Najszczęśliwsi czują się mieszkańcy Kolumbii, Ekwadoru i Kostaryki. Polska jest na 71. miejscu – czyli pośrodku rankingu szczęśliwości. Najmniej szczęśliwe jest zaś społeczeństwo Kataru – mówi Maciej Bennewicz, menedżer, trener, coach, socjolog ze specjalizacją z psychologii. I dodaje: – Ludzie zamożni, najedzeni i obłożeni gadżetami wcale nie są najszczęśliwsi.

 

– Jak żyć, aby być szczęśliwym?

– Od wieków głowią się nad tym filozofowie. Natomiast współcześni uczeni opracowali specjalny wzór szczęścia, HPI – Happy Planet Index (Wskaźnik Szczęśliwej Planety), i używa się go do badania szczęśliwości ludzi na całym świecie. Szczęście – zdaniem dzisiejszych badaczy – zależy od następujących czynników: dobrostanu człowieka (jak jest duży, czy zatrzymuje się na poziomie podstawowych potrzeb, czy prowadzi do samospełnienia), prognozowanego wieku przeżycia oraz czynnika ekologicznego (jak bardzo grupa, w której żyjemy, zużywa planetę, eksploatuje wodę i inne zasoby przyrodnicze). Aby uzyskać Happy Planet Index, dwa pierwsze elementy mnoży się, a potem wynik dzieli przez czynnik ekologiczny.

 

– Szczęście według wzoru matematycznego?

– Tak, jest to wzór światowego indeksu szczęścia. I proszę sobie wyobrazić, że pod tym względem pierwsze miejsca zajmują (są to najnowsze badania, z 2012 r.) takie państwa jak Kolumbia, Ekwador i Kostaryka, trochę dalej jest Kuba – czyli kraje powszechnie uważane w demokratycznym świecie za fatalne do życia. Polska jest na 71. miejscu, czyli pośrodku listy szczęśliwości, a najmniej szczęśliwe jest społeczeństwo Kataru – mimo że w tym kraju jest największy współczynnik milionerów i szeroko rozwinięty socjal, bo każdy może tam mieć domek za półdarmo, nie płaci się za opiekę medyczną i edukację, można też zgłosić życzenie załatwienia opiekunki do dzieci, oczywiście na koszt państwa.

 

– Czyli pieniądze szczęścia nie dają, jak mówi stare przysłowie?

– Coś w tym jest, w konsekwencji mamy nihilizm, tak charakterystyczny dla współczesnej cywilizacji, czyli brak poczucia sensu. Okazuje się, że ludzie zamożni, najedzeni i obłożeni gadżetami wcale nie są szczęśliwsi. Bo jak mówi prof. Tal Ben-Shahar z Uniwersytetu Harvarda, to poczucie radości istnienia daje nam umiejętność cieszenia się życiem tu i teraz, powiązaną z pewnością, że jutro, pojutrze i za miesiąc będzie podobnie, czyli będziemy umieli sobie w przyszłości tak zbudować życie, otoczenie, aby dostarczały nam przyjemności, wzmocnień i pochwał.

 

Odkop swój talent

– I to wszystko?

– Inny uczony, Mihály Csíkszentmihályi, wieloletni profesor Uniwersytetu w Chicago, odkrył kolejne prawo szczęścia zwane przepływem, czyli flow.

 

– Czym jest „przepływ”?

– Flow to stan „płynięcia”, o takie poczucie chodzi. Jednak nie wynika on z zaspokajania przyjemności biologicznych: najedzenia, zdrowego snu, udanego seksu, różnego typu rozkoszy narkotycznych czy alkoholowych, ale jest stanem, w którym człowiek – dzięki swojej aktywności – czuje się spełniony, zaspokojony, kompetentny, a dzięki wysokim kompetencjom jest gotów robić rzeczy coraz bardziej skomplikowane. Jest to również stan dużej koncentracji, któremu towarzyszy odczucie, że czas zwolnił i jednocześnie się wydłużył.

 

– Znam to na przykład ze wspinaczek górskich.

– Albo możesz przetańczyć całą noc i nie masz poczucia upływu czasu, a jednocześnie tancerze mówią, że pamiętają, jak wykonywali każdą figurę. Stan flow osiągamy za pomocą rozwiniętych umiejętności, które można uzyskać w takich zawodach jak: modelarz, pisarz, artysta, informatyk, kolarz itd.

 

– A przy kopaniu kartofli da się go osiągnąć?

– Także przy obsiewaniu własnego pola. Chodzi o taką czynność, która nas całkowicie pochłania, a ocena i kryteria innych ludzi są nieistotne. Mamy teraz w telewizji różne konkursy na talenty: „X Factor”, „Must Be The Music”, „Idol”, w których bardzo dobrze widać, jak ich uczestnicy, posiadacze talentów, przeżywają flow.

 

– Widać to po ich twarzy i ruchach na scenie. Czysta radość.

– Chociaż jurorzy często zbyt surowo oceniają, są aroganccy albo po prostu niekompetentni… No trudno. Ale dla mnie udział w takim konkursie to test na flow.

 

– ???

– Jeśli ktoś z uczestników rzeczywiście osiąga stan przepływu, grając czy śpiewając, to mimo negatywnej oceny jury nadal będzie robił swoje.

 

– A jeśli ktoś przegra konkurs, będzie tak zrozpaczony, że nie wróci na scenę?

– To dla mnie oznacza, że nie miał flow. Bo jest to tak silne przeżycie, że żaden juror, dziennikarz czy krytyk nie będzie w stanie sprawić, abyśmy zrezygnowali z czynności, która daje nam takiego kopa. Flow jest częścią naszego jestestwa, czymś niesłychanie ważnym, związanym z talentem.

 

– Jedna z recept na szczęście brzmi: odkop swój talent?

– Poszukaj działania, do którego masz zdolności, które sprawia ci przyjemność i dodatkowo daje poczucie sensu, a więc będzie nie tylko miłe, ale i warte zaangażowania. Znajdziesz w ten sposób patent na szczęście.

 

– Droga do tego może być daleka. Chyba najpierw trzeba dobrze poznać siebie…

– To zależy od środowiska wychowawczego. Jeśli mamy wspierające otoczenie – rodziców, nauczycieli, szkoły, rówieśników, to wtedy droga będzie krótsza. Bo po prostu zawsze jesteśmy sobą.

 

– A jaki wpływ ma genetyka?

– Wiele badań wskazuje, że genetyka nie determinuje naszego postępowania. Geny mogą tylko nadawać pewien kierunek. Ale i tak jest on modyfikowany przez składniki życia.

 

– Jeśli więc praca sprawia mi radość i jeszcze do tego umiem się nagrodzić, to znalazłam szczęście? Kiedy np. napiszę dobry artykuł i w ramach gratyfikacji kupię sobie kwiaty, które też uwielbiam, to jestem w dobrym miejscu?

– Tak. Albo kiedy ma pani umiejętność zorganizowania sobie takiego środowiska, które odpowiednio doceni pani pracę i ją wynagrodzi.

 

– Na przykład?

– Ma pani partnera, który kupi jakiś miły drobiazg… Współcześni uczeni dodają jeszcze czynnik lingwistyczny – w zależności od tego, jakich używamy słów, jesteśmy bardziej lub mniej szczęśliwi.

 

– Mamy do siebie czule mówić?

– To też. Natomiast stwierdzono i udowodniono, że ludzie bardzo często, mówiąc nawet o przyjemnościach, używają takich zwrotów jak: powinnam, muszę, dopiero w dalszej kolejności powiedzą: wybieram, pod koniec: chcę i na samym końcu: bardzo chcę.

 

– Chcę, a nie muszę. Zastanawiam się, czy to jest typowe dla naszego języka…

– To jest powszechne dla całej kultury Zachodu, która uczy nas obowiązku, powinności. Kultura chrześcijańska, zarówno protestancka, jak i katolicka, mówi: powinieneś, zmobilizuj się. Nawet gdy rozmawiamy o sprawach pięknych, np. o miłości, też używamy zwrotów: powinienem, muszę. Badania współczesnych neuropsychologów wykazały, że te słowa zajmują 80 procent naszej uwagi, podczas gdy „bardzo chcę” tylko 2 procent. Ludzie z kultur mniej zaawansowanych cywilizacyjnie, doświadczających więcej szczęścia niż my, najczęściej używają innych słów, takich jak: bardzo chcę, mogę, wybieram, a prawie nie słyszymy: muszę i powinienem.

 

– To by się zgadzało. Znam pewną Indiankę z Ekwadoru, żonę mojego kolegi podróżnika, która rzeczywiście nigdy niczego nie musi i odznacza się ogromną radością życia. Żyje dniem dzisiejszym. Opowiadała mi, że Indianie z Ekwadoru, chociaż biedniejsi od innych, dzięki tej filozofii życia są szczęśliwsi od pozostałych (i bogatszych) mieszkańców jej kraju.

– To tak jak w tej anegdocie: Bogaty yuppie pojechał na weekend nad Zatokę Meksykańską. Siedzi sobie na plaży z komputerem, popija drinka i patrzy na tubylca. A ten wsiada rano do łódki i za dwie godziny wraca z jednym tuńczykiem. Nasz Europejczyk zaczepia go wieczorem i mówi: – Słuchaj, widziałem, jak pracujesz dwie godziny dziennie. Może byś tak dłużej połowił, to miałbyś więcej ryb. – I co wtedy? – odpowiada pytaniem biedak. – Wtedy miałbyś nadwyżkę, którą mógłbyś sprzedać. – I co dalej? – pyta. – No wiesz, sprzedałbyś tę nadwyżkę raz, drugi, trzeci, czwarty, to potem mógłbyś zainwestować w drugą łódź. – I co wtedy? – Co?! Wtedy mógłbyś się porozumieć z bankiem, który dałby ci w leasing kolejną łódź, dzięki czemu mógłbyś łowić więcej ryb i więcej byś zarobił. – I co wtedy? – Miałbyś pięć razy więcej tuńczyków dziennie. Sprzedałbyś je na rynku hurtowym, kupiłbyś sobie kuter i mógłbyś łowić na dużą skalę, zarzucając sieci. – I co wtedy? – Jak to, co?! Zostałbyś biznesmenem! – I co wtedy? – pyta dalej Meksykanin. – No wiesz, jakbyś przez wiele miesięcy czy lat pracował, spłaciłbyś te kutry, to w końcu mógłbyś siedzieć na plaży, pić drinka i dobrze się bawić, tak jak ja. A Meksykanin na to: – A co ja w tej chwili robię?

 

– Świetna ilustracja tego, o czym rozmawiamy.

– To jest świat Peruwiańczyka, Ekwadorczyka, mieszkańca Bhutanu, innych krajów – tych najbiedniejszych na świecie.

 

Podziel się radością

– Panuje tam filozofia życia „tu i teraz”. Indianie nie znają odroczonej gratyfikacji. Moja znajoma mówi o sobie, że „płynie z rzeką”, chyba zgodnie z filozofią Tao… A w Polsce jej się nie podoba. Mówi, że ludzie są smutni, zwłaszcza w autobusach. W Ekwadorze dużo gadają, śmieją się, tańczą na ulicy, szczególnie na dachach samochodów.

– Ja też poznałem Boliwijczyków i Ekwadorczyków, którzy ciężko pracują w kopalniach lub przemyśle zbudowanym przez koncerny zachodnie, ale potem biorą całą wypłatę, jadą do rodzinnej wioski i wydają wszystko na dobry samochód i fiestę. Wyobraża pani sobie, że po roku ciężkiej pracy wydają wszystkie pieniądze na balangę? Przy czym na ich koszt bawi się cała wioska, świętują wszyscy znajomi.

 

– Ci ludzie dzielą się swoją radością z innymi. O tym zresztą pisze pan w książce, że współdziałanie, dobre relacje z innymi, umiejętność dzielenia się to kolejny patent na szczęście. Ciekawa jestem, co się dzieje, kiedy tego nie potrafimy.

– To postawa charakterystyczna dla narcyza. Cała nasza współczesna kultura jest narcystyczna. Ponieważ większość ludzi mówi i myśli tak: oni mnie nie rozumieją, ona mnie nie kocha, szef jest nieumiejętny, to jest zła firma, czyli inaczej: dajcie mi! Wieczny głód i niespełnienie narcyza polegają na tym, że on wyrusza w świat z następującym apelem: pokochajcie mnie, zrozumcie mnie, dajcie; on mnie nie docenia, ona mnie nie lubi.

 

– Taki partner narcyz będzie pewnie ciągle pytał: „Kochasz mnie?”.

– Oczywiście. Będzie wymagał dowodu miłości. Narcyz nigdy nie będzie zaspokojony. Ponieważ jest w gruncie rzeczy w środku… niesłychanie niepewny siebie. Jedyną jego metodą na budowanie pewności siebie jest rozdęte ego: jestem wielki i nikt mnie nie rozumie.

 

– Znam takie osoby.

– Nieszczęście polega na tym, że gdy taki narcyz zostanie wojewodą, wójtem, celebrytą, to chociaż dostanie duże ilości wzmocnień, pochlebstw, pieniędzy, zainteresowania czy uwielbienia, to one i tak nie uczynią go pewniejszym.

 

– Nie wypełnią jego pustki…

– Dlatego że narcyz zamiast serca ma…

 

– …kamień?

– Czarną dziurę, która przyciąga wszystkie sygnały miłości i zaspokojenia. Im bardziej mówi: dajcie mi, zrozumcie mnie, zróbcie lepszą Polskę, lepszą firmę, lepszy świat, tym mniej czuje się zaspokojony, a bardziej głodny. To jak z jedzeniem hamburgerów w McDonaldzie – im więcej ich zjesz, tym bardziej jesteś głodny. Narcyz jest wiecznie niezaspokojony, ale cała nasza kultura jest narcystyczna i mówi: musisz używać takich kosmetyków, jeździć takim samochodem, konsumować to jedzenie, kupić sobie taki apartament lub dom, tylko wtedy staniesz się podobny do najpiękniejszych i najsławniejszych. Musisz też zrobić sobie face lifting, bo musisz być wiecznie młody.

 

– Ja nie!

– To jest droga, którą lansują media mainstreamowe, pogłębiając narcyzm w kulturze Zachodu. Ooo, masz kiepskie ciuchy, powinieneś mieć takie, musisz robić tamto, powinieneś pracować w takiej oto prestiżowej firmie. Wartości zewnętrzne mają decydować o wartości człowieka, co reguluje wieczny głód. Im jesteś bogatszy, mądrzejszy, młodszy, szybszy, sprawniejszy, masz droższy samochód, atrakcyjniejszego męża, ładniejszą żonę, tym jesteś lepszy i powinieneś być szczęśliwszy.

 

– A tymczasem: Nie porównuj się z innymi, o czym mówi bodajże „Dezyderata”.

– Porównywanie się z innymi jest częścią kultury narcystycznej. Narcyz lękowo czy też nawykowo tylko na chwilę jest zaspokojony, dopóki nie zauważy, że ktoś ma większą plazmę od niego.
Co ja mogę dać

 

– A jak się zachowuje przeciwieństwo narcyza?

– Takiego człowieka nazywam homo consonum, czyli człowiekiem harmonijnym. To ktoś, kto mówi i pyta: co ja mogę dać i wnieść w życie innych, w jaki sposób mogę przyczynić się do wspólnego dobra, dobra rodziny, otoczenia?

 

– Chodzi też o dobro państwa?

– Jak najbardziej. Polacy zresztą mają niesłychanie niski czynnik odpowiedzialności społecznej i zaangażowania. Jedynie ok. 10 procent osób interesują sprawy społeczne czy wspólne dobro, podczas gdy w Norwegii, Danii, Szwecji czy Finlandii takich społeczników jest 65-85 procent.

 

– No proszę, a mówi się, że są to narody depresyjne, niekontaktowe…

– Ale jak ci „depresyjni” potrafią zadbać o swoje miasteczko, rzekę, zatańczyć w zespole folklorystycznym albo zebrać pieniądze w swojej gminie wyznaniowej na cel społeczny! W Polsce występuje zjawisko zwane nieetycznym familiaryzmem, co polega na tym, że z lęku przed władzą, której nie ufamy, zresztą historycznie, zamykamy się w małych społecznościach – rodzinie i wąskim kręgu przyjaciół.

 

– A nasz wybujały indywidualizm?

– To też. Dlatego łatwiej nam zaufać niekompetentnemu szwagrowi niż bardzo kompetentnemu obcemu, który przecież może być lepszym pracownikiem administracji, firmy, korporacji. Ale my ciągle popieramy swoje małe kręgi środowiskowe, bo nie ufamy światu. I mamy niewielkie poczucie współodpowiedzialności i współaktywności, a także zero umiejętności brania odpowiedzialności we własne ręce. To przekłada się na słabą jakość samorządów. Bo idą tam nie najaktywniejsi i najmądrzejsi, lecz frustraci – jacyś niedorobieni politycy, ideolodzy, z minimum kompetencji. Ponieważ najkompetentniejsi ludzie zajmują się tym, co im wychodzi. Robią własny biznes, kariery. A frustraci najczęściej idą do polityki, bo tam trzeba być tylko posłusznym.

 

– Jaki jest więc homo consonum, do którego dążymy, aby cieszyć się życiem?

– To człowiek samoświadomy, odpowiedzialny za siebie i aktywny, potrafiący brać ster w swoje ręce. Homo consonum zadaje sobie pytanie o to, co może zrobić, aby być szczęśliwszy, i wie, że sam musi sobie na nie odpowiedzieć. Jeśli narcyz oczekiwał, że inni go zawiozą na „wyspy szczęśliwe”, to ten drugi umie to zrobić sam. Narcyz powie: miałem szczęście, spotkał mnie szczęśliwy traf albo odwrotnie: nieszczęśliwy los. Samoświadomy wie, że najwięcej zależy od niego. Sprawdzi więc, co może zrobić, aby poznać swoje szczęście.

 

– Powiedzmy, że jestem poszukiwaczką szczęścia. Jakie mam postawić sobie pytanie?

– Co potrzebuję myśleć, co potrzebuję wiedzieć, w co potrzebuję wierzyć – na swój temat, na temat świata – by móc się czuć tak, jak chcę się czuć?

 

– Wielu z nas wybiera się do cieplejszych krajów. Tymczasem na wyspy szczęśliwe można dotrzeć, nie ruszając się z miejsca…

– Ludzie odkładają cały rok na wakacje, a potem planują wyjazd do Afryki, Ameryki Południowej, na Mazury czy też mniej lub bardziej egzotyczne wyspy, a potem jest all inclusive, drinki i leżakowanie.

 

– To nie jest szczęście?

– Jeśli nie żyjesz zgodnie z radością tu i teraz i przewidywaniem, że tak będzie jutro, jeśli nie osiągasz stanu flow i nie wykorzystujesz swojego talentu, to tracisz życie.

 

– Zakończenie pesymistyczne, ale mądre i – co najważniejsze – skłaniające do przemyśleń.

– Moim zdaniem, optymistyczne, bo dające nadzieję na zmianę.

 

Rozmowa została przeprowadzona dla tygodnika „Przegląd”
Autor: Barbara Jagas, „Przegląd”