To najstarsza z zaledwie kilku szkół średnich kształcących w Polsce marynarzy. Jedyna posiadająca własny statek szkolny. Chluba Darłowa, której kompania honorowa jest ozdobą najważniejszych uroczystości publicznych w mieście i powiecie sławieńskim. Ale Zespół Szkół Morskich to przede wszystkim szkoła z charakterem, którą z przekonaniem wybiera młodzież z całego Pomorza.

Niedawny Dzień Otwarty pokazał po raz kolejny, że Zespół Szkół Morskich w Darłowie – mimo ogólnego głębokiego niżu demograficznego – na brak chętnych do nauki nie narzeka i narzekał nie będzie. Pierwszego dnia wiosny przyjechali z rodzicami gimnazjaliści z różnych miejscowości pomorskich, ale również z odleglejszych stron. Mogli z bliska przyjrzeć się szkole, która choć kameralna (obecnie uczy się w niej ok. 340 osób) ma dużo do zaoferowania.

Wbrew stereotypowi, w ZSM kształcą się nie tylko chłopcy. Męskie są klasy technikum o profilu mechanicznym. Pozostałe (nawigacja, logistyka, hotelarstwo) to już pełne równouprawnienie i różne proporcje płci w klasach – zależnie od specjalności.

Kiedy pytamy pierwszoklasistów – przyszłych nawigatorów i mechaników, co spowodowało, że wybrali właśnie darłowskie technikum morskie, bez wahania odpowiadają: perspektywy. Rzeczywiście, niewiele jest dzisiaj zawodów, w których nie ma bezrobocia. A absolwenci ZSM bez trudu znajdują pracę zaraz po ukończeniu szkoły (jeśli nie idą na studia), lub po studiach. Ba, będąc pełnoletnimi, pracować mogą już w trakcie nauki. Chętnie przyjmowani są statki na płatne praktyki. Łączą – za specjalną zgodą dyrekcji – przyjemne z pożytecznym, bo pływając od czerwca do września zarabiają na swoje potrzeby, ucząc się jednocześnie zawodu w realnych warunkach.

Darłowianie są przyzwyczajeni do widoku młodzieży w granatowych, marynarskich mundurach. Dla przyjezdnych to atrakcja. – Dawniej było to jeszcze bardziej spektakularne – mówi Bogdan Balcerzak, wicedyrektor szkoły. – Rano młodzież wychodziła z internatu i szła na lekcje ulicami miasta w zwartym szyku. Obecnie musztra dotyczy tylko nowych uczniów i to przez zaledwie kilka pierwszych tygodni. Potem już każdy wie, jak powinien się zachowywać, jak dbać o mundur. Trzeba przyznać, że widok naszych uczniów w mundurach robi wrażenie. Przekonujemy się o tym także podczas wyjazdów zagranicznych. Kiedy byliśmy na przykład w Anglii, nasza grupa robiła furorę, wszyscy się za nami oglądali, zaczepiali.

 

ZSM w Darłowie był kiedyś szkołą resortową, podlegającą Ministerstwu Transportu i Gospodarki Morskiej. Od czasu reformy administracyjnej jej organem prowadzącym jest starostwo powiatowe w Sławnie. Chociaż szkoła podlega starostwu, wspierana jest przez samorząd darłowski. To zrozumiałe w mieście, które odbudowuje swój morski charakter i jako morskie się promuje (w ub. roku oddano do użytku nowoczesną marinę, dzięki współpracy z Urzędem Morskim rozbudowuje się port rybacki).

Morski charakter Darłowa podkreśla również działająca w nim szkoła morska. Chcąc propagować wiedzę o żeglarstwie, oceanografii, faunie i florze akwenów morskich samorząd zainicjował
Miejską Olimpiadę Wiedzy pod nazwą „Paszport na Pogorię”. Mogli w niej uczestniczyć uczniowie darłowskich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych oraz uczniowie mieszkający w Darłowie a uczący się poza Darłowem. Nagroda była niebagatelna: udział w rejsie wielkim żaglowcem po Morzu Śródziemnym dla dziewięciu zwycięzców Olimpiady (dziesiątym miejscem, na zasadzie „dzikiej karty”, mógł zadysponować patron wydarzenia – burmistrz Darłowa).

Tak więc łącznie dziesiątka darłowskich uczniów stała się uczestnikami rejsu szkoleniowego żaglowcem „Pogoria”, który odbył się od 28 lutego do 9 marca br., a zorganizowany został we współpracy z koszalińskim klubem jachtowym Tramp. Uczestnicy dotarli najpierw do Genui, a później – już na pokładzie statku – odwiedzili kilka portów, w tym Saint Tropez i Niceę. Jak wspominają wyprawę? – Super! Mieliśmy okazję zobaczyć, jak to jest na prawdziwym żaglowcu. Pełniliśmy wachty, ćwiczyliśmy określanie pozycji statku, pracowaliśmy przy żaglach – słyszymy w odpowiedzi.

Na co dzień uczniowie Zespołu Szkół Morskich również praktycznie uczą się obowiązków marynarza, bo szkoła ma swój statek ćwiczeniowy „Franek Zubrzycki”. Jako jedyna w Polsce! Przy szkole działa również klub żeglarski „Goliat”, gdzie młodzież może zasmakować pływania.

Dyrektor Magdalena Miszke, z wykształcenia historyk, mówi: – Staramy się przygotować młodzież do pracy jak najlepiej. Wiemy, że nasi absolwenci mają u pracodawców dobrą opinię. Wciąż szukamy możliwości rozszerzenia oferty edukacyjnej. I w ramach takich starań przyszłoroczna klasa o specjalności nawigacyjnej będzie prowadzona w oparciu o współpracę ze Strażą Graniczną. Co to oznacza? Kto ukończy tę klasę, nie będzie miał oczywiście od razu miejsca w SG, ale z pewnością łatwiej mu będzie odbyć kwalifikację do służby. To niezwykle ważne w czasach, gdy trudno o pracę. Straż Graniczna zaś potrzebuje specjalistów, toteż chętnie przystała na propozycję współpracy.

Absolwenci szkoły w większości pracują na morzu – pływają po całym świecie, pod wieloma banderami. Niektórzy jednak poszli zawodowo w innym kierunku (opinie dwóch z nich – Stanisława Gawłowskiego i Cezarego Łazarewicza – zamieszczamy obok). Niezależnie, jakie zawód wykonują, czują związek ze szkołą i Darłowem. – Nie jesteśmy w stanie śledzić losów wszystkich naszych uczniów, ale oni sami często podtrzymują kontakt z nami – mówi Bogdan Balcerzak. – To świadczy o tym, że lata, które tutaj spędzili były dla nich ważne.

 

IMG_8061

 

Stanisław Gawłowski

Jestem absolwentem z rocznika 1989. Mieszkałem w internacie, bo pochodzę z Brzegu na Opolszczyźnie. Wyjście do szkoły to wtedy był właściwie przemarsz. W szkole sprawdzano kompletność munduru i to, czy uczeń ma przepisowy grzebyk oraz lusterko, bo obowiązywał „schludny wygląd”. Klasę miałem fantastyczną, zgraną. To była prawdziwa męska solidarność, w każdym znaczeniu. Dla mnie tamten czas był ważny jeszcze z jednego powodu. Wraz z kilkoma kolegami z Darłowa, m.in. braćmi Klimowiczami, Czarkiem Łazarewiczem, Przemkiem Gosiewskim, działaliśmy w podziemnej organizacji Wolność i Pokój. Poza tym, że była ona antykomunistyczna, miała charakter anarchistyczno-pacyfistyczny. Toteż kiedy pojawiły się plany budowania w Polsce elektrowni atomowych (m.in. w Żarnowcu, w Klempiczu pod Piłą, ale i w Darłowie), protestowaliśmy przeciw temu. Wtedy właśnie poważniej zainteresowałem się alternatywnymi źródłami energii, zwłaszcza energią wiatrową. Rozwijałem później te zainteresowania, co doprowadziło do tego, że od lat pracuję w Ministerstwie Środowiska. Na morzu pracowałem krótko, nieco ponad rok. Zaczynałem od najniższego stanowiska, jak każdy. Morze kształtuje charakter. Tam nie ma, że się źle czuję, że mam gorszy dzień. Jest praca i trzeba ją wykonać niezależnie od wszystkiego. To szkoła dyscypliny i odporności, która procentuje w całym życiu.

 

  • Wiceminister środowiska, poseł na Sejm, szef Platformy Obywatelskiej w województwie zachodniopomorskim. Mieszka z rodziną w Koszalinie.

Cezary Łazarewicz

Szkoła Morska to było okno na świat. To nic, że wychodziło ono tylko na NRD i Związek Radziecki, bo strach było wypuścić uczniów w rejs na Zachód (mogli przecież uciec). Ale zawsze to było okno. Egzotyczne rejsy, dzikie morza i oceany, odległe porty – to nas przyciągnęło do tej szkoły. A potem było zderzenie z rzeczywistością, gdy okazało się, że nasza przyszłość to patroszenie dorszy na kutrach, które snują się po Bałtyku, kilkadziesiąt mil od polskiego brzegu.
Przyjeżdżali tam chłopcy z całej Polski zrealizować swoje marzenia. Opowiadali o swoich miastach, interesujących ludziach, wydarzeniach, nowych zespołach rockowych, a nawet przywozili ich nagrania na kasetach. Każda piosenka była wtedy manifestem, więc się buntowaliśmy i w szkole buzowało.
Poznałem tam ludzi na których zawsze mogłem liczyć. Konspirowaliśmy, knuliśmy i mieliśmy absolutne zaufanie do siebie. I te więzy trwają do dziś.

Wszystko co fajne, działo się, niestety, poza szkołą. W internacie i na stancjach moich kolegów. Piliśmy tam wino, słuchaliśmy Jacka Kaczmarskiego i rozmawialiśmy o książkach, których nie było w programach lektur szkolnych, bo były zakazane. Lekcje traktowaliśmy jako konieczny obowiązek, kontrybucję, dzięki której mogliśmy się zajmować tym, co nas naprawdę interesowało. Jestem wdzięczny nauczycielom, że mimo całkowitego braku zainteresowania z mojej strony budową śledzia, wilka (do rozdrabniania dorsza) i fileciarki Baader ileś tam, pozwolili mi tam przetrwać aż do końca. Może wiedzieli, że do pracy na morzu się w ogóle nie nadaję? Ja się tego dowiedziałem później, również dzięki kilku rejsom odbytym na szkolnym statku Franek Zubrzycki.

Pamiętam, że chciałem, żeby moje teksty podobały się naszej polonistce Krystynie Kontowskiej. Nawet się do tych wypracowań wyjątkowo przykładałem, ale nie wiem, czy miało to jakiś wpływ na to, że stałem się reporterem. Bo co innego pisać, że Mickiewicz wielkim poetą był, a co innego, grzebać w ludzkich życiorysach. A to, że nie zostałem sportową lebiegą zawdzięczam Zbigniewowi Heweltowi i Wacławowi Kobylińskiemu, którzy uczyli nas WF-u i zarazili mnie miłością do sportu. Dzięki nim przez wiele lat ogrywałem swoje dzieci w siatkówkę, koszykówkę i piłkę nożną.

 

  • Reporter. Obecnie pracuje w tygodniku „Wprost” (wcześniej m.in. „Polityka”, „Newsweek”). Pochodzi z Darłowa, mieszka w Warszawie.