Klienci i kooperanci pytani, jakie mają pierwsze skojarzenia z Przedsiębiorstwem Budowlanym KUNCER, zgodnie odpowiadają: jakość, uczciwość, zaufanie. To wartości, jakim firma jest wierna od samego początku. Jej obecna pozycja to efekt ciężkiej pracy założyciela, którego nazwisko ma w nazwie, ale i skupionego wokół niego zespołu kompetentnych i zaangażowanych współpracowników.

Gdyby Krzysztof Kuncer chciał kontynuować rodzinną tradycję, zostałby piekarzem. Wybrał jednak inaczej. Najpierw zasadniczą szkołę budowlaną w Kętrzynie, później trzyletnie technikum budowlane w Olsztynie, w końcu koszalińską Wyższą Szkołę Inżynierską. Pracował na WSI jako asystent i adiunkt. W 1983 roku obronił na Politechnice Gdańskiej doktorat dotyczący właściwości kruszyw lekkich, keramzytowych i elementów konstrukcyjnych wykonywanych z tego betonu. Temat nie teoretyczny, ale z konkretnym odniesieniem do praktyki. Wiedzę stale poszerzał, choćby przy okazji wykonywania wielu ekspertyz budowlanych wykonywanych przez uczelnię pod okiem doświadczonych profesorów. I jak się niebawem okaże – wiedza ta była pomocna w działalności już na własny rachunek.

Kariera naukowa wydawała się stać otworem przed młodym doktorem, ale przyszedł rok 1986 i decyzja, żeby odejść z uczelni. – Lubiłem tę pracę – wspomina Krzysztof Kuncer. – Uczyliśmy studentów zrozumienia budownictwa. Kto się przykładał, nie miał kłopotów. Lekko, przyznam, nie było, bo za darmo stopni nie dawaliśmy.

Wioletta Stelmach, obecnie dyrektor generalny w PB KUNCER, od lat prawa ręka prezesa, współzarządzająca przedsiębiorstwem, wspomina: – Ja wtedy byłam na trzecim roku studiów. Nie miałam zajęć z szefem. Ale chociaż odszedł, pozostała opinia, że był wymagający ale bardzo sprawiedliwy.

 

Pierwszy test z odwagi

W połowie lat osiemdziesiątych podziękować za etat, odejść z pewnej posady i zakładać własny biznes było kwestią olbrzymiej odwagi. Oznaczało na dokładkę rezygnację z prestiżu, bo żeby otworzyć zakład budowlany, Krzysztof Kuncer musiał schować do szuflady dyplomy i wystarać się w Cechu Rzemiosł Różnych o papiery rzemieślnicze, bo tylko one w ówczesnych warunkach prawnych pozwalały na prowadzenie prywatnej firmy.
Skąd więc ta zmiana w życiu? – Nie podejmuje się takich decyzji z dnia na dzień, to oczywiste. Wszystko przemyślałem i zaplanowałem – wspomina pan Krzysztof. – W tym czasie kupiłem dom, który trzeba było samemu wykończyć. Na to pieniędzy było potrzeba dużo więcej niż mogła zapewnić uczelnia pracownikowi naukowemu. Z pieniędzmi zresztą zawsze było marnie i także dzisiaj, wiem o tym, koledzy, którzy pozostali na uczelni, muszą dorabiać, żeby żyć na jakimś poziomie. Ja zdecydowałem się odejść i nie żałuję.

Trudno się dziwić. Przedsiębiorstwo Budowlane KUNCER wyrosło na sprawną firmę, o wyrobionej pozycji na rynku, z liczną rzeszą zadowolonych klientów. Ale chyba tylko jego założyciel wie, jak ciężką pracą okupiony jest ten sukces.

 

Na starcie

Opowieść o początkach firmy czytelników niepamiętających realiów PRL-u może zadziwiać. Było trochę jak w scenie z „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta, gdzie trzej bohaterowie stojąc na pustym polu, wygłaszają słynną kwestię: „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. Zbudujemy fabrykę!”. Z tym, że Krzysztof Kuncer był bez kapitału i na dokładkę sam.

Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale wszystko zaczęło się od osobowej skody, do której własnymi rękoma dorobił małą przyczepkę. – Kupiłem betoniarkę i łopatę, zatrudniłem pracownika i znalazłem pierwsze zlecenie na remont niewielkiego budynku w jednostce wojskowej – wspomina.

Kolejne prace to m.in. ocieplanie budynków. O nowoczesnych metalowych rusztowaniach modułowych nikt wtedy nie marzył. – Trzeba było pojechać do lasu po żerdzie sosnowe, czy świerkowe, oskórować je, przygotować linki łączące. Toteż jeździłem, skórowałem, wiązałem. Na rusztowaniach nie pracowałem, choć umiałem samodzielnie wykonać każdą czynność.

To zresztą swoisty znak rozpoznawczy Krzysztofa Kuncera. Wszyscy jego pracownicy zawsze wiedzieli i wiedzą, że jeśli chodzi o rzemiosło budowlane, szefa nie da się oszukać ani niczego mu wmówić. No i te słynne gumowce, które dotąd wozi w bagażniku samochodu, choć teraz już rzadziej je wykorzystuje. Wioletta Stelmach mówi: – Dla nas to było normalne, że szef może pojawić się na budowie w każdym momencie i w każdym miejscu. Tylko czasami dziwili się inwestorzy, że prezes firmy paraduje w gumowcach i wszystko sprawdza osobiście.
Dotąd wśród pracowników krążą opowieści o tym, jak po inspekcji szefa trzeba było rozbierać jakąś ściankę działową i murować ją od nowa, albo wykonywać ponownie jakiś innym element.

– To dla mnie naturalne – komentuje Krzysztof Kuncer. – Ludzie widzieli, że jestem w stanie wszystko skontrolować, dopatrzeć, ale i podpowiedzieć, pomóc. Dla starszych, którzy otarli się o pracę w firmach państwowych, na przykład we wspomnianym kombinacie, to było niepojęte. Tam nawet majstrowie potrafili tygodniami nie wychylać nosa ze swojego kantorka. Tu potrzeba było innego podejścia.

Mając nienajlepsze zdanie o „fachowcach” starszego pokolenia, Krzysztof Kuncer postawił na młodych. Znalazła się wśród nich Wioletta Stelmach. Przyszła do firmy w roku 1990, po niecałym roku pracy w Kombinacie Budowlanym, który wówczas zaczął się chwiać.

Wtedy firma KUNCER nabierała już rozpędu, ale warunki pracy nadal były spartańskie. Za biuro służyła ciasna piwnica prywatnego domku. Za to przybywało sprzętu i pracowników. Krzysztof Kuncer wciąż pamięta tamte emocje: – Znowu przeszedłem test na odwagę. Zaryzykowałem i kupiłem formę bateryjną z upadającej fabryki domów w Olsztynie służącą do produkcji ścian i płyt stropowych. Duża i niepewna inwestycja. Płyta stanęła na środku placu budowy i można było w niej produkować elementy ścienne. Mieściło się w niej 30 metrów sześciennych betonu. To dzięki niej mogliśmy sprawnie stawiać budynki przy ulicach Wyki i Krzyżanowskiego na zlecenie koszalińskiej spółdzielni Przylesie. Pobudowaliśmy tam cztery bloki. Wkrótce kupiłem jeszcze jedną, mniejszą formę, na potrzeby budowy prowadzonej w Darłowie. Przydała się, muszę przyznać, wiedza na temat prefabrykatów wyniesiona z czasów pracy na uczelni.

 

KUNCER okładka 4

Nazwisko jako marka

Krzysztof Kuncer de facto prowadził wówczas dwie firmy: wykonawczą i tę właśnie, która zajmowała się produkcją prefabrykatów. Powstały w 1986 roku Zakład Budowlany Krzysztof Kuncer z czasem przekształcił się w Przedsiębiorstwo Budowlane KUNCER. W nazwie od początku ma zatem nazwisko założyciela. – Nie mogło być inaczej. To był sygnał, że za jakość i rzetelność ręczę osobiście, wszystko „biorę na klatę” – mówi Krzysztof Kuncer. – Dla mnie była to ogromnie ważna, kluczowa decyzja.

Firma krzepła, zdobywała w przetargach kolejne zlecenia. Podsumowanie minionych lat wygląda imponująco. Ponad 1400 rodzin mieszka w domkach i mieszkaniach pobudowanych przez PB Kuncer. Lista zrealizowanych obiektów to także budynki użyteczności publicznej, skomplikowane technicznie roboty inżynieryjne, zadania wykonywane na zasadzie podwykonawstwa.

Na większą skalę KUNCER zaangażował się w budownictwo mieszkaniowe wraz z powstaniem Koszalińskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Wtedy wszyscy dopiero uczyli się budowania w nowej formule. Pojawiały się rozliczne problemy, w tym ryzyko finansowe. – Były kłopoty z uzyskaniem kredytów, funduszy, ale my nie mogliśmy tych ludzi porzucić i przestać budować. Ryzykowaliśmy dużo, ale z zaufaniem do partnera, czyli ówczesnego prezesa KTBS Ryszarda Popika, że pokona wszelkie przeszkody i będzie miał z czego nam zapłacić.

 

Druga noga firmy

Do końca lat 90. PB KUNCER był przede wszystkim firmą wykonawczą, ale pojawiła się myśl, by zająć się równolegle deweloperką. – Budowaliśmy dla Przylesia, dla TBS-ów w Koszalinie i Ustce. Pomagaliśmy budować Pro-Budowi w Kołobrzegu. Zobaczyliśmy, jak to się robi i zdecydowaliśmy się samodzielnie budować lokale na sprzedaż. Oczywiście, zaczęliśmy ostrożnie, od małych rzeczy – objaśnia prezes.

Początki działalności deweloperskiej to szereg pięciu domków jednorodzinnych w Koszalinie. Był rok 2000. Wkrótce w ofercie firmy pojawiły się kolejne domki, ale również domy wielorodzinne. – Pierwszym naszym dużym przedsięwzięciem w tym zakresie było Osiedle na Skarpie, czyli 70 mieszkań przy ulicy Dąbka. I od tego zaczął się nasz sukces w deweloperce – mówi Krzysztof Kuncer.

Opinię solidnego dewelopera firma utrwaliła – jak wspomina prezes – właśnie przy okazji inwestycji na Osiedlu Dąbka. Ale już dużo wcześniej postrzegana była jako rzetelny wykonawca robót zleconych. Niektórym z nich przyglądało się całe miasto. Tak było na przykład z remontem siedziby dawnego Wojewódzkiego Domu Kultury przy ulicy Zwycięstwa, dzisiejszego Centrum Kultury 105. Trudno uwierzyć, że wyremontowany obiekt został ponownie oddany do użytku 16 lat temu. Wciąż wygląda jak świeżo odnowiony. – Taki efekt daje postawienie na jakość, a u nas to priorytet. Wiele prac mogliśmy wykonać szybciej, użyć tańszych materiałów i więcej zarobić. Ale to nie byłoby w naszym stylu. Zależało nam, żeby oddać obiekt w stanie, w którym będzie mógł funkcjonować długie lata.

Remont siedziby dzisiejszego CK 105 to historia sama w sobie. Zaczęło się od zamówienia przez gminę miejską prac o wartości 200 tysięcy złotych, a skończyło na 20 milionach. Dlaczego? Już w trakcie remontu wyszło na jaw, że nie tylko pierwotnie przewidziana do remontu ściana za sceną, która się waliła i dach od strony parku wymagają interwencji. Krok po kroku okazywało się, że trzeba zrobić coś jeszcze i jeszcze… W efekcie w budynku, który jest pod ochroną konserwatora zabytków, praktycznie stara pozostała ściana frontowa. Cała reszta jest zbudowana niemal od zera – z dobudowaną częścią pomieszczeń, z których do niedawna korzystała Filharmonia Koszalińska. – To dokładanie kolejnych zadań w ramach remontu wymagało dużej cierpliwości, bo zmieniał się zakres zlecenia i nic nie było pewne do końca – mówi Wioletta Stelmach. – Ale z drugiej strony cieszyliśmy się, że nasze podpowiedzi co do rozwiązań albo wyboru materiałów były uwzględniane. Ostatecznie mamy salę kinową, która jest po prostu piękna, a jej wyposażenie – mimo upływu tylu lat – nadal jest nowoczesne.

Firma ma na koncie jeszcze jedno kino. Chodzi o obiekt w Tychowie, gdzie gruntownie wyremontowała salę widowiskowo-kinową. – Jest nam miło, kiedy widzimy zadowolenie klientów, ale w tym przypadku byliśmy kompletnie zaskoczeni formą podziękowania – mówi Wioletta Stelmach. – Władze gminy były tak zadowolone z naszej pracy, że przyznały nam lokalną nagrodę, Tychowskie Skrzydła Rozwoju.

– W zwykłym trybie na tę nagrodę mogą liczyć tylko firmy z długą historią współpracy z gminą Tychowo. Nas potraktowano specjalnie – dodaje nieco zakłopotany prezes Kuncer. – Bardzo sobie to cenimy, ale przyznam, nie spodziewaliśmy się takiego wyróżnienia.

 

Kapitał w ludziach

Wychodzi na to, że rzetelne podejście do zadań, z jakim kojarzona jest firma, opłaca się. – Tak, opłaca się – potwierdza z uśmiechem Krzysztof Kuncer – ale nie zawsze finansowo… Nie myślę tutaj akurat o Tychowie, ale zdarzało się nam kończyć jakieś prace bez zysku albo pod kreską. Honor nie pozwalał „odpuścić”, a czasami – w okresach dekoniunktury – szło również o to, żeby zapewnić pracę naszej kadrze i nie dopuścić do jej rozproszenia. Mamy świadomość, że nasz najważniejszy kapitał to zespół. Ludzie bardzo kompetentni, doświadczeni, o ogromnym potencjale.

Potencjał wiedzy i doświadczenia firmy doceniają także jej konkurenci, nie tylko koszalińscy. Mało kto wie, że najtrudniejsze prace przy budowie siedziby Filharmonii Koszalińskiej wykonywało właśnie Przedsiębiorstwo Budowlane KUNCER. Przetarg wygrała firma spoza rynku koszalińskiego. Do wykonania robót wynajęła podwykonawcę, którego skala trudności technicznych absolutnie przerosła i który wycofał się z placu budowy. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że KUNCER ratował sytuację. Zadanie rzeczywiście było technicznie trudne. Trzeba było bowiem przygotować bardzo skomplikowane zbrojenia stalowe i wylewać betonowe ściany w taki sposób, że właściwie wisiały one w powietrzu do czasu aż w ostatnim etapie można je było wspierających słupach.
Krzysztof Kuncer wspomina: – Było bardzo niebezpiecznie. Rusztowanie usiało przenieść cały ciężar pochyłej ściany frontowej i dużej części budynku aż do końca budowy. Musieliśmy pożyczyć rusztowania o wartości pięciu milionów złotych! Wykonaliśmy najtrudniejszą żelbetową robotę, główny wykonawca wszedł po nas już tylko z wykończeniówką.

Przykłady trudnych prac, z którymi dzięki kompetentnym inżynierom i ekipom budowlanym firma sobie doskonale radzi, można by mnożyć. Z ich finezji zdają sobie sprawę najczęściej tylko projektanci i wykonawcy. Najświeższy przykład to tzw. kubatura oczyszczalni ścieków w podwrocławskich Prusicach, którą trzeba było wykonać na powierzchni a później opuścić w głąb ziemi. Zlecenie uzyskał w przetargu koszaliński EkoWodrol, a KUNCER był jego podwykonawcą.

 

IMG_7377

Życie w rytm przetargów

Rynek budowlany od kilku lat jest w kryzysie. To powoduje ogromną presję cenową. Firmy świadomie schodzą ze stawkami poniżej poziomu opłacalności, byle przetrwać. Walka na przetargach jest bardzo zacięta. – Można oczywiście przygotowywać oferty w oparciu o najlichsze materiały i pod innymi względami iść drogą na skróty – komentuje Krzysztof Kuncer. – Ale to się mści, bo pojawiają się na etapie wykonawczym rozmaite problemy, głównie z jakością. Dla nas działanie na zasadzie „jakoś to będzie” jest zupełnie obce. Przygotowujemy oferty w oparciu o rzetelne i realistyczne założenia. To powoduje, że wygrywamy mniej więcej co dwudziesty przetarg, w którym startujemy.

W firmie kilka osób pracuje wyłącznie nad przygotowywaniem ofert na przyszłe przetargi. Sporządzenie jednej to przeciętnie koszt od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, w zależności od stopnia trudności zadania. – To jest duża praca i duże obciążenie. Jesteśmy już do tego przyzwyczajeni i zaprawieni w bojach – podkreśla prezes. – W bardzo trudnych momentach my również dołujemy ceny, z pełną świadomością, że do jakiejś roboty będziemy musieli dołożyć. Robimy to po to, żeby przetrwał zespół. Zawsze to podkreślam: źródło powodzenia tkwi w naszej kadrze. Ludzie są zaangażowani, pracują dużo i długo.

Wioletta Stelmach dodaje: – Tworzymy zgrany team. Trzon załogi stanowią ludzie pracujący niemal od samego początku. Ba, są sytuacje, że pracę u nas podejmuje drugie pokolenie. Widzimy i doceniamy zaangażowanie naszych ludzi. Pracują tak, jakby pracowali na swoim. To ogromna wartość, którą dostrzegają również osoby z zewnątrz.

– Mamy świetną kadrę. Ale również sprawdzonych podwykonawców, których darzymy zaufaniem. Spisujemy z nimi umowy i jeśli coś podpiszemy, to wywiązujemy się z tego rzetelnie. Z drugiej strony, kiedy ktoś ma kłopoty, gdzieś się pomylił w wyliczeniach kosztorysowych, to zawsze to uwzględnimy. Ponieważ działamy już tyle lat i mamy rozeznanie na rynku. Naszymi podwykonawcami są firmy nie byle jakie. Cieszy nas to, że akceptują naszą politykę jakości.

Wioletta Stelmach dodaje: – Ci podwykonawcy idą za nami jak w dym. Skłonni są nawet przyjmować zlecenia za mniejsze pieniądze, byle pracować z nami. Wiedzą, że rozliczymy się z nimi na czas i według ustalonych stawek. Zresztą mamy taką zasadę, że nawet jeśli przejściowo są problemy z pieniędzmi, bo ktoś z nami nie rozliczył się na czas, małym podwykonawcom płacimy w pierwszej kolejności.

PB KUNCER stoi niejako na dwóch nogach. Jest jednocześnie firmą wykonawczą i deweloperem. To daje jej stabilność, bo jak przychodzi gorszy okres na rynku mieszkaniowym, koszty stałe pomagają pokrywać wpływy z budów zleconych. I odwrotnie – kiedy nie uda się wygrać magicznego dwudziestego przetargu, sytuację ratują wpływy ze sprzedaży domków i mieszkań.

– Musimy szukać różnych zleceń, żeby dokumentować nasz potencjał i doświadczenie, co przydaje się w kolejnych przetargach – mówi prezes Kuncer. – Na przykład do przetargu na remont placu przed ratuszem w Koszalinie nie mogliśmy przystąpić, bo nie mogliśmy się wykazać wykonaniem wcześniej podświetlanej i grającej fontanny, a taki był wymóg w specyfikacji.

 

Dojrzałość i zaufanie

Każdy, kto przyjrzy się od wewnątrz sposobowi działania PB KUNCER, dostrzeże, że to doskonały przykład zarządzania opartego na delegowaniu zadań. Każdy wie, co ma robić i wie, że ponosi za to pełną odpowiedzialność. Żadnych niedopowiedzeń i spychologii.

Krzysztof Kuncer komentuje: – W moim odczuciu jasny podział zadań warunkuje dobry skutek. Trzeba respektować przyjęte zasady, od których nie ma odstępstw. Każdy, adekwatnie do swojej roli, otrzymuje uprawnienie do podejmowania decyzji, ale jednocześnie bierze za te decyzje pełną odpowiedzialność. Stąd płynie wzajemne zaufanie, wsparcie i przekonanie, że jesteśmy jako zespół zgranym mechanizmem. Wewnętrzny porządek przekłada się na nasz wizerunek zewnętrzny.

– Możemy z satysfakcją powiedzieć, że jesteśmy postrzegani jako solidna firma – mówi Wioletta Stelmach. – Kiedy pytamy osoby zainteresowane zakupem mieszkania, dlaczego wybrały nas, najczęściej słyszymy, że to z powodu dobrej opinii. Zadowoleni klienci polecają nas swoim krewnym albo znajomym. To dla nas ogromna satysfakcja i dowód na to, że nasza polityka jakości przynosi pożądane efekty.

– Rynek jest wymagający, zmusza do kreatywności i wysiłku. Z drugiej strony premiuje konsekwencję, kompetencję i rzetelność. Są momenty, kiedy wydaje się, że na dłużej zyskamy komfort działania, spokój. Ale to tylko pozory. Zaraz pojawiają się nowe wyzwania. Nie mamy złudzeń, powodzenie na rynku wymaga ciągłej walki. Przywykliśmy do niej i już chyba byśmy bez niej nie umieli żyć – kwituje Wioletta Stelmach.

 

IMG_7421a