Bardzo uprzejmy, wręcz szarmancki. Najmniejszy komplement, kwituje krótkim „dziękuję” i szerokim uśmiechem. Przez życie idzie przebojem, powtarzając słowa wykładowców, których spotkał na studiach na renomowanej amerykańskiej uczelni Babson College w Bostonie: „Nie ograniczaj się. Wszystko jest możliwe”. W Stanach Zjednoczonych nauczył się też, że każdą rzecz, którą robi, musi wykonywać najlepiej jak potrafi. Właśnie dlatego projektując ekskluzywną biżuterię dla najmożniejszych tego świata, nie wspiera się nazwiskiem ojca, chociaż ciężko go z ojcem nie kojarzyć. Przed państwem Michał Michalczewski.

 

– Spieszysz się? Jedziesz gdzieś po naszym spotkaniu? (zerkam na srebrną, metalową walizkę, z którą przyszedł Michał).

– Nie, przywiozłem biżuterię, którą chciałbym ci pokazać. Jest dość ciężka, stąd walizka. (Michał pokazuje mi najnowsze dzieła, jakie stworzyła firma, którą założył z bliskim kolegą. Biżuteria sygnowana Michael & Markus to zupełnie nowy produkt na polskim rynku, choć kiedy ją oglądam, bardziej skłaniam się do określenia „na światowym rynku”. Duże, masywne, wykonane z 18-karatowego złota bransolety ozdobione czarnymi diamentami.)

 

produkt 2

– Do kogo kierowana jest ta biżuteria?

– Do bogatych ludzi. W stałej ofercie mamy pięć wzorów, chociaż jesteśmy w stanie wykonać biżuterię na indywidualne zamówienie. Każda z bransoletek jest robiona na wymiar ręki klienta.

 

– Kim są klienci?

– Może być to każda osoba, która tylko ma ochotę sprawić sobie taki prezent. Wybieramy się właśnie na targi do Dubaju i Singapuru. To odpowiednie miejsca na zaprezentowanie naszych wyrobów.

 

Michael

– Rzeczywiście wydaje się, że biżuteria może trafić w wyrafinowane gusta bogatej klienteli z Azji. Kto wpadł na pomysł na tak oryginalny design?

– To dość zabawna historia. Wiele lat temu w prezencie od ojca dostałem bransoletę, którą z kolei jemu ktoś sprezentował. Kiedy jako dyrektor sprzedaży na rynek amerykański sprzedawałem jachty dla Sunreef Yachts, wiele osób, które spotykałem w Stanach Zjednoczonych, było zainteresowanych moją oryginalną biżuterią. Nie miałem pojęcia, skąd ona pochodziła, więc często żartowałem, że zrobiłem ją sam. Kiedy wracałem do Polski, rozmawiałem o tym z moim przyjacielem, który podobnie jak ja, zawsze marzył o swoim biznesie. Po pracy, w wolnych chwilach, zaczęliśmy robić biżuterię. Na początku traktowaliśmy to zupełnie hobbystycznie.

 

– To dość kosztowne hobby, złoto jest drogim kruszcem. Taka inwestycja własnych pieniędzy nie wiązała się dla was ze zbyt dużym ryzykiem?

– Nie widziałem w tym problemu. Złoto można zawsze przetopić i sprzedać. Napędzała nas myśl, że jeśli chodzi o jakość i wzornictwo, jesteśmy w stanie zrobić coś wyjątkowego w skali światowej. Każdy szczegół jest przemyślany, nie ma tu nic przypadkowego. Wszystko co możesz zobaczyć, to rzeczy związane z naszym życiem albo z tym, co nas inspiruje. Oczywiście pozostawiamy furtkę klientowi, który dzięki biżuterii sam może opowiedzieć swoją historię.

 

– Kim był pierwszy klient?

– Był nim mój ojciec, chociaż prawdę mówiąc, wcale się tego nie spodziewałem. Zanim zacząłem robić biżuterię, miałem naprawdę dobrą i dobrze płatną pracę. Ojciec nie był zbyt szczęśliwy, kiedy ją rzuciłem. Zapytał mnie „No dobrze synuś, co ty teraz będziesz robił?”. Odpowiedziałem, że bransolety. Zaśmiał się tylko i stwierdził, że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Zresztą zawsze dla mnie i dla brata był w pewien sposób surowy. Zależało mu, żebyśmy na wszystko zapracowali sami, przy czym zawsze nas wspierał. Nawet jeśli pracowałem pod jego skrzydłami, była to ciężka praca, bez forów. Wracając do biżuterii. Ojciec nie wiedział o tym, jak bardzo ja i Markus jesteśmy zaangażowani w ten projekt, i na jakim jesteśmy etapie. Przekonał się dopiero wtedy, gdy zobaczył prototyp. Spodobał mu się do tego stopnia, że postanowił go kupić.

 

– Za ile?

– Za 10 tysięcy euro.

 

michalczewski 2

– To dobra cena?

– Bardzo dobra. Każda z bransolet kosztuje dwa razy więcej, czyli średnio około 20 tysięcy euro. Kolejne sprzedawaliśmy już bez zniżek.

 

– Zaufanie Dariusza Michalczewskiego pomogło wam w biznesie?

– Na pewno tak się stało. Po pierwsze dlatego, że pokochał swoją bransoletę, z którą niemal się nie rozstaje. Można powiedzieć, że jest twarzą firmy. Po drugie, ponieważ postanowił dołączyć do grona wspólników.

 

– Urodziłeś się w Gdańsku, ale niemal całe życie mieszkałeś w Niemczech i w USA. Nie chciałeś robić kariery i pieniędzy na Zachodzie, gdzie się wychowałeś? Nowy Jork daje większe możliwości niż Gdańsk, czy nawet Warszawa.

– To nieprawda, że Polska nie daje możliwości rozwijania się i robienia biznesu. Wręcz przeciwnie. Moim zdaniem tutaj jest więcej szans na zrobienie kariery niż w USA. Moje studia dotyczyły budowy i rozwoju firmy oraz strategii zarządzania. Po ich ukończeniu przez dwa lata byłem handlowcem w dużej amerykańskiej firmie sprzedającej oprogramowanie. Zarabiałem dobre pieniądze, ale nie byłem szczęśliwy, czegoś mi brakowało. Zadzwoniłem do taty i powiedziałem mu, że szukam nowych wyzwań. Zaproponował mi pracę przy „Tigerze”. Tak trafiłem do firmy Maspex produkującej napój. Zamieszkałem w Krakowie i uczyłem się wszystkiego od A do Z, od sprzedaży detalicznej do pracy w zarządzie. Wciągnęła mnie strategia marketingowa. Później zacząłem pracę w Sunreef Yachts. Jednak nie porzuciłem marzeń o tym, żeby mieć coś swojego, prowadzić biznes tak, by nie pytać kogoś o akceptację. Pod tym względem jestem podobny do ojca. Stąd właśnie się wziął pomysł z biżuterią. I choć znów pracujemy razem z tatą, teraz wiążą nas inne niż wcześniej relacje zawodowe. Jesteśmy wspólnikami.

 

produkt 1

– Czyli jest tak jak chciałeś. Jesteś szefem.

– Tak się stało. Teraz moim celem jest pokazanie światu, że Polska jest w stanie wytworzyć produkt premium, za który klient chce zapłacić cenę extra. Oczywiście do tego potrzebna jest odpowiednia dystrybucja, która w Polsce szwankuje. W Trójmieście nie ma miejsca, do którego klient może wejść i kupić sobie za 20 tysięcy euro bransoletkę. Jeśli ktoś ma do wydania takie pieniądze, szybciej poleci na zakupy do Mediolanu lub do Paryża.

 

– Jak na osobę, która mając zaledwie rok, opuściła Polskę, a potem dzieciństwo i młodość spędziła za granicą, świetnie mówisz po polsku.

– Dziękuję (uśmiech). Rodzice włożyli wiele starań, byśmy z bratem mówili po polsku, choć dla nas nie było to proste. Później, kiedy już z mamą przeprowadziliśmy się do Miami, właśnie ona dbała o naszą edukację. Jest twarda i trzymała nas dość krótko.

 

– Twoje dzieciństwo kręciło się dookoła sportu. Jednak sam postawiłeś na karierę w biznesie.

– W dzieciństwie grałem w piłkę nożną w juniorach Bayeru. Później, już w Stanach, znalazłem się w jedenastce najlepszych graczy na Florydzie. Jako sportowiec mogłem dostać nawet stypendium, ale nie w tych szkołach, które mi odpowiadały. Stwierdziłem, że nie jestem aż tak dobry, żeby zostać wybitnym piłkarzem. Rzuciłem to i skupiłem się na studiach.

 

– Tato nie był zawiedziony?

– Nie, bo ani mi, ani mojemu bratu, nigdy nie wybierał dróg życiowych. Z drugiej jednak strony zawsze miał wobec nas duże oczekiwania. Uczył nas samodzielności i tego, byśmy umieli na wszystko zapracować. Chciał, by nakręcała nas zdrowa ambicja. Chyba mu się udało. Mój brat pracuje w towarzystwie funduszy inwestycyjnych w Londynie, a ja rozkręcam własny biznes.