Są zadania, które przekraczają granice czasowe jednej czy dwóch kadencji. Nie boimy się ich. Będziemy zmieniać Koszalin, bo robimy to nie tylko dla siebie. Mamy ambicję, żeby z nowego śródmieścia i Koszalina w ogóle były dumne nasze wnuki – mówi w rozmowie z „Prestiżem” Piotr Jedliński, prezydent miasta.

 

– Pan nie urodził się i nie wychowywał w Koszalinie. Przyjechał Pan do niego jak wielu z nas. Czy pamięta Pan, ile czasu minęło, zanim zaczął Pan mówić „u nas, w Koszalinie”?

– Bardzo szybko. Zresztą przyjechałem do niezupełnie obcego dla mnie miasta, bo odwiedzałem je, zanim zmienił się mój stan cywilny (śmiech).

 

– Rozumiem, że oswajał się Pan z Koszalinem dzięki pani Annie, przyszłej małżonce?

– Miasto było mi, że tak powiem, ogólnie znane. Trochę bardziej jeszcze Mielno, ale wiadomo – to były czasy studenckie, więc często ciągnęło nas nad morze. A zamieszkałem tutaj na początku lat 90. Wszedłem w to środowisko szybko, szybko się poczułem jak u siebie w domu. Może było mi łatwiej, bo wcześniej często zmieniałem miejsce zamieszkania.

ratusz

– Takich ludzi jak Pan i ja w Koszalinie jest sporo. Przyjeżdżają, zostają. Jak Pan sądzi, na czym można budować wspólną tożsamość koszalińską?

– Myślę, że my ją budujemy głównie naszą otwartością. Każdy z nas jest skądś. Nawet ci którzy byli tuż po wojnie jako pierwsi, dotarli tutaj w 1945 roku z Gniezna. To jest charakterystyczne dla tych ziem, kiedyś nazywanych odzyskanymi, a więc i dla Koszalina – brak jednolitej migracji. Lwów przenosił się do Wrocławia, Stanisławów w okolice Opola, wielu ludzi z Wilna trafiło do Słupska. Tamta stara tożsamość stała się cząstką nowej. W Koszalinie tożsamość powstaje od zera. Do niego przyjeżdżali ludzie z całej Polski. Niektórzy zresztą uważają, że są z tego korzyści. Mówimy ponoć najczystszą polszczyzną, bo pozbyliśmy się bardzo szybko dialektów, naleciałości regionalnych. Poprawna polszczyzna stała się naszą wspólną mową.

 

– Budowanie tożsamości to bardzo powolny proces.

– Obserwuję w ostatnich latach, że on przyspiesza. Można tak sądzić po coraz większej aktywności ludzi. Moją rolą jako prezydenta, wcześniej pracownika ratusza, było uczestniczyć w różnego rodzaju uroczystościach, spotkaniach, zebraniach. Pamiętam, jak uruchomialiśmy rady osiedli. Na imprezy przychodziła tylko rada osiedla i kilka zaprzyjaźnionych osób. W tej chwili jest zupełnie inaczej. Ludzie chcą się integrować, wyjść poza opłotki, poza najbliższe środowisko. Jesteśmy miastem otwartym na tych, którzy tutaj się osiedlają. Sami dopiero co przyjechaliśmy – bo w historii kilkadziesiąt lat to moment, więc nie dzielimy się na „my” i „oni”, na „miejscowych” i „obcych”.

 

– Nowych mieszkańców stopniowo przybywa, ale i ubywa urodzonych już w Koszalinie…

– Mamy do czynienia z procesami typowymi dla 100-tysięcznych miast. Narzekamy, że młodzież wyjeżdża na studia do dużych ośrodków. Ale to przecież po części efekt naszych, rodziców doświadczeń. My również migrowaliśmy. Na tej zasadzie się tutaj znaleźliśmy. Nic dziwnego, że nasze dzieci nie mają zahamowania w poszukaniu własnego miejsca na ziemi. Czasami wracają po latach do Koszalina, ale już bogatsi o wiedzę i rozmaite przeżycia.

 

– Na naszą „mieszankę” składa się wielu młodych ludzi, którzy wybierają studia w Koszalinie, a później zamieszkanie w nim. Dla nich oznacza to życiowy awans.

– Cały czas nas przybywa i ubywa, nasza społeczność jeszcze nie okrzepła. Koszalin wciąż zasysa nowych mieszkańców, którzy przyjeżdżają z mniejszych miejscowości. A nasze dzieci jadą często na najlepsze polskie uczelnie i wiele z nich tam zostaje.

 

– To, że jesteśmy z różnych stron, że nie mamy jednej tradycji, powoduje problemy. Na przykład w takiej sytuacji jak spektakl „Wesele Jamneńskie” (22 maja br.), w którym Pan występuje. No bo jaki strój uznać za regionalny dla Koszalina i okolic?

– W zasadzie jedyną kulturą, jaka się zachowała, a nie jest poniemiecka, to kultura jamneńska. Trwała przez wieki i zachowała się po dziś. Ostatnio rozmawiałem z jednym z wiceprezydentów Rzeszowa na obchodach 354 rocznicy Iwano-Frankiwska, czyli przedwojennego Stanisławowa. Opowiadał o kolorach guzików w ludowym stroju, w który był ubrany. W Rzeszowie guziki pokazują, z jakiej dzielnicy się pochodzi, bo każda ma swój charakterystyczny kolor. My tego nie mamy, ale powoli budujemy tożsamość. Szukamy wspólnie uzasadnienia dla przekonania, że Koszalin to nasze miasto. W sobotę (21 maja br.) podczas koncertu na terenach podożynkowych wystąpią tacy właśnie nasi ziomkowie, którzy w Koszalinie się urodzili, wychowali, zaczęli kariery, a kontynuują je w skali krajowej, mieszkając już gdzie indziej.

 

– A wracając do 22 maja, do amfiteatru, gdzie odbędzie się drugie „Wesele Jamneńskie”. Jako kto Pan w nim wystąpi?

– Tradycyjnie jako historyczny burmistrz w czasie tych wydarzeń, które są w spektaklu przywołane. Na przykład z okresu starcia z Kołobrzegiem i obrony strażnicy stojącej na mierzei jamneńskiej we wsi Czajcze strzegącej wówczas koszalińskiego portu. Pojawi się nawet wątek wizyty w Koszalinie niezbyt dobrze kojarzonej w historii Polski księżniczki anhalckiej Zofii Fryderyki – późniejszej carycy Katarzyny II, która – nie wszyscy to wiedzą – wywodziła się że Szczecina.

 

– Przedstawienie zapowiada się okazale. Ponad 200 osób na scenie, niemal sami amatorzy. Historia Koszalina pokazana w obrazach. Duże wyzwanie.

– Duże wyzwanie i ogromna praca.

 

– Będzie Pan śpiewał?

– Najwyżej w chórkach (śmiech). Mamy w zespole wspaniałych aktorów, wspaniałe aktorki, które będą znakomicie śpiewać. To osoby znane na co dzień zupełnie z innej aktywności zawodowej.

 

– Krystyna Kościńska, przewodnicząca Rady Miejskiej, wystąpi w habicie.

– Jej postać w przedstawieniu to zacna przeorysza Esmeralda.

 

– Będzie więcej takich niespodzianek? h4-002

– Widzowie będą wielokrotnie zaskoczeni. Przesłanie, które z tego spektaklu wypłynie, będzie jednoznaczne. Warto prostu przyjść do amfiteatru i zobaczyć. Spektakl, mimo że długi, z udziałem blisko 300 osób, będzie bardzo dynamiczny.

 

– A wracając do historii, jak Panu się wydaje, jaki okres w dziejach Koszalina był najszczęśliwszy? Kiedy koszalinianom żyło się najlepiej. Były zarazy, wojny, pożary, ale były też okresy dobre.

– Trudno powiedzieć. Mamy dosyć ubogą dokumentację faktograficzną, jeżeli chodzi o dzieje Koszalina. Miasto miało okresy lepsze i gorsze. Rozwijało się, stało się stolicą rejencji. Aczkolwiek, jak opowiadali nasi przyjaciele z Berlina-Schoeneberg, dla pruskich urzędników lub wojskowych było miejscem zsyłki. Za karę kierowano ich do Koszalina.

 

– Wobec Berlina Koszalin był prowincją, to jasne.

– Wobec Berlina był prowincjonalny, ale jednak na mapie administracyjnej cały czas istniał i jego znaczenie stale rosło. Zresztą idąc do gmachu Urzędu Wojewódzkiego idziemy de facto do dawnego gmachu rejencji. To jest oznaka prosperity. Po wojnie mieliśmy taką sytuację jaką mieliśmy. Zniszczenie – w zasadzie po wojnie, bo głównie w maju 1945 roku – śródmieścia Koszalina zdemolowało miasto i zdeterminowało obecny wygląd. Do tego centralne dożynki roku 1975 były zwieńczeniem okresu prosperity po wojnie. Ale oznaczały dalsze wyburzenia, choć z drugiej strony rozbudowę miasta jako ośrodka wojewódzkiego. Wspominając tamte czasy, starsi mieszkańcy na pewno myślą ciepło, bo Koszalin się rozwijał.

 

– Dożynki są dla wielu punktem odniesienia.

– Były czymś przełomowym. To był swoisty szczyt rozwoju, ale był to rozwój administracyjno-wojskowy. W latach 80. okazało się, że nie sama administracja, nie samo wojsko się liczą. Nie było nogi gospodarczej, która stabilizuje miasto. Miało to poważne skutki w postaci olbrzymiego bezrobocia po przełomie, które w Koszalinie wynosiło momentami prawie trzydzieści procent.

 

– Pod tym względem na pewno jesteśmy obecnie na zupełnie innym poziomie.

– Widzimy to jako samorząd po budżecie, kiedy patrzymy na wpływy z PIT-u, bo on jest wskaźnikiem liczby pracujących osób, ich zarobków. Te wpływy z roku na rok rosną. Oczywiście daleko nam do spełnienia naszych ambicji, ale z drugiej strony spójrzmy na Ukrainę, na której byłem niedawno. Tam równowartość 150 dolarów to pensja, jaką dostają kadry kierownicze w urzędzie. Oni są w takiej sytuacji, w jakiej my byliśmy jakieś 30 lat temu.

 

– Każdy burmistrz, prezydent coś po sobie pozostawia. Z jakichś powodów jest później wspominany. Przez co albo przez realizację jakiego planu na przyszłość chciałby Pan być zapamiętany?

– Kilka rzeczy, o których mieszkańcy marzyli chyba od lat. Jest nowa filharmonia, wyremontowany teatr, Park Wodny Koszalin, będzie duża obwodnica. Jej jeszcze nie widzimy, bo te prace za moment się zaczną, ale duża obwodnica miasta jako fragment trasy S6 ma przełomowe znaczenie. To trzeba było „wychodzić”, wylobbować wspólnie z naszymi parlamentarzystami. Może dojdzie jeszcze S11. Trzeba oczywiście również powiedzieć o inwestycjach w strefie ekonomicznej, które stabilizują Koszalin. Firmy, które się tam ulokowały, tworzą miejsca pracy. Czasami marzymy o wielkim inwestorze, ale kiedy zaczęły się turbulencje w gospodarce, to okazało się, że małe i średnie firmy z naszego regionu lepiej je zniosły.

 

– Uzależnienie miasta od jednego dużego zakładu to ryzyko.

– Na szczęście nie jesteśmy uzależnieni od jednego zakładu, który żywi całe miasto i determinuje to, jak się będzie ono rozwijało, jakie będą w nim warunki życia. Myślę, że to jest właśnie to, czego zabrakło po dożynkach 1975 roku – stabilnej gospodarczej podstawy rozwoju miasta. Na tym mocno zależało mojemu poprzednikowi, czyli Mirkowi Mikietyńskiemu i zależy mnie. Jesteśmy – można powiedzieć – jedną ekipą, ciągłość myślenia i patrzenia na miasto jest zachowana. Dla mieszkańców to jest ważne, bo jak ktoś ma stabilną sytuację, ma pracę, ma możliwość kształcenia dzieci i ma możliwość wygodnego mieszkania, budowania się, korzystania z dobrej bazy, z dobrej infrastruktury miejskiej, nie myśli o wyjeździe w inne miejsce. I na dokładkę to przyciąga nowych mieszkańców, którzy zostają na stałe, tak jak ja.

 

– Co w Pana odczuciu jest dla samorządu zadaniem ponad jedną, dwie kadencje?

– Ja cały czas stawiam na gospodarkę, nie zapominając o innych aspektach takich jak poziom edukacji, który jest u nas naprawdę na tle Zachodniopomorskiego czy nawet całego makroregionu wysoki. Walczymy ze Szczecinem, z Poznaniem, a pozostałych zostawiamy daleko w polu. Patrząc, czy na wyniki matur, czy na wyniki egzaminów gimnazjalnych, możemy być dumni z naszych dzieci, które potem doskonale sobie radzą na studiach.

 

– Dobra edukacja to stałe wyzwanie. Co jeszcze trzeba zrobić?

– Jako prezydent mam marzenie, by kiedyś wypłynąć z mariny po koszalińskiej stronie, przepłynąć jezioro Jamno i wypłynąć na Bałtyk. Myślę, że jesteśmy w tej chwili w połowie tego projektu. Mamy wrota sztormowe, które stabilizują Jamno…

 

– Na razie raczej odcinają Jamno od Bałtyku.

– Ja jestem żeglarzem i wiem jak wyglądała przeprawa pod mostem na kanale, kiedy wrót nie było. To było naprawdę rozwiązanie dla małych łódek, które mogły być przeniesione albo wręcz rozebrane na części. Mamy już falochron, który osłania wejście do kanału. Została do zrobienia śluza. To jest kolejna szansa dla Koszalina na to, by stał się bardziej morski. Tak jak było już w historii naszego miasta. O tym nie wszyscy mieszkańcy Koszalina wiedzą, ale Koszalin miał własną stocznię.

 

– I namiastkę portu…

– Być może nie budował wielkich statków, ale miał swoją stocznię. Miał również własnych piratów, których zobaczymy w spektaklu „Wesele Jamneńskie”.

 

– Właśnie jesteśmy świeżo po rozstrzygnięciu konkursu na koncepcję przeobrażenia śródmieścia (piszemy szeroko w tym wydaniu magazynu). To również praca na lata.

– Przebudowa śródmieścia to jest zadanie, które na pewno potrwa nie krócej niż dwie kadencje. To jest temat, który zaczęliśmy już dobre półtora roku temu. Zdajemy sobie sprawę, że to będą zmiany na dziesięciolecia, dlatego chcemy się jak najlepiej przygotować i przekonać do tych działań mieszkańców. Myślę, że jest potrzeba pewna zmiana mentalności. Musimy pożegnać utarte przyzwyczajenia. Ogrom pracy.

 

– Wyłonienie koncepcji przebudowy i przyjęcie nowego planu zagospodarowania przestrzennego to chyba najważniejsza praca tej kadencji?

– Mam nadzieję, że uda się to zakończyć. Bo konkurs jest elementem procesu. Przed nami jest jeszcze etap zagospodarowania przestrzennego, programy rewitalizacji, poszukanie pieniędzy. Pieniądze na programy rewitalizacji są w funduszach centralnych, więc czeka nas aplikowanie o nie.

 

– Będzie miał Pan mnóstwo pracy, tłumacząc założenia tego planu, ale to kluczowe dla sukcesu tej inwestycji. Poparcie społeczne jest tutaj nieodzowne.

– Nie boję trudnych tematów. One mnie mobilizują. Są zadania, które przekraczają granice czasowe jednej czy dwóch kadencji. Nie boimy się ich. Będziemy zmieniać Koszalin, bo robimy to nie tylko dla siebie. Mamy ambicję, żeby z nowego śródmieścia i Koszalina w ogóle były dumne nasze wnuki.