Od czterech lat w Koszalinie jest miejsce, gdzie o pomoc w rozwiązaniu problemów może prosić każdy: chory, biedny, porzucony.

W Domu Miłosierdzia Bożego wielkie poruszenie. Sanepid! – to słowo elektryzuje wszystkich. Jutro ma być odbiór sanitarny kuchni, więc wszystko musi błyszczeć: i magazyn warzyw, i chłodnia, i zmywak.

Sebastian, drobny nastolatek, czyści blaty kuchenne i garnki. Pochodzi z Połczyna, uczy się w liceum i od dwóch lat mieszka tu i pomaga jako wolontariusz. Ma dyżury w jadalni, albo przy wejściu do kaplicy. Bywa też, że siada przy telefonie. Jeśli dzwoni ktoś z zewnątrz, trzeba grzecznie udzielić informacji – instruuje. O rodzinie nie chce opowiadać.

– Dlaczego tutaj jestem? Łaska Pana Boga to sprawiła – wyjaśnia.

Ireneusz szoruje podłogę w jadalni. Mieszka w Koszalinie i przychodzi codziennie: sprząta albo przygotowuje posiłki.

– Jestem na zasiłku przedemerytalnym. Córka ma już własną rodzinę. Co można robić w domu poza siedzeniem przed telewizorem? – pyta odkładając szczotkę. – Chciałem zająć się czymś pożytecznym. Ksiądz Radek robi takie dobre rzeczy. Więc postanowiłem mu pomóc.
Jadalnia, w której dyżuruje Irek, miała być miejscem przyjemnym. Mieszkańcy i wolontariusze podpatrywali kawiarnie i restauracje w okolicy i wykorzystywali sprawdzone wzorce. Jasne stoły i krzesła z poduchami. Jasne płytki na podłodze. Fototapeta z miłym krajobrazem. Mały obrazek Matki Bożej. Czysto i przytulnie. Obok sala spotkań. Miękkie kanapy, stonowane kolory: tu się urządza urodziny, przy herbacie i kawie rozstrzyga sprawy ważne dla domu.

 

Karawanem do ewangelizacji

Przed domem dziewczyny urządzają ogród kwiatowy. Na podwórzu Olivier, ochotnik z Francji, kończy karawan ewangelizacyjny. Olivier wciąż szuka najlepszej drogi do Pana Boga. Niedawno znalazł się na zakręcie życiowym. Nie wiedział, co począć. Pytał mejlowo o radę księdza Radka, którego poznał jeszcze we Francji. Odpowiedź była krótka: „przyjeżdżaj!”. I jest w Koszalinie już prawie rok. Zdążył nauczyć się podstaw polskiego.

Ma talent stolarski: odnawiał meble i pomagał przygotować wystrój jadalni. Teraz z materiałów, które przekazują ludzie dobrej woli, buduje karawan konny. Dostał stalowy stelaż i deski. Kiedy będzie para koni, karawan z szóstką ewangelizatorów ruszy w drogę, by głosić dobrą nowinę.
Między piętrami biega Eliza Kita, czyli pani doktor. Choć ma w kieszeni dyplom krakowskiej Akademii Medycznej, wygląda jakby dopiero przystępowała do matury. – W duszpasterstwie w Krakowie poznałam księdza Radka. Wiedziałam, że chcę pomagać w tym domu, a lekarzem można być wszędzie.

Eliza rozpoczęła staż na internie w koszalińskim szpitalu. W przyszłości chce być onkologiem. Mieszka w Domu Miłosierdzia. Jeszcze nie może wystawiać recept, ani dawać skierowań do specjalistów. Ale podpowiada mieszkańcom, czy np. rwący ból w nodze to może być coś poważnego. A jeśli tak, to do której przychodni się zgłosić. Przede wszystkim jednak organizuje życie domu.

W kaplicy przygotowuje ołtarz do wieczornej mszy świętej. Chwilę potem wysokiemu chłopakowi, który wrócił z pracy, wyznacza sprzątanie sali spotkań (obowiązuje zasada: ci, którzy pracują na zewnątrz, przynajmniej godzinę dziennie poświęcają także na pracę w domu, ci, którzy nie mają stałej posady, pracują w domu przez osiem godzin).

Za moment Eliza jest w drugim końcu budynku: nadzoruje porządki w kuchni. Bo przecież jutro ma być sanepid!

 

Nie ma drugiego takiego domu

Masywny gmach z czerwonej cegły przy alei Monte Cassino w centrum Koszalina zna chyba każdy mieszkaniec miasta. Z ogromnego banera wywieszonego na ścianie frontowej na kierowców i przechodniów spogląda Jezus Miłosierny. Budynek powstał pod koniec XIX wieku jako dom opieki dla starych, schorowanych ludzi. Podopiecznymi zajmowały się wówczas ewangelickie diakonisy.

Po wojnie dom służył m.in. jako szpital, biurowiec, przez pewien czas stał pusty. Od 2012 należy do stowarzyszenia Dom Miłosierdzia Bożego. – Nasz dom otwarty jest w dzień i w nocy na każdą ludzką sprawę – podkreśla ksiądz Radosław Siwiński, pomysłodawca i organizator Domu Miłosierdzia. – Bo każdy ma jakiś problem: i bogaty, i biedny. Chcemy wspólnie szukać rozwiązań.

Szukać lekarstwa na wszelkie problemy? Niektórzy uważali ten pomysł za szaleństwo. Trzeba wyznaczyć sobie specjalizację – przekonywali.

– A my chcieliśmy właśnie tak: mieć dom w centrum miasta, w którym dach nad głową – ten materialny i duchowy – znajdzie każdy. Nie ma drugiego takiego domu w Polsce – przekonuje ksiądz Siwiński i wylicza, kto może liczyć tu na pomoc: alkoholicy, narkomani, ludzie z problemami rodzinnymi i małżeńskimi, nieuleczalnie chorzy, kobiety z niechcianą ciążą, ludzie uzależnieni od hazardu, i tacy, którzy nie umieją dogadać się z szefem w pracy.

Przychodzi dużo osób głodnych i bezdomnych. O codziennie o godzinie 13 jest obiad – dwudaniowy, smaczny. Warunek jest jeden: trzeba być trzeźwym. – Robimy wyjątek tylko w czasie silnych mrozów. Poza tym panuje pełna abstynencja. To dla dobra tych, którzy są w domu i chcą wyjść na prostą. Widok podpitych mąciłby im w głowach.

Niektórym potrzebna jest porada, inni przychodzą się pomodlić. Są tacy, którzy muszą zostać tu na dłużej. Zawsze jest próba. Kandydat przychodzi przez trzy dni i sprawdza czy wytrzyma bez alkoholu czy narkotyków i czy podoła rygorom.

– Zakładamy, że nasz dom to miejsce przejściowe. Tu ludzie, którzy chcą uporządkować swoje życie, mogą na nowo nauczyć się żyć w grupie – oznajmia kapłan. – Ale jest część osób, które zostaną tu na zawsze. Upośledzeni, nie odnajdą się poza domem. Wezmą kredyty, wpadną w tarapaty. Nie chcemy wypychać ich do DPS-ów.

Ten dom to fenomen – podkreśla ksiądz Radosław. Bo nie jest związany z żadną instytucją. Przyznaje, że takie odcięcie pozwala utrzymać świeżość. – Wiele instytucji charytatywnych, nawet kościelnych, jest bardzo skostniałych.

A trzeba być przygotowanym na różne sprawy. Ot choćby sytuacja z ostatnich dni: starsza pani prosiła, by ktoś pomógł jej umyć bezwładnego męża. I pomoc będzie: dwóch chłopaków odwiedzi jej dom dwa razy w tygodniu.

– Ufamy Bogu w każdej sprawie – przyznaje ksiądz Radek. – Nasza placówka ma dwa serca: jedno to dom, drugie – to dzień i noc otwarta kaplica, w której cały czas można adorować Najświętszy Sakrament. Taka kaplica to ekstremalna rzadkość.

 

Koszalin polubił to miejsce fot. Marcin Betliński, Dom Miłosierdzia, 06.05.2016, Koszalin (12)

„Modlimy się tak, jakby wszystko wszystko zależało od Pana Boga, działamy tak, jakby wszystko zależało od nas” – ta maksyma świętego Ignacego przyświeca osobom skupionym wokół Domu Miłosierdzia Bożego.

Codziennie pracuje tu 20 wolontariuszy. A w gabinetach darmowych porad udziela 30 specjalistów: 11 psychologów, 2 psychiatrów, adwokaci, lekarze. – Absolwentka religioznawstwa prowadzi poradnię przeciw sektom.

Koszalin pokochał, zaakceptował Dom Miłosierdzia. Ludzie szukają tu otuchy. Ale też placówka ma sprzymierzeńców. – Dzięki wsparciu ludzi z zewnątrz prowadzimy kosztowne remonty i utrzymujemy dom – podkreśla kapłan. – Prawie nie kupujemy żywności do naszej jadłodajni. Wszystko przynoszą ludzie. Jedzenia jest dużo w świecie i w Koszalinie, tony żywności lądują w śmietnikach.

W domu jest 70 miejsc noclegowych. Połowa mieszkańców ma pracę, a praca to najlepszy sposób powrotu do społeczeństwa. – W Koszalinie jej nie brakuje. To prawda: czasami jest to praca na czarno i często za najniższą pensję w kraju.

Ci, którzy są chorzy, wydają zarobione pieniądze na leki. Ci, którzy mają długi, powinni je spłacać. Pozostali odkładają pieniądze na przyszłość i dokładają się do budżetu domu.
Stowarzyszenie prowadzi też gospodarstwo pod Świdwinem. – Dom jest na odludziu, trzy kilometry od najbliższej wsi. Tam kierujemy ludzi, którzy muszą się wyciszyć i nie mieć dostępu do złego: narkotyków, hazardu, alkoholu – przyznaje ksiądz Radek, dodając, że kłopoty starają się rozwiązywać wspólnie.

– Bezgranicznie ufamy Bogu. A jeśli mamy problem, modlimy się.

 

„Ksiądz ci kupił skarpety, a ty co dasz od siebie?”

Maria Souba dobiega osiemdziesiątki. Pewnie dlatego wszyscy mówią do niej babciu. – „Babciu, daj igłę”. „Babciu, czy wyschło już pranie”. Czasem mam już tego dość – mówi z uśmiechem.
Każdy pokój ma swojego patrona. Pokój babci Marii ma w opiece Matka Boska Nieustającej Pomocy. – Sama ją wybrałam.

W Domu Miłosierdzia mieszka od 2012 roku, była tu pierwszą lokatorką. W rodzinnym Krakowie życie stało się nie do zniesienia. – Najpierw umarł mąż, potem syn się powiesił. Ciężko bez mężczyzny w domu. Właścicielka kamienicy pozwalała sobie na coraz więcej. Kradła węgiel, uprzykrzała mi życie, jak mogła.

Rozmowa z księdzem Radkiem, który pracował wtedy w Krakowie, była krótka: spytał, czy pojedzie z nim do Koszalina, a ona zgodziła się bez zastanowienia.

– Jak kupię dom, to cię wezmę – powiedział. I po dwóch latach wziął mnie w tę ruinę.
Jedna łazienka z zimną wodą, ogrzewanie piecykiem elektrycznym, a wkoło plac budowy – tak było na początku. – W domu najpierw mieszkało 5 osób, potem 8, potem 12. Gotowałam dla nich obiady. Było mi przykro, gdy już nowi ludzie zabrali się za gotowanie.

Teraz pani Maria zajmuje się praniem. Pierze i suszy odzież dla całego domu. – Piorę wtedy, kiedy prąd jest tańszy. Po południu włączam pralkę na półtorej godziny. Wieczorem zaczynam przed 22. I budzę się co półtorej godziny – objaśnia. – Zegarek mam w głowie. Wyjmuję wyprane rzeczy i stawiam następne pranie. I tak do rana. Ksiądz pytał, czy nie chciałabym, żeby ktoś mnie zmienił, ale mnie to nie męczy.

Kiedy ubrania są już suche, woła właścicieli, żeby je odebrali. – Powtarzam kilka razy i jeśli się nie zgłaszają, chowam. Wtedy chodzą za mną i marudzą: „babciu, gdzie moje spodnie, przecież były jak nowe”. „Do Caritasu oddałam” – tak im mówię. Niech się nauczą!

Chłopcy z domu ją szanują, ale to przecież nie są anioły. – Ksiądz poszedł na głęboką wodę – babcia Maria nie ma wątpliwości. – Mieszkają po czterech, pięciu w pokojach. Niektórzy zimę przetrwają, a potem pokazują, co potrafią.

Zdarzało się: jeden czy drugi dostał pierwszą wypłatę. Uczcił to piwem, potem jeszcze jedno i jeszcze jedno …

Są twarde, męskie rozmowy. Są też kary wychowawcze.

– A ja ich pytam, jak chcą żyć. Pokazuję tych, co przychodzą z miasta po talerz zupy. Mają 50 albo 60 lat i twarz zniszczoną wódką. W życiu pracą się nie zmęczyli, bo kradli, siedzieli w więzieniu. Teraz śpią po piwnicach – opisuje. – Więc mówię: ksiądz ci kupił skarpety, koszulę, nowe spodnie, a ty co dasz z siebie? Jaką chcesz mieć przyszłość, jakie życie?
Są tacy – przyznaje pani Maria – którzy garną się do życia i wychodzą na prostą. Pracują nad sobą.

Ona to ceni, bo kult pracy wyniosła z domu. Książki czyta namiętnie, ale zawsze na pierwszym miejscu jest obowiązek. W czerwcu na kilka dni pojedzie do Krakowa. – Ale potem będę miała prania!

 

Szkoła życia na poddaszu

Doktor Eliza pokazuje dom od wnętrza. Na parterze łaźnia dla bezdomnych i małe pomieszczenie z kilkoma stolikami dla tych, o których mówiła babcia Maria. – Tu jedzą ci, którzy nie chcą się umyć i ogarnąć.

Wejście przy łaźni otwierane jest w porze obiadu. – W progu stoi pan z alkomatem. Nie ma litości. Nie przepuści pijanego – zaznacza Eliza.

Zawsze jest też ktoś, kto ma na oku cały parter (teraz dyżuruje Bronek). Niskie pomieszczenie w pobliżu to dawna kaplica, jej patronką była święta Faustyna. – Tu było kiedyś tabernakulum – Eliza pokazuje ciemny ślad na ścianie. Teraz w byłej kaplicy jest świetlica: w niedzielę ciasto, kawa, herbata. Ksiądz rozmawia z przyjaciółmi domu i z ludźmi, którzy szukają pomocy.
Pokoje spotkań i duża kaplica przy głównym wejściu, poświęcona dwa lata temu przez biskupa Edwarda Dajczaka. Przed wejściem cytat z Apokalipsy świętego Jana. W środku zawsze jest ktoś na modlitwie, w nocy przy Najświętszym Sakramencie czuwają mieszkańcy.

Kuchnia i jadłodajnia im. błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty to piętro pierwsze (stare, drewniane schody są w remoncie). Na drugim – pokoje mieszkalne: skrzydło żeńskie i pokoje dla mężczyzn. Obok łazienki, siłownia. – Meble i całe wyposażenie dostaliśmy od dobrych ludzi. Dostaliśmy tak dużo, że już nie mamy gdzie tego trzymać.

Jedno skrzydło zajmują poradnie. Tu przyjmują psychologowie, psychiatrzy, terapeuci, socjolodzy, prawnicy i pracownicy socjalni. Przychodzą ludzie, którzy są w depresji, mają kłopoty w pracy albo problemy w domu. – Kolega tym wszystkim zawiaduje. Pyta o problem, umawia na godziny.

Wdrapujemy się na piętro trzecie: pokój babci Marii, Francuza Oliviera, pokoje wolontariuszy i księży. Jest gabinet księgowej i magazyny. No i poddasze: tu jeszcze huk pracy.
Trzeba docieplić strop, zbudować ścianki działowe, zrobić podłogę i sanitariaty. Przy budowlance pracują więźniowie. – Od prawie czterech lat remontują nasz dom. Zrobili ogromną pracę. Czasami jednorazowo było ich nawet 20.

Na poddaszu będą mieszkać siostry zakonne, dla nich się zrobi małe celki. Będzie też szkoła życia dla ludzi młodych, którzy nie wiedzą, co ze sobą począć: nie dali rady skończyć szkoły, nie mają żadnej pracy.

fot. Marcin Betliński, Dom Miłosierdzia, 06.05.2016, Koszalin (22)

Kiedy wyje dusza

Damian jeszcze niedawno był w takim dołku. Teraz się leczy i wraca do ludzi. – Pokażę panu moją nogę – Damian zdejmuje spodnie dresowe. Do jego uda przymocowanych jest kilka prętów, a kolano przewiercone jest na wylot. – To aparat Ilizarowa. Tak mi lekarze wydłużają nogę.

Kiedy skończył cztery lata, miał wypadek. Jego chora noga rosła szybciej niż zdrowa, różnica przekroczyła 3 centymetry. – Lekarze powiedzieli, że po pięćdziesiątce groziłby mi wózek, bo kolana by się rozsypały. Aparat założyli mi 14 grudnia 2015 roku na 35 dni – Damian ma detaliczną pamięć do dat. – Przestawiałem go specjalnym kluczem – codziennie o 1 milimetr. Ból był nie wytrzymania.

Ale cóż ból fizyczny! Znaleźć lekarstwo, kiedy dusza wyje z bólu, to dopiero sztuka. Damian pochodzi ze Śląska, ma 25 lat, a bagaż przeżyć pięćdziesięciolatka. Brat wciągnął go w narkotyki.

– Miałem wtedy siedemnaście i pół roku. Chciałem zaszpanować, dorównać starszym.

Z początku była marihuana, potem amfetamina i mefedron. Trwało to cztery lata.

– W jakich stanach widzieli mnie rodzice! Raz tata wyrzucił mi rzeczy. Spałem na klatce schodowej. Ale pozwolili mi wrócić. Mieli dużo cierpliwości.

Dużo stracił: dziewczyna odeszła, praca się skończyła. – Pracowałem na kopalni. Cztery tysiące zarabiałem – państwowa praca, dodatki. Ale za dużo chodziłem na L-4, to mnie zwolnili.
Potem malował elewacje kopalni, kładł bruk i pracował przy torach tramwajowych w Olsztynie.

– Kradłem węgiel, chodziłem na złom. W bójki się wdawałem. Przerąbane było. Płakać mi się chce, kiedy o tym myślę.

Chciał ze sobą skończyć. – Ale coś mi podpowiadało, że mam iść do kościoła. Miałem plecak z pamiątkami: zdjęcie dziewczyny, poduszkę, którą mi podarowała. Była piąta rano, kościół był jeszcze zamknięty. Więc prosiłem Jana Pawła II, którego portret wisiał przed wejściem, żeby mi pomógł, jeśli patrzy na mnie z nieba. Kiedy rozpoczęła się msza rozpłakałem się, cały czas klęczałem przed ołtarzem.

Półtora miesiąca spędził w psychiatryku, potem trafił do Monaru. – Mama przyniosła mi różaniec. W Monarze zacząłem się modlić koronką do Miłosierdzia Bożego.
Chciał iść do ośrodka Chenaccolo, który pomaga uzależnionym. Znajoma zakonnica podpowiedziała mu jednak, żeby spróbował w Domu Miłosierdzia. – Zgłosiłem się w 13 sierpnia 2015 roku. Wytrzymałem trzy dni próby i jestem.

Czy myśli o narkotykach? – Nie! Wcale mnie nie ciągnie! Pan Jezus wszystko zabrał – mówi z przekonaniem. – Terapeuci mówią, że człowiek do końca życia jest uzależniony. A ja myślę, że skoro Pan Jezus leczył wszystkie choroby, to i mnie uzdrowił. Na zawsze.
Odnalazł się w Domu Miłosierdzia. Choć przyznaje: czasem jest ciężko. – Są ludzie po przejściach, różne charaktery. Nieraz nie idzie się dogadać.

Ma kontakt z rodzicami. Czeka go jeszcze jedna operacja. Potem – ma nadzieję – wróci do ludzi, znajdzie pracę.

fot. Marcin Betliński, Dom Miłosierdzia,  06.05.2016, Koszalin (9)Ksiądz Radosław cieszy się z każdego sukcesu. – Wszystko co Boże, piękne, dobre i ludzkie powinno znaleźć miejsce w tym domu – mówi. – Moim marzeniem jest, by dom tętnił życiem. I nie brakuje nam dalszych planów.

Stowarzyszenie chce założyć piekarnię. Chleb Bożego Miłosierdzia – to byłby rarytas. Może powstanie też dobra restauracja. W planach jest także dom dla staruszków – podobny w duchu do Domu Miłosierdzia.