania w laboratorium dadzą odpowiedź, czy to faktyczny dowód na to, że fale tsunami przelały się przez miasto Króla Eryka.

DSC_8119ok

Niedźwiedź może powrócić

Co ciekawe, pracownicy zespołu badawczego nie tylko są przekonani, że takie zjawisko mogło mieć miejsce, ale – co ważne – nie wykluczają, że może się ono kiedyś powtórzyć. – Kilkaset lat w geologii to bardzo krótki okres – podkreślają naukowcy i przypominają, że trzęsienia ziemi w rejonie Morza Bałtyckiego występują również współcześnie.

Wystarczy sięgnąć po publikacje prasowe z ostatnich lat. – 16 grudnia 2008 r. trzęsienie w skali 4,5-4,7 st. w skali Richtera miało miejsce w Ystad. Odczuliśmy je w Polsce. Przeszło dalej, w głąb kraju, gdzie odnotowano już 5,3 st. Richtera. Nie wywołało jednak tsunami. Stąd tylko jego symboliczne skutki – mieszkańcowi Darłowa o godz. 6.20 spadło radio na głowę, a inny zauważył, jak rozkołysała mu się woda w akwarium. O takich zdarzeniach łatwo zapominamy, bagatelizujemy je i ośmieszamy – mówił w jednej z takich relacji doktor Andrzej Piotrowski. – Szybko zapomnieliśmy kaliningradzkie trzęsienie ziemi 21 września 2004 r. Mieszkańcy wieżowca w Gdyni opowiadali mi, że usłyszeli jakby transport TIR-ów przetaczał się po kocich łbach. W Olsztynie mieliśmy popękane domy 4-piętrowe. Podobnie w Suwałkach.

 

Pamiątki kataklizmu

W Darłowie wciąż kultywowane są tradycje związane z tym niecodziennym wydarzeniem. W roku 1991 ówczesny proboszcz Kościoła p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej w Darłowie – franciszkanin Janusz Jędryszek – wznowił przerwany dawniej zwyczaj odbywania procesji błagalno–pokutnych, będących realizacją ślubów złożonych po powodzi sprzed ponad 500 lat przez wówczas rządzących Darłowem. Takie procesje odbywają się w mieście do dziś, zawsze we wrześniu. Poprzedza je msza święta, w której wierni modlą się o pomyślność miasta i jego mieszkańców, a sama procesja ma bardzo uroczysty charakter. Prowadzi ją krzyż z figurą Ukrzyżowanego Chrystusa, pochodzący z kościoła Św. Gertrudy. Następnie zawsze obecne są poczty sztandarowe miejscowych szkół i organizacji. Dalej za księgą Ewangelii idą księża, burmistrz i mieszkańcy miasta.

– Powinniśmy pamiętać o swoich korzeniach, o swojej historii. A takie procesje to doskonały sposób na to, by z informacją o „białym niedźwiedziu”, jak nazwano niszczycielskie fale, docierać do kolejnych pokoleń mieszkańców – podkreśla Leszek Walkiewicz, który przypomina wszystkim dokładny opis wydarzeń z 1497 roku:

W Darłówku zostały całkowicie zniszczone nabrzeża portowe, paraliżując na długi czas handel. Ich odbudowa pociągnęła za sobą wysokie koszty. Prawie wszystkie domy zostały rozmyte, bydło potonęło, a rzeczka (Lutowa – łącząca Wieprzę z jeziorem Kopań) została zapiaszczona. Cztery cumujące w porcie statki, w tym duży „Kreyer” zostały wyrzucone na ląd. Jeden koło Żukowa Morskiego, dwa koło klasztoru kartuzów, jeden aż w pobliżu kaplicy Św. Gertrudy, czyli kilka kilometrów od brzegu morskiego. W klasztorze woda stała w krużgankach i w kościele do wysokości ołtarzy. Sad mnichów został zniszczony, a ich piwo i wino zepsute tak, że nikt nie chciał go pić. W ogrodach przed miastem, po spłynięciu wody, znaleziono wiele ryb, a kapusta dostała od morskiej wody słonawego posmaku. W okolicznych wsiach, szczególnie w Żukowie, utonęło kilka osób.

Ucierpiało również samo miasto: w spichlerzach nad rzeką było pełno wody i wiele towarów się zmarnowało, okna w kościele zostały rozbite, w kościele parafialnym spadła część dachu z wieży, runęło też przedbramie Bramy Wieprzańskiej. Przewrócony został wiatrak w Krupach.

– To właśnie wtedy w kościele, pleban i burmistrz, ogarnięci wielkim strachem, ślubowali każdego roku w owym dniu, świętować po uroczystym nabożeństwie i ku chwale Boga, Najświętszej Maryi i wszystkich świętych, przejść z procesją wokół miasta, przy czym rada miała nieść ufundowaną piękną świecę woskową i rozdzielać jałmużnę – przypomina nasz rozmówca i dodaje, że w tym roku we wrześniu owa procesja znów ruszy ulicami miasta.

Może więc warto zajrzeć do Darłowa i po sezonie?