Robert Bodendorf, znany koszaliński przedsiębiorca, zdecydował się na eksperyment. Chce się podzielić swoim doświadczeniem biznesowym z tymi, którzy zamierzają rozpocząć działalność gospodarczą lub nawet ją już prowadzą, a potrzebują merytorycznej pomocy.

 

– Skąd pomysł, żeby zaproponować mentorskie wsparcie ludziom startującym w biznesie?

– Główną rolę grają tutaj trzy czynniki. Pierwszy to potrzeba pomagania innym, jaką odkryłem w sobie już dawno. Drugi to świadomość, że rozumiem biznes i jestem w stanie się tą wiedzą podzielić. Nie tylko jako człowiek prowadzący kiedyś jednoosobową działalność gospodarczą, potem spółkę cywilną i spółkę prawa handlowego, ale również jako osoba znająca środowisko przedsiębiorców z racji intensywnych kontaktów z nimi w różnych organizacjach zrzeszających ludzi biznesu.
Jest jeszcze trzeci aspekt, który również jest dla mnie ważny, a ma wymiar niemal misyjny. Chodzi o moje przekonania co do wolnego rynku i ducha przedsiębiorczości. Zawsze występując publicznie zachęcam do aktywnej postawy życiowej i do szukania sobie samodzielnie miejsca na rynku. Nie musi to być od razu jakaś duża firma. Być może na początek wystarczy tylko samozatrudnienie. Tym którzy się ze mną skontaktują, nie będę tłumaczył, jak zakładać działalność gospodarczą – w sensie formalności, bo taką wiedzę można stosunkowo łatwo znaleźć. Chcę się skupić na tym, czego gdzie indziej nie znajdą, a co wynika z praktycznych doświadczeń.

 

– Domyślam się, że to propozycja skierowana w sposób szczególny do ludzi młodych, studiujących albo tuż po studiach i pewnie zainteresowanych branżą internetowo-komputerowo-programistyczną, bo taki profil ma Pana własna działalność?

– Branża informatyczna jest mi najbliższa, w niej się na pewno najlepiej czuję i jestem w stanie tutaj najwięcej podpowiedzieć. Ale nie ograniczam do niej. Jeżeli ktoś będzie chciał uruchomić coś innego, sądzę że również jestem w mu stanie pomóc. Natomiast co do wieku, to rzeczywiście chcę pomagać młodym przedsiębiorcom, którzy nie mają doświadczenia w działalności gospodarczej. Jeżeli jednak zgłosi się do mnie osoba doświadczona, która już wiele lat gdzieś przepracowała, ale nie prowadziła działalności gospodarczej i chciałaby spróbować swych sił na rynku, nie odmówię rozmowy. Chodzi więc o „młodego przedsiębiorcę”, a nie koniecznie o młodego człowieka.

 

– Wychodzi na to, że proponuje Pan klasyczny mentoring?

– Tak chciałbym być odbierany, jako mentor.

 

img (113 of 114)

– A jaka korzyść dla Pana z takiej współpracy? Załóżmy, że zgłosi się ktoś, kto ma ciekawy pomysł, odpowiednie kwalifikacje, dużo samozaparcia, chcący się uczyć biznesu. Wsparcie z Pana strony oznacza poświęcony mu czas, a jak wiadomo – „czas to pieniądz”.

– Ja i tak od lat mnóstwo czasu przeznaczam na działalność społeczną, więc tutaj będzie się dla mnie liczyła przede wszystkim satysfakcja, jeśli ktoś będzie w ogóle zainteresowany. A jeśli mu się uda rozwijać działalność, to będę szczęśliwy. Oczywiście, jeżeli ktoś chciałby w dłuższej perspektywie korzystać z mojej pomocy, z mojego mentoringu, a może nawet wspólnie ze mną prowadzić biznes, to nie wykluczam i takiej możliwości. To jest jednak ewentualnie dalszy etap rozmów i wariant nie najważniejszy.

 

– Mówi się czasami o „aniołach biznesu”, czyli o osobach dysponujących kapitałem, które w drodze swoistego castingu wyłaniają pomysły ciekawe dla nich biznesowo. Zawierają z pomysłodawcami porozumienie i w zamian za kapitałowe wsparcie otrzymują udziały w powstającym interesie.

– Działają rozmaite modele. Są osoby, które dają tylko kapitał na start, a mentoringu minimum albo wcale. Ale są i osoby, które akcenty rozkładają odmiennie. Ja chcę realizować ten drugi model, w którym doświadczenie jest elementem najistotniejszym.

 

 

– Wiem, że ma Pan w „zamrażarce” idee biznesowe, które kiedyś wykiełkowały, ale na ich realizację brakuje Pan czasu albo „mocy przerobowych” w Pana firmach. Takimi pomysłami chce się Pan podzielić.

– Mam przynajmniej kilka obiecujących projektów, które pojawiły się, ale ze względu na inne sprawy odłożyłem je na bok. Oczywiście są to w większości projekty programistyczne, czyli tworzenie konkretnych programów dla konkretnych branż. Wśród nich jest niemalże kompletny produkt, który z chęcią oddałbym w ręce kogoś, kto by go rozwijał. Niejako „w pakiecie” oferuję wiedzę o potencjalnych klientach i w ogóle wiedzę o tym rynku. Jest więc pole do działania. Podobnych zapoczątkowanych prac jest więcej, jak wspomniałem. Wystarczy te pomysły przeanalizować i doskonalić. Zresztą pól do współpracy jest mnóstwo: drony, wirtualna rzeczywistość, sztuczna inteligencja. To są dziedziny, w których naprawdę można dużo ciekawych pomysłów zrealizować i które wcale nie są skomplikowane czy drogie. Wystarczą dobre chęci, kreatywność, dużo czasu i samozaparcie. Najważniejsze, żeby osoba która się tym zajmie, była przekonana do tego co robi i by chciała działać na własny rachunek.

 

– A nie prościej byłoby zatrudnić kolejnych ludzi w firmie i to o czym Pan teraz mówi samemu zrealizować?

– Pomysłów pojawia się tyle, że nie sposób się nimi wszystkimi zająć jednocześnie. Powierzenie ich komuś, kto może się na nich skupić i przy okazji tworzyć własną, odrębną firmę na pewno będzie efektywniejsze. Ja promowanie przedsiębiorczości, samodzielności, zaradności naprawdę traktuję w kategoriach misji. Bardzo i zależy na tym, żeby ludzi nieczekających na to, aż jakiś szef przyjdzie i da im pracę było coraz więcej. Zależy mi na tworzeniu warunków by ci ludzie mogli kreatywnie myśleć i innowacyjnie pracować. A im więcej firm będzie powstawać w Koszalinie, tym lepiej będzie się żyło nam wszystkim. Te firmy będą coś wytwarzać lub świadczyć jakieś usługi. Będą zarabiać, a pieniądze w większości wydadzą w mieście. To da pracę innym ludziom. Tak to się kręci. Prywatna inicjatywa, kreatywność, praca w poczuciu odpowiedzialności za siebie a nie bierność to podstawy rozwoju.

 

– Wiele firm, które obecnie są duże w skali koszalińskiej, kiełkowało 20-25 lat temu.

– Często zaczynały w garażu, w piwnicy, jednoosobowo. Początki innych to słynne łóżka polowe na targowiskach i handel wszystkim, czym się handlować dało. Prowadzący je ludzie nie poddawali się, parli do przodu i dzisiaj mogą się cieszyć efektami swej pracy w postaci nowoczesnych przedsiębiorstw. I o to właśnie chodzi, by pobudzać przedsiębiorczość, nawet jeśli bariery biurokratyczne ją hamują. Z tych dzisiejszych malutkich firm mogą wyrosnąć w przyszłości silne podmioty.

 

– W każdą działalność gospodarczą wpisane jest ryzyko niepowodzenia.

– Ja również oferuję wsparcie, ale nie biorę pod klosz, czyli nie zwalniam nikogo z odpowiedzialności za to, co robi. Microsoft jest jeden, Facebook jeden. To giganci, którym się powiodło. Jednocześnie z nimi na świecie startowały miliony firm. Przetrwała niewielka ich część. I to jest normalne! Nikt nikomu na starcie nie da gwarancji powodzenia. Ale na tym właśnie polega siła rynku, że odsiewa on pomysły udane od nieudanych, nagradza pracowitość i kreatywność. Jeśli dobry pomysł wsparty jest ciężką pracą, kompetentnym doradztwem szansa na sukces wzrasta. I tu widzę swoją rolę. Taka jest rzeczywistość i trzeba mieć tego świadomość. Wiele osób, które ponoszą pierwsze fiasko, nie poddaje się i robią drugie, trzecie podejście. W końcu im się udaje.

 

– Jak ci, którzy byliby zainteresowani współpracą z Panem jako biznesowym mentorem, mieliby się z Panem skontaktować?

– Najlepiej przez e-mail (adres: robert@bodendorf.pl). Tak możemy zapoczątkować rozmowę i umówić się na spotkanie. A pierwsze spotkanie na pewno dużo wyjaśni. Okaże się na przykład, czy dobrze nam się rozmawia.

 

– Mówi Pan o tzw. „chemii”?

– Myślę o pewnej zgodności w poglądach, otwartości na siebie. Jeśli ta „chemia” pojawi się na początku, to istnieje szansa, że współpraca się rozwinie w kierunku faktycznego mentoringu, a w przyszłości być może także wspólnego biznesu. Jeżeli tej chemii nie będzie to się będziemy siebie nawzajem zwalczać a nie współpracować.

 

– Po jakim czasie zakłada Pan pierwsze podsumowanie eksperymentu?

– Kompletnie nie wiadomo, czy ktokolwiek się zgłosi (śmiech). Ale nawet jeśli zgłosi się chociaż jedna osoba, to będzie wiadomo, że warto było. Gdyby zaś zgłosiło się 10 osób, to byłbym bardzo szczęśliwy! Nie przyjmuję jakiegoś sztywnego terminu na pierwsze wnioski, ale myślę, że na koniec marca da się już coś powiedzieć. Tu trzeba pewnej elastyczności, bo jednio pewnie odniosą się do mojej propozycji od razu, a oni mogą potrzebować więcej czasu na zastanowienie się i podjęcie decyzji, czy chcą rozmawiać.

 

– Życzę powodzenia.

– Mam nadzieję, że mój pomysł okaże się trafiony. Jeżeli zaś i inni doświadczeni przedsiębiorcy mieliby wolę zaangażowania się w pomoc tym, co dopiero startują, również zapraszam do współpracy.