Pani Małgorzata z wykształcenia jest architektem, ale domów nie projektuje. Za to pomaga klientom planować ich wnętrza. Najczęściej kuchnie, bo taką specjalność ma jej – prowadzona do spółki z mężem – firma. Dla relaksu wróciła do malowania. Zawsze lubiła portret, ale jej ostatnie prace to portrety nietypowe.

 

Podział zadań w firmie jest konkretny i jasny. Małgorzata Jodłowska projektuje, mąż – Jarosław – zajmuje się sprawami handlowymi, organizacyjnymi, realizacją zamówień. W codziennej pracy łączą więc perspektywę projektanta z doświadczeniem praktyka. Jak mówią, to procentuje. Czasami klienci, którzy przychodzą tylko z pytaniami dotyczącymi urządzenia kuchni, zamawiają kompleksowe rozwiązania dla całego domu. Takie realizacje dają najwięcej satysfakcji. – Zawsze jest rozmowa, poszukiwanie wspólnego mianownika między propozycjami architekta a możliwościami i oczekiwaniami zamawiającego – relacjonuje pani Małgorzata. – Wychodzą z tego rzeczy, które mają charakter kompromisu. Nie wszyscy klienci gotowi są zdać się całkowicie na preferowany przez projektanta styl i jego pomysły.

 

Co charakterystycznego jest w stylu pani Małgorzaty? Wyjaśnia: – Lubię wnętrza modernistyczne, lubię i takie, gdzie jest niemal barokowo. To trudne łączenie estetyk, ale efekty bywają ciekawe. Trzeba dobrze wyważyć elementy, żeby nie wywołać poczucia dysonansu. W końcu chodzi o dom albo mieszkanie, czyli miejsce, w którym ludzie mają czuć się komfortowo. Ale generalnie uważam, że proste formy bronią się same i takie najczęściej proponuję klientom.

 

To co w języku architektów wnętrz rozumie się pod pojęciem „realizacji”, czyli cały proces od pierwszych szkiców do zamieszkania klientów w zaplanowanej przestrzeni, zajmuje dużo czasu. – To oczekiwanie na końcowy efekt bywa dla mnie męczące – przyznaje pani Małgorzata. – Z drugiej strony po kilkunastu latach projektowania pojawia się pewna powtarzalność. Poczułam potrzebę czegoś, co ma w sobie więcej spontaniczności i gdzie zamysł szybciej przechodzi w konkret.

 

Stąd powrót do malarstwa. Powrót, bo – jak wspomina projektantka – miała już okres, w którym sporo malowała (warto wspomnieć, że jest absolwentką koszalińskiego „plastyka”). – Zawsze najbardziej odpowiadał mi portret. Było kiedyś nawet tak, że podczas wakacji wspólnie z Krzysztofem Urbanowiczem w Mielnie wykonywałam podobizny wczasowiczów – śmieje się pani Małgorzata. – Rysować albo malować obrazki typu widoczek jest stosunkowo łatwo. Przy portrecie od razu wychodzi, czy ma się to „coś”, talent po prostu. Tu się nie da niczego udawać. Od pierwszych kresek widać, czy trafnie oddaje się charakter osoby.

 

Z tym, że ostatnio portretowane przez panią Małgorzatę „osoby” są szczególne. Malowane lalki „ubiera” w stroje kojarzące się z barokiem, stąd kryzy, koronki, aksamit. Tła są ciemne, intensywne. Pojawia się manieryczny klimat, tak charakterystyczny dla epoki baroku. – Nie wiem, skąd to się wzięło. Może wciąż jestem w głębi dzieckiem? – zastanawia się głośno nad wyborem tematów. – Sporo osób wie, że umiem i lubię malować, ale nawet najbliżsi znajomi nie domyślają się, co teraz robię. Zauważyłam, że to pozwala mi się zrelaksować. Na co dzień pracuję za pomocą komputera, tutaj wracam do korzeni. Technika olejna, którą stosuję, jest jak najbardziej klasyczna. Mieszanie werniksów, nakładanie laserunków, żmudne nakładanie farb warstwa po warstwie. To długi proces. W końcu po którejś z kolei warstwie wyłania się to, co zaplanowałam.

 

Lalki i misie z jej obrazów mają w sobie coś intrygującego, wampirycznego. – Bawię się konwencją – mówi autorka. – Każda z postaci jest swego rodzaju skrótem, odnosi się do jakiejś emocji albo typu charakteru. Pod konkretnego „misia” można podstawić realną postać, kogoś kogo znamy i wtedy to już nie tylko lalka. U widzów pojawiają się takie skojarzenia, bo usłyszałam to od osób, które widziały kilka moich prac w kołobrzeskim hotelu Aquarius.

 

Olejnych prac uzbierało się tyle, że można by z nich zrobić wystawę. I rzeczywiście pani Małgorzata ma ją w planie. Z tym, że nie wcześniej niż za pół roku: – Mam jeszcze kilka niedokończonych obrazów – tłumaczy. – Czekają na dopracowanie nie tylko dlatego, że przy dwojgu małych dzieci i obowiązkach zawodowych na malowanie mam mało czasu. Muszę się przyznać, że kiedy minie pierwsza euforia związana z obrazem, a pojawia się nowy pomysł, chętniej łapię się za nowe płótno. Ale dokończę je i pokażę na wystawie. Pewnie dla ludzi, którzy mnie znają, będzie to zaskoczenie.