Rozmowa z Wojciechem Jagielskim, pisarzem, dziennikarzem, byłym korespondentem wojennym.

 

– „Z dziennikarstwem jest jak z alkoholem – mówi pan. – Jeżeli raz je porzucisz, nie powinieneś do niego wracać”. Dlaczego?

– Dziennikarstwo współczesne, zmieniające się dynamicznie, nie toleruje dłuższych rozstań. Powrót może okazać się niemożliwy, a co najmniej trudny. Człowiek nagle stwierdza, że już się do tego nie nadaje.

 

– Co najwyraźniej zmieniło się w dziennikarstwie?

– Technologia: internet, telefonia komórkowa, portale społecznościowe. Ludzie komunikują się ze sobą inaczej. Dziennikarz zdobywał informację podczas rozmowy, spotkania. Musiał wyjść z redakcji. Dzisiaj większość czasu spędza na miejscu. Telefonuje, śledzi to, co ludzie piszą w sieci.

 

– Ogarnięcie tych nowych źródeł informacji jest łatwiejsze?

– Nie uprawiałem tego rodzaju dziennikarstwa, więc nie wiem. Wszystko to jednak ma w sobie coś niezdrowego z autokreacji. Nie mamy do czynienia z rozmową, lecz z odbiorem informacji, które są oświadczeniami. W rozmowie treść można skontrować, zweryfikować. W przypadku komunikatów nie jest to możliwe.

 

– „Dziennikarstwo staje się zabawą z tematami, które nie są zabawne” – uważa pan. Dlatego odszedł pan z „Gazety Wyborczej”?

– Powodów było kilka, najważniejszym to, że dzisiaj zadaniem dziennikarza jest szokowanie, straszenie, rozbawianie, a informowanie – na ostatnim miejscu. Byłem uczony, że naszą rolą, jedyną rolą, jest dostarczanie ludziom informacji. Tymczasem media się skomercjalizowały i teraz, proces ten obserwuję od kilku lat, mają zajmować uwagę, a nie informować. Wydawcy muszą liczyć się z nakładami, oglądalnością, co przekłada się na zarobki dziennikarzy i jakość ich pracy.

 

– Czy nie jest to schemat dotykający wielu innych branż?

– W mediach jest widoczny. Łatwiej zająć uwagę czymś spektakularnym, niż ważnym. Do dyskusji na tematy ważne wybierani są ludzie nieważni lub niepoważni, a ci ostatni dają gwarancję, że rozmowa będzie spektakularna. Co z tego, że niczego nie wyjaśni; to problem drugorzędny.

 

– Pan jest rozczarowany dziennikarstwem?

– Dziennikarstwo to zawód wspaniały, dający nieprawdopodobne możliwości. Nie jestem rozczarowany nim, lecz sposobem, w jaki jest uprawiany, jak traktowany. Marnujemy możliwości, jakie daje dziennikarstwo. Gonimy za sreberkiem, chcemy być opiniotwórczymi celebrytami, mieć status strasznych i sławnych, a przy tym zachować siłę i skuteczność plutonu egzekucyjnego. Zapominamy, że informowanie jest rzemiosłem, a my – rzemieślnikami.

 

– Przestaliśmy, czy nigdy nie byliśmy w Polsce, czwartą władzą?

– Do końca nie wiem, co to jest – w przypadku mediów – ta czwarta władza. Rolą mediów, jak mówiłem, jest informować, na przykład o nieprawidłowościach, również w odniesieniu do władz. Jeżeli dziennikarze te nieprawidłowości ujawniają, czy przez to stają się czwartą władzą? Przyczyniamy się do sprawniejszego funkcjonowania demokracji, ale „czwarta władza” to raczej fraza publicystyczna.

 

– Ciążyła panu etykieta korespondenta wojennego?

– Nie pomniejszała mojej pracy, a bywała próbą pochwały. Zaskoczę pana: nie uważam się za korespondenta wojennego, lecz dziennikarza, który napisał mnóstwo wojennych korespondencji.

 

– Czy to nie to samo?

– Nie. Problem polega na tym, że byłem – i pozostaję – dziennikarzem wąskiej specjalizacji: Afryka i część Azji. Nie specjalizowałem się w relacjonowaniu wojen, konfliktów zbrojnych. Gdyby wojna była obiektem moich zainteresowań, pojechałbym na Bałkany, do Iraku, a mnie nawet nie przyszło to do głowy. Jeździłem tylko na te wojny, które działy się w moich rejonach. Zajmowałbym się nimi tak, czy inaczej.

 

– Dlaczego zaczął pan pisać książki?

– Miałem wrażenie, że coś mi umyka; to, co pisałem w korespondencjach bieżących, a nawet w reportażach wciąż nie dawało pełnego obrazu. Oczywiście, to pycha dziennikarska: czujemy, że musimy o czymś opowiadać. Wiedziałem, że to, co publikowałem w gazetach to za mało, to jeszcze nie to. Nie chciałem jednak pisać wielu materiałów o jednej sytuacji, którą zastałem w Armenii, czy w Gruzji. Wcześniej zaczytywałem się książkami reporterskimi, więc poczułem, że to właściwa forma dla moich opowieści.

 

_MG_9596

 

– Miał pan wrażenie, że rozmówcy pana wkręcają?

– Zawsze miałem. Jako dziennikarz wiedziałem, że rozmówca będzie uniknąć odpowiedzi na trudne pytania, postara się postawić siebie w lepszym świetle, a oponenta w jak najgorszym. Będzie chciał mnie zmanipulować. Byłem wychowywany na dziennikarza specjalistycznego. Jedyną bronią przed fałszem była moja wiedza, kompetencja.

 

– Rozmawiał pan z dyktatorami, zbrodniarzami. Kiedykolwiek obawiał się pan o swoje bezpieczeństwo?

– Nie. Zasada była prosta: jeżeli dopuszczali mnie do siebie, na rozmowę, czy audiencję, oznaczało to, że nie mieli wobec mnie złych zamiarów. Zdarzało się, że moje krytyczne teksty docierały do rozmówców. Kiedy napisałem o Zwiadzie Gamsachurdii [były prezydent Gruzji – dopiski autora], delegacja jego rządu w polskim sejmie nazwała mnie „wrogiem narodu gruzińskiego”, a dowiedziałem się o tym wysiadają na lotnisku w Tbilisi (śmiech).

 

– Jak pana potraktowali?

– Normalnie. Dostałem akredytację, kolejny raz rozmawiałem z Gamsachurdią, kilka miesięcy później ta sama delegacja przyjechała i powiedziała, że miałem rację (śmiech). Najtrudniej było przekonać moich rozmówców, że staram się zachować bezstronność.

 

– Miał pan poczucie odpowiedzialności za swoich współpracowników?

– Zawsze. Często były to trudne relacje, bo oni – przewodnicy, tłumacze – chcieli czegoś więcej. Umawialiśmy się na zapłatę, na przykład sto dolarów dziennie, ale ostatniego dnia oczekiwali, że dostaną premię. Nigdy niczego im nie obiecywałem, lecz sądzili, że zabiorę ich ze sobą, załatwię wizę. Spodziewali się, że zostawię ich na miejscu korespondenta. Wszystko to było nierealne. Zawsze jednak starałem o nich pamiętać, a przede wszystkim brałem pod uwagę ich bezpieczeństwo.

 

– „Kiedy wyjeżdżałem, miałem kieszenie pełne pieniędzy” – wspomina pan. Ile kosztuje dziennikarza wyjazd w rejon objęty wojną?

– Zwykle miałem pięć tysięcy dolarów w gotówce. Koniecznie w drobnych, bo jakbym wyjął sto dolarów płacąc w malutkiej wiosce za wodę mineralną, musiałbym się z nimi pożegnać (śmiech). Sprzedawca nie miałby mi z czego wydać. Banknoty o małych nominałach zajmowały strasznie dużo miejsca (śmiech), a trzeba było tak je pochować, żeby stały się niewidoczne. Wszystko to było kłopotliwe.

 

– Na co szło najwięcej pieniędzy?

– Wszystko kosztowało, najwięcej łapówki. Na granicy kongijskiej żołnierze żądali rozmaitych szczepień. Było źle, jeżeli miałem książeczkę [szczepień], bez niej mogłem zaszczepić się na miejscu wielorazową strzykawką leżącą w biurku. Mogłem tego uniknąć opłacając przekroczenie granicy. „Opłata za szczepienie” wynosiła pięćdziesiąt dolarów, to znaczy tyle kosztowała pieczątka bez szczepienia (śmiech). Osobno płaciłem za tłumacza, przewodnika, za wyżywienie, transport. Biały człowiek w takich miejscach sprawia, że ceny rosną (śmiech).

 

– Był pan na granicy życia i śmierci?

– Kilka razy pewnie tak. Świadomie nie pchałem się w takie sytuacje. Wiedziałem, że tam trzeba jechać, a jak tam będzie – zobaczę na miejscu. Jeżeli jechałem, żeby pisać o wojnie, musiałem ją zobaczyć. Wyznawałem filozofię fotoreporterów: trzeba być jak najbliżej miejsca, które chcę pokazać.

 

– Jakie były pana relacje z fotoreporterami?

– Jeździłem głównie z Krzysztofem Millerem [wieloletnim fotoreporterem „Gazety Wyborczej”]. Spośród pięćdziesięciu trzech wyjazdów, na co najmniej czterdziestu byłem z nim. Czy jesteśmy przyjaciółmi? Trudno powiedzieć (śmiech). Świetnie nam się pracowało, rozumieliśmy się doskonale, ale w Warszawie prawie się nie widujemy. Gdybym miał kłopoty życiowe, pojechałbym wygadać się do niego.

 

– Zjeździł pan Afrykę wszerz i wzdłuż. Czy wciąż jest „trzecim światem”?

– Nigdy nie używałem tego pojęcia, bo jest ono wartościujące. Pierwszy świat to Zachód, a drugi? Wschód, tak? Ale który Wschód? (śmiech). Okres zimnej wojny podzielił świat na „Wschód” i „Zachód”, a wszystko, co nimi nie było – nosiło status „trzeciego świata”; to się nawet ładnie nazywało: „ruch państw niezaangażowanych”. A dzisiaj? „Trzeci świat” to na przykład Indonezja, Malezja, Indie, Korea Południowa. Czyli kolejność „światów” uległa radykalnemu przestawieniu (śmiech).

 

Książki Wojciecha Jagielskiego

Dobre miejsce do umierania („Historia i Sztuka”, Poznań 1994)
Kaukaz. Próba wyjaśnienia trudnych relacji Gruzinów, Czeczenów, Ormian z ościennymi krajami.

Modlitwa o deszcz (W.A.B., Warszawa 2002)
Afganistan. Kraj ustawicznych niepokojów. 11 podróży układa się w kronikę powstawania i upadków afgańskich reżimów.

Wieże z kamienia (W.A.B., Warszawa 2004)
Czeczenia. Opowieść o jednym z najbardziej tajemniczych i najtragiczniejszych miejsc na ziemi – krainie kaukaskiej.

Nocni wędrowcy (W.A.B., Warszawa 2009)
Uganda. Studium jednego z najbardziej niespokojnych państw i historia dzieci służących w Armii Bożego Oporu.

Wypalanie traw (Znak, Kraków 2012)
RPA. Koniec systemu rasowej segregacji, biali oddali władzę czarnoskórej większości. Drobiazgowa analiza apartheidu.

Trębacz z Tembisy (Znak, Kraków 2013)
RPA. Opowieść o życiu Nelsona Mandeli i historia Freddiego Maake, twórcy wuwuzeli − trąbek kibiców piłkarskich.

 

 

_MG_9624

Wojciech Jagielski – rocznik 1960. Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Po studiach rok przepracował w TVP. W latach 1986-1991 związany z Polską Agencją Prasową. W 2012 roku wrócił do niej po 21 latach pracy w „Gazecie Wyborczej” (dział zagraniczny). Współpracuje z BBC i „Le Monde”. Zajmuje się problematyką Afryki, Azji Środkowej, Kaukazu. Wydał sześć książek. Pisarką jest także żona Grażyna. Mają dwóch synów. Fan Manchester United.